Paradowska: Zasypiam tylko po proszkach
Była jedną z najważniejszych kobiet polskiej publicystyki. Zmarła w wieku 74 lat. Przypominamy wywiad dla „Wysokich Obcasów”, w którym Janina Paradowska opowiadała o miłości i pracy.
Slawomir Olzacki/Forum

Grzegorz Sroczyński: – Lubi pani swój głos?
Janina Paradowska: – Nie. Skrzekliwy, okropny. Czasem wprost mi to mówiono.

Kto?
Na przykład Anna Lutosławska, aktorka. Marzyłam o szkole teatralnej. Wytłumaczyła mi: „Jest dysproporcja między twoim wyglądem a głosem. Wygląd predestynuje cię do ról kobiet heroin, a głos – do ról komediowych. Trudno będzie ci znaleźć miejsce w zawodzie aktora”.

To właśnie jest ciekawie, jak coś się nie zgadza.
Może dzisiaj tak się myśli.

A wtedy?
Wtedy miało być porządnie i się zgadzać. Kochałam teatr. W młodzieżowym domu kultury w Krakowie grałam Marię Stuart, moim partnerem był Kazio Kaczor. Grałam też Florę w „Panu Geldhabie”. Wydawało mi się, że mam ogromny talent.

Wydawało się?
Może miałam, nie wiem, nie pamiętam. Umiałam na pamięć całego „Pana Tadeusza” i „Grażynę”: „Dopieroż drzewca ułożywszy w toku / Zewrą się bliżej, pierś na pierś uderzy. / Za cóż wydarła potomnemu oku / Noc i zwycięstwa, i klęski rycerzy?”. Do Teatru Słowackiego chodziłam po kilkanaście razy na to samo. „Śluby panieńskie” ze Stanisławem Zaczykiem i Ryszardem Pietruskim. „Orzeł dwugłowy” z Marią Malicką. Pietruski tak cudownie spadał z gigantycznych schodów. Człowiek marzył, żeby stanąć jak Malicka na scenie.

Człowiek marzył, ale na egzamin nie poszedł.
Nie.

Dlaczego?
Raz, że ten mój głos okropny. Dwa – mama nie chciała, bo to niepewny zawód.

Pani musiała słuchać mamy?
Musiałam być roztropna i pracowita. Od dziecka.

A skąd to?
Z domu. Biednie było.

Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Babcia Apolonia śpi w szafie, bo już nigdzie nie było miejsca. Ogromną szafę wyściełało się kołdrą.

Pani gdzie spała?
Miałam oddzielną wersalkę koło pieca. Sześć osób mieszkało w pokoju z kuchnią. Ubikacja na półpiętrze, której się bałam, bo szczury biegały. Ojciec chorował na stwardnienie rozsiane, źle go leczono. Potem doszła białaczka. Zmarł, jak miałam 14 lat. Mama z przedwojenną małą maturą była rejestratorką w przychodni. I trzeba było wyżyć. Pracować. Brat wyjechał na studia, siostra uchodziła za chorowitą, a ja – od zawsze – za najmocniejszą w rodzinie. Więc miałam dużo obowiązków.

Jakich?
Najbardziej pamiętam guziki. Tysiące guzików, które przyszywałam do bluzek. Mama dorabiała pracą chałupniczą, szyjąc te bluzki. Do dziś nie znoszę szycia.

Co jeszcze?
Przynieść węgiel z piwnicy, rozpalić w piecu, pomóc przy obiedzie. Dziś nikt nie rozumie, że dzieci mogą mieć obowiązki. Wtedy to było oczywiste. No i lekcje. Człowiek musiał się dobrze uczyć, to też było naturalne. Czasem miewałam czwórkę, ale rzadko. Pracowitość. I tak już zostało.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną