Tygodnik Polityka

Jak długo będzie rządzić PiS i kto po nim

Podstawową kwestią, która zajmuje dziś w zasadzie wszystkich stojących w opozycji do PiS, jest: czy to potrwa cztery lata? Czy możliwe jest zmuszenie PiS do oddania władzy wcześniej?

Zawsze możliwe są oczywiście jakieś nieprzewidziane, choć niezupełnie nieprawdopodobne wydarzenia: zamach terrorystyczny, napływ uchodźców rozdzielanych przymusowo przez Unię Europejską, aresztowania ważnych polityków opozycji przez na powrót dyspozycyjną wobec władzy prokuraturę, agresywne działania Rosji w krajach bałtyckich, na Ukrainie czy Białorusi, które wywołają łańcuch wydarzeń prowadzących do masowych protestów czy zaostrzenia kursu i tłumienia obywatelskich wolności w imię „wyższych celów”.

Polska może znaleźć się na kolizyjnym kursie z krajami UE, a sama Unia może być poddana bardzo silnej presji od wewnątrz, szczególnie jeśli kryzys migracyjny będzie się nasilał. Obecna władza jest dużo bardziej nieprzewidywalna od poprzedniej, dlatego nie ma dziś scenariuszy, które należałoby zupełnie wykluczać.

Ale też na miejscu opozycji nie liczyłbym na jakieś przesilenie czy polski „Majdan”. W każdym razie nie szybko. Sytuacja gospodarcza Polski jest dobra i nadmierne wydatki z budżetu nie pogorszą jej drastycznie. Kłania się przejęcie pieniędzy z OFE przez PO, co zostawiło zarówno jej, jak i PiS duży margines wydatkowy do przekroczenia progów ostrożnościowych długu publicznego.

Poważnym wyzwaniem dla władzy byłby na tyle drastyczny wzrost oprocentowania polskich obligacji, żeby koszty obsługi długu wymusiły jakieś drastyczne cięcia socjalne, tak jak w krajach śródziemnomorskich. Jednak własna waluta oraz konstytucyjne ograniczenie długu (choć łatwo sobie można wyobrazić, że przy sparaliżowanym Trybunale Konstytucyjnym nie jest to żadna bariera dla zdeterminowanego rządu) oraz wciąż przyzwoite perspektywy wzrostu powodują, że Polska w krótkim okresie nie powinna podążyć drogą Grecji czy Hiszpanii.

.Mirosław Gryń/Polityka.

W dłuższym okresie wysokie transfery socjalne spowodują obniżenie motywacji do pracy u najgorzej zarabiających, co prawdopodobnie podniesie koszty pracy, bezrobocie dla osób z dużą liczbą dzieci będzie całkiem niezłą alternatywą do kiepsko płatnej pracy.

Jeśli PiS będzie podnosić płacę minimalną, kwotę wolną od podatku i przede wszystkim obłoży składkami na ZUS wszystkie umowy cywilnoprawne, a w firmach zryczałtowaną składkę na ZUS zastąpi progresywną, wówczas zwiększy się znacząco szara strefa, wiele firm przeniesie się za granicę, produktywność i wzrost gospodarczy będą rosły wolniej, a płace szybciej, przez co zmniejszy się konkurencyjność Polski, pojawi się inflacja.

Indywidualnie wiele osób odczuje krótkoterminową poprawę sytuacji ekonomicznej, a złotówka może się osłabiać do euro i dolara, przez co eksport wciąż zachowa konkurencyjność. Wzrosną zapewne ceny wielu produktów (podatek od wielkopowierzchniowych sklepów) i usług bankowych (podatek od kredytów bankowych), jednak wiele z tych opłat – poza kosztami jedzenia i innych podstawowych produktów – nie będzie tak dokuczliwych jak bezpośrednie podniesienie podatków.

Tzw. drożyzna, od której dzięki niskiej inflacji zdążyliśmy się odzwyczaić, będzie jednak w dłuższej perspektywie irytować, zwłaszcza tych, którzy nie załapią się na finansowe obietnice rządu (np. ludzie starsi, którzy też najbardziej odczują chaos, jaki wywoła likwidacja NFZ, pary z jednym dzieckiem, które zamiast 500 zł, jak sąsiedzi z dwójką, dostaną tylko likwidację gimnazjów).

Większy potencjał protestów tkwi zapewne w grupach interesów, którym PiS może się narazić. Służba zdrowia i nauczyciele to najbardziej oczywiste typy, nie jest jednak powiedziane, że nie dołączą do nich przedsiębiorcy (choć ci akurat nie stanowią zbyt spójnego środowiska, mimo wielu reprezentujących ich organizacji) czy nawet górnicy, którzy nie będą zadowoleni z żadnej oferty restrukturyzacji kopalń nie gwarantującej im zatrudnienia.

Poczucie, że rząd zawodzi, że naraża się społeczeństwu, może tworzyć najbardziej egzotyczne sojusze. Jeśli uda się znaleźć dla nich wspólny mianownik, PiS może być w poważnych opałach. Z całą pewnością znaczna część dziś protestujących w imię wartości będzie próbować zapisać do swojego ruchu wszystkich tych, którzy będą zwalczać rząd z powodów partykularnych. Będzie to prowadzić do daleko idącej niespójności czy nawet obrony tego, co zreformować należało (gimnazja, przerosty zatrudnienia urzędników, nierentowne kopalnie), ale – jak wiadomo – w polityce liczy się efekt, a nie konsekwencja.

W przekazie Kaczyńskiego nikt nie dorówna mu wiarygodnością ani charyzmą.FacebookW przekazie Kaczyńskiego nikt nie dorówna mu wiarygodnością ani charyzmą.

Jeśli PiS zabrnie zbyt daleko z ustawami o inwigilacji (a najwyraźniej ma na to ochotę) lub opozycji uda się zbudować narrację, że Kaczyński szykuje nam drugie ACTA, wówczas do protestujących w obronie Trybunału mogą dołączyć prężne i aktywne w sieci środowiska prawicowej młodzieży, wychowanej na Korwinie, „żołnierzach wyklętych”, brzydzącej się mainstreamem i ośmiorniczkami, które popierają PiS, bo nie lubią go „Gazeta Wyborcza” i Monika Olejnik.

Im bardziej jednak „mainstream” będzie ich do buntu przeciwko PiS namawiał, tym bardziej nie będą mieli na niego ochoty.

Jednym z najciekawszych zjawisk społecznych jest nośność antykomunizmu jako idei, która trafia do młodych. Może dlatego, że nie byli oni zmuszeni w najmniejszym stopniu do kompromisów w PRL, w którym nigdy nie żyli, mogą pryncypialnie podchodzić do tematu, który ich rodzice widzą we wszystkich odcieniach szarości. Antykomunizm dobrze łączy się z gospodarczą walką z socjalizmem (Korwin), „żołnierzami wyklętymi” (narodowcy), nieosądzonymi Kiszczakiem i Jaruzelskim, a tym samym z „Gazetą Wyborczą” (wszyscy na prawicy).

Jeśli PiS dalej będzie tak nieumiejętnie podejmować strategiczne tematy, zniechęcając do siebie kolejne grupy społeczne, wówczas w jakiejś perspektywie musi liczyć się z kumulacją negatywnych nastrojów, które będą generować protesty (choć niekoniecznie tak liczne jak te w obronie Trybunału) i przede wszystkim karą przy urnach. Dopiero wybory samorządowe dają możliwość pokazania faktycznej, a nie symbolicznej, czerwonej kartki partii rządzącej. Również dopiero wtedy niezadowoleni z kierunku, w którym prowadzi prawicę Kaczyński, dostaną realną szansę zbudowania czegoś alternatywnego.

.Wikipedia.

Jednocześnie wszystkie dotychczas nieudane próby pokazują, że jest to niezmiernie trudne, jeśli nie niemożliwe. Wiarygodna prawica w opozycji do Kaczyńskiego (i jednocześnie do „mainstreamu”) powstać nie była w stanie. Jakimś pomysłem byłoby jeszcze radykalniejsze kontestowanie III RP, do czego z całą pewnością byłby zdolny Antoni Macierewicz z poparciem Tadeusza Rydzyka.

Dopóki jednak prawica sprawuje niepodzielną władzę, a związany nieodłącznie z Kaczyńskim mit smoleński zapewnia mu symboliczne panowanie wśród największych radykałów wierzących w zamach, dopóty zakwestionowanie przywództwa Kaczyńskiego może przyjść tylko ze strony względnie umiarkowanych konserwatystów spod znaku Jarosława Gowina.

Idea PO-PiS nigdy tak naprawdę nie umarła – nie w sensie sojuszu między dwiema partiami, ale idei – umiarkowanego, promodernizacyjnego konserwatyzmu, którego zwolennicy znaleźli się nagle w dwóch zwalczających się obozach, wymuszających z jednej strony akceptację smoleńskiego szaleństwa, z drugiej platformianego cwaniactwa. Konserwatyści mają spore wpływy w mediach, w think-tankach, także w politycznych ugrupowaniach.

Nigdy jednak nie udało im się stworzyć spójnej i wiarygodnej formacji – czy to jako Polska XXI Dutkiewicza, czy to jako Polska Plus Sellina i Ujazdowskiego, czy to jako Polska Jest Najważniejsza Kluzik-Rostkowskiej i Kowala, czy to jako Polska Razem Gowina.

Wszystkie te mutacje ponosiły spektakularne klęski – po prostu między PiS i PO nie było miejsca na jeszcze jedną formację, odwołującą się do elementów wspólnych programu.

Paradoksalnie bolszewickie podejście do państwa, jakie prezentuje Kaczyński, dalekie od konserwatywnych ideałów (i przede wszystkim powodujące erozję politycznego poparcia) z jednej strony, a powstanie konkurencji w liberalnym centrum dla Platformy ze strony drugiej może spowodować, że i konserwatyści zamarzą ponownie o próbie uzyskania autonomii w ramach jednej formacji. Narracja o łączeniu podzielonej Polski jest atrakcyjna i z pewnością do wykorzystania przez postaci z obu stron politycznej barykady.

Jednocześnie Jarosław Gowin nie udowodnił na razie, że nosi buławę marszałkowską w plecaku. Z pewnością jest utalentowanym politycznym singlem, ale nie czyni to z niego jeszcze autentycznego przywódcy ruchu, w którym oficerów jest zdecydowanie więcej niż szeregowców. Poza tym etykieta „zdrajcy”, który zniszczył wywalczone z takim trudem zwycięstwo, byłaby dziś bardzo trudna do przezwyciężenia, szczególnie w tak zdyscyplinowanym i przywiązanym do lidera elektoracie jak ten PiS.

Warto podrążyć temat ewolucji obecnych na scenie formacji politycznych. Cicha eutanazja lewicy, utrata władzy przez dominującą przez 8 lat PO, powstanie dla niej bezpośredniej konkurencji w postaci Nowoczesnej, radykalny kurs przyjęty przez Kaczyńskiego – to wszystko tworzy bardzo ciekawą dynamikę, tym ciekawszą, że dzisiejsze trendy i słupki poparcia nie muszą przekładać się na wyniki za trzy–cztery lata.

Przykładowo: 30 proc. poparcia w sondażach .Nowoczesnej jest warte tyle co 300 proc. wzrostu na akcjach, które możemy sprzedać dopiero za trzy lata. Można się cieszyć, ale szanse na spadki po drodze są naprawdę duże.

PO w zwalczaniu PiS była bezkonkurencyjna, co dało jej osiem lat bezdyskusyjnej dominacji. Dziś po ten tytuł zgłasza się Ryszard Petru.Nowoczesna/FacebookPO w zwalczaniu PiS była bezkonkurencyjna, co dało jej osiem lat bezdyskusyjnej dominacji. Dziś po ten tytuł zgłasza się Ryszard Petru.

Zacznijmy od końca, czyli od lewicy. Blisko 8 proc. ZLEW-u to niewielki, ale całkiem przyzwoity kapitał, po który ktoś mógłby się schylić. Wiary w polityczny powrót w ramach jednej formacji nie mają chyba nawet młodzi politycy SLD i TR. Dla niektórych szansą może być dołączenie do wykazującego dotychczas sekciarskie tendencje Razem, dla innych wtopienie się w PO czy nawet w Nowoczesną.

Tak czy inaczej postkomunistyczna lewica w dotychczasowej formie okazała się przeżytkiem, po którym może nastąpić tylko podział masy upadłościowej. Elektorat socjalny zgarnia dziś PiS, różnice kulturowe sprawiają, że w żaden sposób tak egzotyczna partia jak Razem wbrew nadziejom do nich nie dotrze. Chyba że znajdą swojego Piotra Dudę albo Henrykę Krzywonos.

Medialna popularność i pewna moda może się na nich utrzymać, oznaczać to będzie okolice 5 proc. zdobyte głosami postmaterialnie myślącej wielkomiejskiej młodej klasy średniej. Liberalnych obyczajowo i antyklerykalnych zwolenników ZLEW-u zgarnie Nowoczesna (głównie ze względów wizerunkowych, bo programowo zbyt wiele jeszcze w tym kierunku nie zrobili). Starsi, bardziej socjalni i nostalgiczni wyborcy SLD zagłosują zapewne na najbliższe im PO. W Polsce nie ma lewicy i wcale nie jest powiedziane, że będzie – po prostu nie ma na taką formację zapotrzebowania.

Najciekawsza walka stoczy się o to, kto zostanie anty-PiS. Albo może raczej nie-PiS, bo być może przyszłość będzie należeć do tych, którzy będą potrafili budować politykę „bez hejtu” albo przynajmniej nie tak wykluczającą jak obecna. PO w zwalczaniu PiS była bezkonkurencyjna, co w połączeniu z przywództwem Donalda Tuska dało jej osiem lat bezdyskusyjnej dominacji. Dziś po ten tytuł zgłasza się Ryszard Petru, który dzięki błędom Platformy oraz własnej determinacji stał się ku zaskoczeniu wszystkich przynajmniej sondażowym liderem opozycji.

Nie ma miejsca na dwie partie, takie jak PO i Nowoczesna, w obecnym kształcie. Nowoczesna powstała jako alternatywa dla najbardziej gospodarczo liberalnych wyborców PO, którzy chcieli oddać ważny głos w wyborach, ale nie byli już w stanie popierać partii rządzącej. Stosunkowo słaby wynik wyborczy (choć i tak lepszy od początkowych oczekiwań), który dawał Nowoczesnej czwarte miejsce w Sejmie, dzięki całkowitej erozji przywództwa w PO i oddaniu pola niedoświadczonym posłom Petru w walce w obronie Trybunału sprawiły, że poparcie dla nowej partii poszybowało w rejony, jakich żadna nowa partia wcześniej nie doświadczyła.

Z całą pewnością fakt, że PO nie miała czystego sumienia w sprawie Trybunału, miał tu również znaczenie, ale tak szybki odpływ elektoratu pokazał, jak bardzo Platforma stanowiła dla wielu swoich wyborców jedynie skuteczną barierę przed rządami PiS. Kiedy tej motywacji zabrakło, bezideowy konglomerat niedawnej partii władzy okazał się dla wielu wyborców mniej atrakcyjny niż energiczna i świeża, choć przy tym mocno enigmatyczna, alternatywa.

To dziwne, jak trudno znaleźć jakieś pozytywne argumenty za PO dziś, poza faktem, że za jej rządów „nie było tak źle”. PO nie udało się przekonać większości obywateli, że bez niej nie powstałyby autostrady i oczyszczalnie ścieków budowane ze środków unijnych.

Po latach oczekiwania (przynajmniej od momentu rezygnacji Tuska z kandydowania na urząd prezydenta w 2009 r.) Grzegorz Schetyna przejmie w końcu partię (swoją drogą ciekawe, na jakie poparcie będzie mógł liczyć w plebiscycie, w którym rywalizacja nie będzie już napędzać frekwencji, może być ona kompromitująco niska). Nie jest z pewnością charyzmatycznym liderem, ale jest dziś jedyną w PO postacią, która ma wystarczający autorytet, doświadczenie i umiejętności do tego, żeby wyprowadzić partię z kryzysu, w jakim się znalazła. PO wciąż jest największym liczebnie klubem, ma wielu doświadczonych w sejmowych i rządowych ławach posłów, ma zaplecze w postaci władzy w samorządach, wciąż istotne wpływy w mediach i biznesie.

Kampania wyborcza PO, a potem pierwsze tygodnie po wyborach, to był pokaz fatalnego stylu. Partia sprawiała wrażenie otumanionej tym, co się wokół niej dzieje. W efekcie PO zaczęła być odbierana jak Komorowski w krytycznym momencie kampanii. Każdy jej ruch wywoływał krytykę (zwykle zasłużoną).

Perspektywa odbicia się jest trudna. Wielu wyborców może mieć PO za złe, że swoimi błędami doprowadziła do zwycięstwa PiS. Co najważniejsze, popieranie Nowoczesnej pozwala walczyć z obecną władzą bez brania odpowiedzialności za hipotekę ostatnich 8 lat, obrony bohaterów afery taśmowej, hazardowej, błędów i zaniechań poprzedniej ekipy. Największe media, zwłaszcza drukowane, będą wprawdzie ten okres przedstawiać jako niekwestionowany sukces, ale kłócić się to będzie w znacznej mierze z odbiorem społecznym. Ten rozdźwięk w ocenie najnowszej historii Polski zasługuje na osobną pogłębioną analizę.

Z czasem grzechy PO będą popadać w zapomnienie wobec tego, czym szokować będzie aktualna władza. PO udało zachować się spójność, pojawienie się nowych twarzy, umiejętne sterowanie partią przez Schetynę (trochę na wzór Jarosława Kaczyńskiego, który ma swojego Dudę i swoją Szydło) – to wszystko wraz z instytucjonalnym zakorzenieniem i zapleczem finansowym oraz jednak dużo większą niż Nowoczesna rozpoznawalnością może dać PO przewagę. Tym, co może jednak przeważyć szalę na rzecz młodszej rywalki niedawnego hegemona polskiej sceny politycznej, jest dynamiczny lider, który dużo lepiej niż Schetyna uosabia aspiracje klasy średniej, oraz wznosząca fala niosąca partię ludzi, których w przeważającej części polityka nie zdążyła jeszcze zepsuć.

Pewnie potrzeba jednych wyborów, które ustawią w jakiś sposób proporcje pomiędzy partiami. Można wyobrazić sobie jakąś formułę współpracy choćby w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ponieważ w sprawach UE obu partii w zasadzie nic nie różni.

Problem z PO i Nowoczesną polega na tym, że w przeciwieństwie do UW i AWS 1997 r. czy PO i PiS w latach 2003–2005 te partie się nie uzupełniają, ale niemal w 100 proc. pokrywają, o czym świadczą też tak duże przepływy elektoratu między nimi. Nowoczesna nie będzie chciała wrócić do kilkuprocentowego elektoratu gospodarczych liberałów, PO nie będzie chciała dać się zepchnąć na lewo. Ktoś tu musi wygrać albo musi nastąpić połączenie.

Ten konflikt do czasu jego jednoznacznego rozstrzygnięcia będzie wyniszczający, zdobycie zdecydowanej przewagi przez jednego z graczy trudne, porozumienie również (choć mogą przyjść czasy zupełnie wyjątkowe, a przez to wymuszające niezwykłe sojusze). Ostrej rywalizacji nie ułatwia fakt, że trzeba współpracować przeciwko PiS, natomiast Nowoczesna jest w tej wygodnej sytuacji, że piętnować może obie strony sporu, a kuriozalne wypowiedzi, takie jak Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej o tym, że Nowoczesna też powinna w jakiś sposób wziąć odpowiedzialność za rządy PO, tylko jej to zadanie ułatwiają.

Największą konkurencję robi Nowoczesnej KOD.Edwin Bendyk/PolitykaNajwiększą konkurencję robi Nowoczesnej KOD.

Nowoczesna dzięki zdobytemu w pierwszych miesiącach poparciu traktowana jest jak pełnowartościowy element sceny politycznej, poważny gracz, pozycja, o której tylko mogła marzyć przed wyborami, a nawet na bazie własnego wyborczego wyniku, gorszego niż ten Kukiza i ten Palikota sprzed czterech lat.

Partia ma wciąż niewykorzystane zasoby w postaci tych, którzy w politykę się jeszcze nie angażowali, którzy głosowali, ale bez przekonania, na PO, a teraz gotowi byliby brać sprawy w swoje ręce, tym bardziej że łatwiej wspiąć się po szczeblach kariery w partii stosunkowo młodej. Największą konkurencję robi tu Nowoczesnej KOD, ciekawe, jak ten nie tak oczywisty konflikt zostanie rozwiązany – czy KOD wejdzie do gry jako partia (będzie to niełatwe dla wielu jego członków), czy też raczej jego członkowie zasilą inne ugrupowania.

