Prof. Tadeusz Kowalski o przyszłości mediów w Polsce

Prasa pod presją
Rozmowa z prof. Tadeuszem Kowalskim, medioznawcą, o najnowszej historii, stanie i perspektywach rynku mediów w Polsce.
Prof. Tadeusz Kowalski
Piotr Małecki/Polityka

Prof. Tadeusz Kowalski

19 i 20 sierpnia 1981 r. Solidarność ogłosiła „Dniami bez prasy”, wstrzymując druk i kolportaż dzienników w całym kraju, w proteście wobec propagandy w środkach masowego przekazu.
Stefan Kraszewski/PAP

19 i 20 sierpnia 1981 r. Solidarność ogłosiła „Dniami bez prasy”, wstrzymując druk i kolportaż dzienników w całym kraju, w proteście wobec propagandy w środkach masowego przekazu.

Jerzy Baczyński: – Od ćwierć wieku obserwuje pan i analizuje polskie media. W tym czasie zmieniło się tu niemal wszystko. Gdyby tak popatrzeć z góry, to jak dziś wygląda nasz rynek medialny? Dogoniliśmy Zachód? Transformacja się powiodła?
Tadeusz Kowalski: – Jeśli wziąć pod uwagę udział sektora mediów w gospodarce – u nas to 1,6 proc. PKB – sytuujemy się gdzieś między Włochami a Hiszpanią. Jesteśmy na poziomie dobrej średniej europejskiej, może nawet powyżej. Ale jest różnica skali. Pięć największych koncernów niemieckich generuje przychody w granicach 60 mld dol.; gdybyśmy dodali pięć największych grup medialnych w Polsce, to może byśmy z trudem uzyskali 2–2,5 mld dol.

Jest jakaś specyfika naszego rynku?
Tak, mamy np. jeden z najbardziej rozbudowanych w Europie sektorów publicznego radia i telewizji. Druga odmienność – w wielu krajach w ogóle nie istnieją ogólnokrajowe prywatne rozgłośnie radiowe, a w Polsce są i mają się dobrze. Bo jeżeli chodzi o pewne gatunki prasy czy formy dziennikarskie, to w każdym kraju one są trochę inne, dlatego że są różne tradycje, odmienne przyzwyczajenia. Ale pod względem liczby tytułów, rozgłośni, kanałów telewizyjnych, nie mamy się czego wstydzić, a już liczba stacji telewizyjnych lokuje nas w europejskiej czołówce. Także jeśli chodzi o intensywność korzystania z mediów, absolutnie nie odstajemy od poziomu europejskiego, może nawet w stosunku do niektórych krajów, zwłaszcza południa Europy, jesteśmy powyżej. Na ilość, nie jest źle.

Zwłaszcza jeśli porównać z początkiem lat 90. Młodzi nie uwierzą, że były tylko dwa państwowe kanały TV, parę rozgłośni radiowych, chyba tylko kilka ledwo kolorowych gazet.
Jeśli mamy wejść w nurt wspomnieniowo-kombatancki, to trzeba też dodać nędzę poligrafii, brak papieru gazetowego.

Pamiętam surowe limity przydziału papieru w POLITYCE.
Ale też ten papier był złej jakości. Ja z kolei pamiętam, że kiedy tygodnik „Wprost”, jako jeden z pierwszych podjął próbę poligraficznego liftingu, to wyglądało zupełnie śmiesznie. W środku był papier V klasy, okładka troszeczkę lakierowana i to miał być polski „Times”. Również ekonomicznie media tkwiły w absurdach ówczesnej gospodarki. W PRL ten sektor w znacznym stopniu funkcjonował dzięki dotacjom państwowym. Ceny papieru były brane z księżyca, one nie miały związku z ekonomią. Był specjalny kurs dolara, po którym kupowano papier. W radiu i telewizji, finansowanych z dotacji budżetowych, była niefrasobliwość w wydawaniu pieniędzy. Przejście do warunków rynkowych wywołało szok. Przed mediami stanęło pytanie takie, jak przed całą gospodarką: jak zbudować kapitalizm, pluralistyczny system rynkowy, bez kapitału, bez technologii, bez doświadczenia.

Była jeszcze prasa podziemna. To pomogło transformacji. Jaki miała zasięg, znaczenie?
Wydaje się, że znaczenie przede wszystkim świadomościowe. Pokazywała, że jest coś takiego, jak niezależny obieg opinii. Bo cenzurę formalnie zlikwidowano dopiero w 1990 r. Zasięg jest trudny do określenia. Są różne szacunki, ale tak naprawdę sam wiem, z własnej praktyki, że jak się dostawało samizdata, to człowiek powielał, jak się udało dotrzeć do ksero, mimo kontroli tego kserografu, i rozpowszechniało się wśród znajomych. Jakość poligraficzna tych wydawnictw była bardzo niska, nie było odpowiedniej korekty, całej pracy redakcyjnej. Część tej prasy miała przede wszystkim charakter perswazyjny. Poza tym był nurt, który upowszechniał kulturę; były przedruki czy wydania wybitnych dzieł literackich. Z tej prasy trafiło potem do nowych mediów wielu dziennikarzy, ale same tytuły nie przetrwały.

Nie odbyliśmy w Polsce porządnej dyskusji o przebiegu transformacji, która się dokonała na początku lat 90. To wciąż jest bardziej przedmiot sporu politycznego niż historycznego. Ale czy byłby pan w stanie odtworzyć, jaki był pomysł nowej władzy, rządu Tadeusza Mazowieckiego i następnych, na zmianę rynku medialnego?
Tak, i da się go odtworzyć. Jeżeli chodzi o prasę, początkiem znaczących przekształceń była ustawa z marca 1990 r. o likwidacji państwowo-partyjnego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch, do którego należały prawie wszystkie gazety. Ogólnie zamysł był taki, żeby wypuścić gazety i redakcje na wolny rynek, na ogół w formie małych spółdzielni, i pójść w kierunku rozwoju sektora prywatnego. Ten pomysł zresztą był też powielony przy ustawie radiowo-telewizyjnej, bo państwo, poprzez procedury koncesyjne, postanowiło stworzyć prywatne sektory radiowy i telewizyjny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną