Salon

Hulaj dusza

Czyli co wolno w mieście.

Wiosna-lato 2019 r. przejdzie do historii jako sezon na hulajnogę. Jednoślady wypożyczane na minuty opanowały najpierw Warszawę, a potem inne duże ośrodki, przypominając, że w mieście nic nie jest poukładane raz na zawsze.

Wkurzałem się na beztroskich jeźdźców sunących po chodnikach z prędkością samochodu, a najbardziej na tych, którzy parkowali swoje pojazdy w absurdalnych miejscach. Pewnego dnia wziąłem hulajnogę stojącą w poprzek chodnika i ją przestawiłem, a właściwie przewróciłem na beton. Po sekundzie zawstydziłem się tym wybuchem bezsilnej złości, ale z drugiej strony poczułem się do tego uprawniony jako miejski cieć, czy jak kto woli szeryf. Co by było, gdyby tę barykadę napotkała osoba naprawdę bezsilna, na przykład na wózku inwalidzkim?

Z drugiej strony trzeba przyznać, że widok ludzi śmigających na dużych zabawkach wniósł w przestrzeń miast coś świeżego, element bajki czy science-fiction. Po zmroku grupka osób sunących bezgłośnie na hulajnogach wygląda jak chmara świetlików – w ciemności przesuwają się kolorowe diody, słychać cichutki szmer. Zachwycony gość z Frankfurtu mówił mi: „Ale macie super w tej Polsce. U nas nie ma hulajnóg na minuty, bo wciąż trwa debata jak to uregulować”. A ja mu na to: „Ale macie super w tych Niemczech. Myśmy wpuścili hulajnogi na ulice i dopiero wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, jak to uregulować”.

Rozwiązanie jednego problemu czasami zresztą wywołuje kolejny. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że zastrzykiem adrenaliny dla obumarłych centrów miast będzie gastronomia i rozrywka. Teraz spanikowani burmistrzowie wprowadzają zakazy picia alkoholu, bo niektóre starówki i kurorty tak się nocami ożywiły, że aż nie da się w nich żyć.

Największe wyzwania to te, które trudno załatwić regulaminem. Czy widzą już państwo pierwsze, nieśmiałe skutki masowej imigracji do Polski? Nie, nie chodzi mi o to, że powstają mityczne muzułmańskie getta, którymi straszy prawicowa ekstrema. Chodzi mi o drobne różnice w codziennych zachowaniach, z którymi przez kilka pokoleń nie musieliśmy się mierzyć w monoetnicznym kraju. Zresztą, nawet wtedy, kiedy sąsiedztwo innych kultur było normą, różnie bywało z akceptacją. Autor przewodnika po Warszawie z 1893 r. pisał o Żydach, którzy „gromadnemi spacerami, wrzaskliwym szwargotaniem” do reszty zniechęcili innych mieszkańców do bywania w Ogrodzie Krasińskich.

Salon 2/2019 (100156) z dnia 30.09.2019; Felieton; s. 36