W dłuższej perspektywie trzeba postawić pytanie, co z elektoratem, który głosuje dziś na PiS? Kto może go zagospodarować i czy jest to możliwe na innej niż oferowana przez Jarosława Kaczyńskiego platformie wielkiego spisku? Biorąc pod uwagę ambicję i liczbę potencjalnych liderów tej formacji oraz brak oczywistego delfina, jakaś forma rozpadu PiS po emeryturze Prezesa wydaje się nieunikniona. To byłby prawdziwy koniec III RP, pozbawionej nareszcie swoistej „antymaterii”, jaką stanowi antysystemowy projekt Kaczyńskiego, a przy okazji również koniec rojeń o IV RP i szansa na autentycznie nowe rozdanie.

Żaden z polityków, szczególnie po prawej stronie, nie dorówna Kaczyńskiemu wiarygodnością ani charyzmą. Problem w tym, że są to również powody, dla których prawdopodobnie do samego końca nie będzie on udawał się „Sulejówka”, tak samo jak Tusk nie chciał w swoim czasie prezydenckiego „żyrandola”. Przetrwanie Platformy bez Tuska okazało się możliwe (ale przegrała ona natychmiast wszystko, co się przegrać dało), a przyszłość partii jest mocno niepewna. PiS bez Prezesa będzie jedynie swoim cieniem, jeśli będzie w ogóle.

Teoretycznie program, nazwijmy go umownie „chrześcijańsko-socjalnym”, mógłby trafić do znacznej rzeszy osób głosujących na PiS. Pytanie tylko, czy jedyną alternatywą dla resentymentu, który w nadmiarze oferuje Kaczyński sfrustrowanym wyborcom, nie będzie jakaś jeszcze bardziej radykalna ideologia, tym razem już wprost nacjonalistyczna i ksenofobiczna. Platforma, dla elektoratu radykalnie jej dziś niechętnemu, nawet po liftingu nie nabierze wystarczającej wiarygodności.

Tak jak Polsce niepotrzebna jest lewica (bo liberałowie obsługują liberalny obyczajowo miejski elektorat, a prawica elektorat socjalny), tak strasznie potrzebna jest rozsądna partia konserwatywna z silnym pierwiastkiem socjalnym – tacy konserwatyści sprzed fascynacji wolnym rynkiem w stylu Reagana i Thatcher. Prawica rozsądna na tyle, żeby nie rozsadzać ram systemu, w którym funkcjonuje, bliska Kościoła (ale niekoniecznie Rydzyka), silna na wsi, wspierająca wielkie rodziny, biednych i wykluczonych.

Taka partia nie byłaby pewnie w stanie objąć całego elektoratu PiS, ale przynajmniej jego znaczną część. Taki rodzaj bawarskiego CSU, która kiedyś marzyła się w Polsce Kaczyńskiemu (dziś wygląda na to, że bardziej marzy mu się bycie Erdoğanem). Wówczas rozgrywka toczyłaby się między umiarkowanie liberalnym obozem CDU/FDP – czyli dzisiejszymi PO/Nowoczesną i mocno konserwatywną CSU (spora część PiS, PSL, część PO) z dodatkiem być może mini lewicy w postaci Razem oraz niestety prawdopodobnie jakiejś mutacji narodowców/antysystemowców, ewentualnie partii Rydzyka.

W skrócie – partii wielkich miast i aspirujących z mniejszych ośrodków versus partia gminno-powiatowa; ugrupowania tych, którzy znają jakiś obcy język i nie boją się przyszłości, versus ugrupowania tych, którzy wolą swój cichy zakątek i żeby było jak kiedyś. To podział w Polsce najbardziej naturalny i istniałby bez PO i PiS, Tuska i Kaczyńskiego, natomiast jest to podział, który w wydaniu tych dwóch partii wyrodził się niestety w postać patologiczną antysystemowego PiS i skrajnie nieodpowiedzialnej PO, dostającej od wyborców czek in-blanco, byleby obroniła ich przed Kaczyńskim. Te czasy już się skończyły.

Chciałbym napisać, że to, co powstanie, kiedy PiS już straci władzę, będzie z pewnością lepsze od tego, co było i co jest. Niestety wystarcza mi wyobraźni, zwłaszcza kiedy myślę o potencjalnych zagrożeniach (uchodźcy, kryzys UE, Rosja), żeby uznać, że może być dokładnie odwrotnie.

Reklama

Czytaj także

Kultura

Polscy autorzy plagiatorzy

Dzisiejszy czytelnik potrafi szybko wytropić podobieństwa i oskarżyć o plagiat. Przekonali się o tym kolejni polscy autorzy.

Aleksandra Żelazińska
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną