Historia

Trybun dla ludu

Mirabeau - trybun arystokrata

Mirabeau w pojedynku na słowa z markizem Henri Dreux-Brézé przed Zgromadzeniem Narodowym, 1789 r. – obraz Josepha-Désiré Courta Mirabeau w pojedynku na słowa z markizem Henri Dreux-Brézé przed Zgromadzeniem Narodowym, 1789 r. – obraz Josepha-Désiré Courta EAST NEWS
Ci, którzy uważają, że elokwencja jest ważną cechą polityka, powinni pamiętać o losie markiza Mirabeau.

W 1787 r. wielki deficyt budżetowy skłonił Ludwika XVI do podjęcia kroków nadzwyczajnych zarówno dla tego konserwatywnego władcy, jak i ustroju Francji. Za namową swego ministra finansów zwołał Zgromadzenie Notabli i zwrócił się do starannie wybranych przedstawicieli arystokracji o zgodę na obciążenie stanu drugiego, czyli szlachty, podatkami. Notable dali znać, że byliby skłonni się na to zgodzić, ale o nowych podatkach powinny decydować we Francji niezwoływane od 1614 r. Stany Generalne.

Do owego zgromadzenia każdy ze stanów królestwa – kler, szlachta i stan trzeci (Tiers) – wybierał identyczną liczbę deputowanych, którzy obradowali i głosowali oddzielnie. Efektem były przedstawiane królowi dwa głosy stanów uprzywilejowanych – na ogół zgodne ze sobą z powodu monopolizacji wysokich godności kościelnych przez rody arystokratyczne – i jeden głos stanu trzeciego, obejmującego ponad 90 proc. Francuzów. Tym razem król łaskawie podwoił liczbę deputowanych, jakich mógł wybrać stan trzeci: miał to być gest bez politycznych konsekwencji, skoro i tak reprezentanci poszczególnych stanów pracować mieli osobno.

Tylko że pierwszym krokiem deputowanych Tiersu było wezwanie przedstawicieli kleru i szlachty do wspólnych obrad i głosowania. Ich wynik miałby zupełnie inną wagę niż trzy stanowiska poszczególnych segmentów społeczeństwa, oddzielonych od siebie murem przywilejów, uprzedzeń i sprzecznych interesów. Byłby on głosem wielkiej wspólnoty – ogółu obywateli korzystających ze swych praw politycznych. Tej potędze król mógłby przeciwstawić tylko swoją wolę władcy – absolutnego w teorii, nieudolnego w praktyce.

Dlatego już nazajutrz po uroczystej inauguracji – 6 maja – Tiers żąda wspólnej z innymi stanami weryfikacji mandatów. Przez kilka dni uprzywilejowani odrzucają tę możliwość. Ale 10 maja pojawia się w sali posiedzeń stanu trzeciego dwóch proboszczów z Poitou: kamyczek zapowiadający lawinę. W ciągu tygodnia przyłączają się kolejni i stan trzeci wraz z nimi ogłasza się Zgromadzeniem Narodowym. Król nie potrafi wymyślić nic lepszego niż zamknąć im salę posiedzeń 20 czerwca – wtedy deputowani idą do sali gry w piłkę i przysięgają, że nie rozjadą się, dopóki nie uchwalą konstytucji. 22 czerwca zaczynają się do nich przyłączać deputowani szlachty.

23 czerwca król wkracza na posiedzenie tego zgromadzenia rozkazując, aby deputowani się natychmiast rozdzielili i od następnego dnia obradowali wedle podziału stanowego. Wychodzi. Jedynie niewielka część deputowanych posłusznie opuszcza salę. Król przysyła mistrza ceremonii, aby dopilnował wykonania rozkazu. Ten pyta głośno przewodniczącego zgromadzenia, czy słyszał rozkaz króla. I wtedy spośród niemal 600 skonsternowanych deputowanych jeden wstaje, aby wypalić: „Niech pan powie tym, którzy pana przysłali, że jesteśmy tu z woli narodu. I że wyjdziemy stąd tylko pod groźbą bagnetów”.

Ten, który przemawiał w imieniu króla, wycofał się jak niepyszny. Ten, który przemówił w imieniu narodu, właśnie zaczął karierę największego mówcy i najbardziej wpływowego polityka pierwszej części rewolucji francuskiej.

Wróg despotyzmu

Honoré Gabriel Riqueti de Mirabeau urodził się w 1749 r. w rodzinie markiza Wiktora de Mirabeau, autora pism krytykujących uprzedzenia warstw uprzywilejowanych wobec produktywnych, ograniczenia swobody handlu i cenzurę prasy. Zdobywszy uznanie opinii publicznej, markiz okrył się jednak niesławą za sprawą skandalicznego procesu rozwodowego, jaki wytoczył żonie, kiedy po 11 latach małżeństwa (i tyluż dzieciach) wypaliła się ich wielka namiętność.

