Z łezką w oku, ale i z dużą dozą frustracji przeczytałem artykuł o polskich studentach uczących się na prestiżowych uczelniach zagranicznych („Oksford przez kamerkę”, POLITYKA 8). Będąc na czwartym roku prawa na UAM w Poznaniu, w stanie wojennym wyemigrowałem do Wielkiej Brytanii, gdzie w 1987 r. skończyłem sowietologię na Uniwersytecie Londyńskim. Rozpocząłem pisanie doktoratu pod opieką prof. Normana Daviesa, jednocześnie jako asystent prowadząc zajęcia z sowietologii na uniwersytecie w Cambridge, w Centrum Szkolenia Służby Dyplomatycznej w Londynie oraz na kilku innych uczelniach. Choć o większości wykładowców prawa na UAM mogę powiedzieć tylko dobre słowa, to jednak dopiero w Londynie poznałem, co to prawdziwe studia. To o wiele więcej niż tylko „zakuwanie”. To także proces kształtowania pewnej postawy życiowej i poglądów na wiele spraw. Na londyńskiej uczelni nie do pomyślenia byłoby przychodzenie po zaliczenie do asystenta 27 razy. Tam żaden nauczyciel nie powiedziałby do studenta, że jest „głupszy od przeciętnego szympansa”. Student dostawał na pierwszych zajęciach listę lektur i tylko od niego samego zależało, czy je przeczyta. Traktowany był jak osoba dorosła i obdarzany kredytem zaufania. Co ciekawe, tylko bardzo nieliczni nie zdawali tego egzaminu dojrzałości.
Moja frustracja wynika zaś ze smutnej konstatacji, potwierdzanej codziennymi obserwacjami, że Polacy nie szanują się nawzajem. Być może postawa wielu wykładowców wynika z faktu, że ich uczelnie zajmują miejsca w światowym rankingu gdzieś w czwartej lub piątej setce. Nie znaczy to jednak, że ktoś dał im prawo pomiatać swoimi uczniami.