Honoré Gabriel, grubokościsty chłopak o zbyt wielkiej głowie i pospolitych rysach, w dzieciństwie dodatkowo oszpecony bliznami po ospie, nie był ulubieńcem ojca. Gdy nauczyciele chwalili jego elokwencję i pracowitość, markiz ubolewał, że dali się omamić młodemu lizusowi. Kiedy zyskał sympatię kolegów w internacie, ojciec uznał go za manipulatora. Umieścił syna w pułku kawalerii, przysyłając mu służącego donosiciela i żadnych pieniędzy, a gdy tylko Gabriel zaciągnął w garnizonie dług karciany, zwrócił się do króla o uwięzienie go na podstawie listu pieczętowanego.

Taki list oznaczał aresztowanie na czas nieokreślony bez procesu i bez decyzji sądu. Przedstawiane już wtedy jako przykład despotyzmu listy pieczętowane wydawał król, rzadko z własnej inicjatywy, najczęściej na prośbę ojców, żądających uwięzienia nieposłusznych dzieci. We Francji, której absolutnego monarchę zwano ojcem poddanych, według prawa ojciec był absolutnym panem i władcą swych dzieci. I tak młody Mirabeau trafił do więzienia na wyspie Ré.

Wyszedł stamtąd, gdy dyrektor zakładu namówił markiza na posłanie go z ekspedycją wojskową na buntującą się przeciwko francuskiej władzy Korsykę. Według dowódców, spisał się znakomicie, ale markiz ani myślał wydawać pieniędzy na kupienie mu szarży oficerskiej. Gabriel stwierdził, że musi się jak najszybciej usamodzielnić.

Najprostszym sposobem było poślubienie posażnej panny i młody Mirabeau postanowił zdobyć najbogatszą dziedziczkę w Prowansji, Emilię de Marignane. Była już wstępnie zaręczona, więc zaaranżował kilka sytuacji sugerujących, że spędza z nią noce – to wystarczyło, aby miasto zatrzęsło się od plotek, a markiz de Marignane wyprawił córce pospieszne wesele. Na niechcianym zięciu odegrał się nie dając Emilii prawie nic. Gdy po roku młode małżeństwo tonęło w długach, markiz de Mirabeau nie omieszkał wykorzystać pretekstu do uzyskania od króla kolejnego listu pieczętowanego. Tym razem Gabriel miał zamieszkać w mieścinie Manosque bez prawa opuszczania jej granic.

Emilia z maleńkim synkiem podążyła za nim, ale jej obecność nie była pociechą. W Manosque Gabriel odkrył, że żona go zdradza. A gdy wysłał ją do swego ojca z rozpaczliwą prośbą o pomoc – bo popadł w kolejne tarapaty, gdy samowolnie opuściwszy miasteczko pobił domniemanego autora złośliwych wierszyków na temat swej siostry – Emilia, owszem, pojechała do teścia, po czym urządziła się u niego wygodnie i przyklasnęła pomysłowi starszego pana, aby wysłać Gabriela do więzienia w If. Po tym zaś, jak zyskał życzliwość komendanta więzienia – aby go przenieść do fortu Joux na granicy szwajcarskiej. Stary markiz nie mógł wybrać gorzej.

Już w Manosque, zrozpaczony swą prawem sankcjonowaną zależnością od arbitralnej woli ojca, Mirabeau zaczyna pisać „Szkic o despotyzmie”. W Joux okazuje się, że jest jedynym więźniem, a komendant fortu podziela jego krytyczne nastawienie do ustroju. Pozwala mu nawet pojechać do Szwajcarii w celu anonimowego wydania „Szkicu...”; tym tekstem wkracza Mirabeau na drogę publicysty walczącego przeciwko idei i praktyce samowoli władzy, drogę, która doprowadzi go do epicentrum rewolucji.

Mówca nadzwyczajny

W 1776 r. Mirabeau tworzy swój pierwszy esej atakujący arbitralność władzy królewskiej, we Francji prawie nikt jeszcze wtedy nie śni o radykalnej zmianie systemu. Zmiany dokonują się głębiej, w umysłach francuskich warstw uprzywilejowanych, w pastelowych wnętrzach w stylu Ludwika XVI, gdzie zaczęto mówić o naturalnym prawie jednostki do bycia szczęśliwym. Na razie oznacza to tyle, że cenzorzy przymykają oko na nieprawomyślne teksty, a romanse tracą posmak skandalu – bo pisane prawa Francji wciąż surowo karzą tych, co wystąpią przeciwko władzy ojca i króla.

W pobliskim miasteczku Pontarlier kilka lat przed przybyciem Mirabeau dochodzi do głośnego procesu: miejscowy sędzia, markiz de Monnier, skarży kochanka córki o uwiedzenie. Młodzi opowiadają sądowi, że grzeszyli, bo ojciec panny nie zezwolił na ich ślub. We Francji można zawrzeć małżeństwo bez zgody rodziców dopiero po ukończeniu 25 lat, a za uwiedzenie, czyli splamienie honoru rodziny, grozi kara śmierci, ale sąd widzi sprawę inaczej: niechże się pobiorą, skoro się kochają! Całe miasteczko świętuje wyrok przyznający młodym prawo do szczęścia, a rozjuszony sędzia postanawia wziąć sobie młodą żonę (jest wdowcem) i na złość niechcianemu zięciowi spłodzić nowych spadkobierców.

Nikogo nie spłodził. Zofia de Monnier była bezdzietna, gdy jej mąż zaczął zapraszać do siebie arystokratycznego więźnia z fortu Joux. Niezgrabny brzydal Mirabeau uwodził kobiety równie skutecznie, jak oczarowywał słuchaczy, ale Zofii nie uwiódł. W Zofii się zakochał, natychmiast, bez pamięci, z wzajemnością, do szaleństwa, jakim była decyzja o ucieczce za granicę. Przedostali się do Holandii i przez kilka miesięcy żyli razem, bezgranicznie szczęśliwi, upojeni wolnością – do dnia aresztowania i deportacji. Ciężarna Zofia trafia do przepełnionej celi zakładu karnego dla kobiet. Mirabeau, którego trybunał w Besançon skazał na ścięcie za porwanie i uwiedzenie – do izolatki w ponurym więzieniu Vincennes. Ich córeczka, odebrana Zofii, umiera w niemowlęctwie. W 1780 r. umiera też synek Gabriela.

I wtedy – gdy dla Mirabeau jedynym powodem do życia są już tylko listy ukochanej – jego zatroskany o ciągłość rodu ojciec sugeruje, że mógłby pomóc mu odzyskać wolność, jeśli zobowiąże się wrócić do żony. To Zofia podejmuje decyzję. Jest jak sama miłość, która wszystko zrozumie i wszystko zniesie, gdy pisze do ukochanego, aby się jej wyrzekł dla swego dobra. I Gabriel wychodzi z więzienia, potulnie wracając do ojcowskiego domu. Wiosną 1783 r. formalnie żąda, aby Emilia podjęła z nim wspólne życie.

Proces wytoczony córce wpływowego markiza de Marignane byłby z góry przegrany; nawet gdyby Emilia nie wynajęła najlepszego adwokata Prowansji Portalisa (w przyszłości współredaktora kodeksu Napoleona); ale gdy ona uzyskuje upragnioną separację, Mirabeau zdobywa sławę nadzwyczajnego mówcy. Kiedy odpowiada na argumentację Portalisa, ten mdleje z wrażenia. Jednocześnie Mirabeau doprowadza do unieważnienia wyroku śmierci w sądzie w Pontarlier. Gdy król zapowiada w 1788 r. wybory do Stanów Generalnych, Mirabeau jest już znany jako świetny polemista i fenomenalny orator. Odrzucony przez szlachtę, zostaje wybrany przez stan trzeci.

„Widziałem go na trybunie podczas strasznego zamieszania na jednym z posiedzeń: posępny, brzydki, nieruchomy, przywodził na myśl Chaos Miltona, w swoim bezładzie niewzruszony i bezkształtny – napisze po latach Chateaubriand, bynajmniej nie wielbiciel rewolucji. – Znaki wyryte przez ospę na twarzy oratora wyglądały raczej tak, jakby wypalił je ogień. Natura ukształtowała jego głowę do panowania albo szubienicy, wyrzeźbiła ramiona, by objął nimi naród albo porwaną kobietę. Kiedy potrząsał grzywą włosów patrząc na lud, lud nieruchomiał; kiedy podnosił łapę i pokazywał pazury, plebs gnał w furii”.

Wolność dla wszystkich

Mirabeau szybko zostaje idolem ludu, choć nie zniża się do pochlebiania tłumom. Gdy kobiety z Paryża wdzierają się na salę posiedzeń, głośno wyrażając swój serdeczny stosunek do „ich matuchny Mirabeau”, ich bożyszcze cierpko żąda, aby nie zakłócały spokoju obrad. Nie fraternizuje się z plebsem – ale domaga się dlań praw równych tym, którymi dotąd cieszyli się jedynie uprzywilejowani. Nie zabiega o poklask tłumów, gdy mówi o konieczności położenia kresu dyskryminacji protestantów i żydów. Mirabeau, do niedawna ofiara samowoli patriarchalnej władzy, żąda prawem gwarantowanej wolności dla każdego człowieka – dlatego domaga się zniesienia niewolnictwa we francuskich koloniach i swobody wypowiedzi i druku. Nawet wtedy, gdy pisemka krążące po Paryżu prześcigają się w obraźliwych oskarżeniach wobec niego.

W Zgromadzeniu mało kto ośmiela się wprost atakować mistrza ciętych ripost, który potrafi precyzyjnie wykazać błędy w cudzej argumentacji. Jego wirtuozerskie przemówienia, w których sile argumentów towarzyszy potęga słów, zachwycają nawet przeciwników politycznych, a tych mu nie brakuje. Przypisuje się mu nieokiełznane ambicje, z objęciem funkcji pierwszego ministra włącznie, bo czy dla polityka wielbionego przez masy i zdolnego przekonać Zgromadzenie rzeczą niemożliwą byłoby skupić władzę w swoim ręku? Zwłaszcza że król jest coraz bardziej apatyczny, a jego rząd pełen miernot. 7 listopada 1789 r. Zgromadzenie przegłosowuje ustawę zabraniającą swym członkom obejmowania posad w rządzie: efekt strachu przed jednym człowiekiem.

Tymczasem jeśli Mirabeau pragnął wejść do rządu, to nie dla ambicji dyktatorskich. Sprzeciwiał się tyranii w każdej jej formie – dlatego naraził się lewicy Zgromadzenia i ludowi, wypowiadając się za pozostawieniem królowi prawa weta. Dostrzegał zagrożenie, które miało się ziścić po kilku zaledwie latach: groźbę dyktatury samego Zgromadzenia. Wierzył w rolę monarchii konstytucyjnej jako czynnika zapobiegającego monopolizacji władzy przez zwycięską partię lub bezwzględnego demagoga. Ludwik XVI natomiast był przekonany, że Mirabeau, zdeklasowany szlachcic perorujący za zniesieniem przywilejów stanowych, jest monarchii arcywrogiem. Z tego błędu wyprowadza rodzinę królewską habsburski dyplomata La Marck, który, mimo początkowych uprzedzeń, zaprzyjaźnił się z Mirabeau i, obserwując z przerażeniem nieudolne kroki króla, namawia go do skorzystania z usług polityka. Odtąd Mirabeau pisze dla króla sążniste raporty, zawierające analizę sytuacji i wskazówki, co król powinien uczynić w celu ratowania swego autorytetu i popularności: uznać dokonania rewolucji i prerogatywy Zgromadzenia, uszanować tworzoną właśnie konstytucję, zabiegać o poprawę wizerunku za pomocą metod nowocześniejszych niż dotychczas.

Król za te ekspertyzy płaci, ale nie słucha rad Mirabeau. Ludwik XVI nie wierzy w monarchię parlamentarną i nie chce słyszeć o wybieraniu ministrów spośród polityków zwycięskiej w wyborach partii. Opinia publiczna zauważa jego niechęć do zmian, jakie Paryż przyjmuje iluminacjami. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza prowadzi do radykalizacji nastrojów. W ciągu roku, jaki mija od chwili nawiązania nierównej współpracy z rodziną królewską, Mirabeau powoli traci wiarę w możliwość pogodzenia zdobyczy rewolucji z monarchią wcieloną w króla pozbawionego wyobraźni.

Królewski agent

Traci też siły. W marcu 1791 r. jego zdrowie się załamuje. Jeszcze walczy o wprowadzenie powszechnej oświaty – bo łatwo manipulować analfabetami. Mobilizuje resztki sił, aby przekonywać Zgromadzenie do zachowania praw właścicieli kopalń, bo do nich zalicza się jego przyjaciel La Marck – to jego ostatnie publiczne wystąpienie. Umiera rankiem 2 kwietnia 1791 r. w swym domu, oblężonym przez zasmucony tłum.

„Achilles umarł, Troja nie padnie” – mówi Robespierre, poddając się powszechnemu poczuciu straty. Wkrótce się okaże, że pustka po odejściu charyzmatycznego trybuna jemu właśnie otwiera drogę ku władzy. Kiedy kondukt pogrzebowy, godny głowy państwa, odprowadza doczesne szczątki Mirabeau do Panteonu, nikt jeszcze się nie domyśla, że w ciągu kilkunastu miesięcy monarchia upadnie, a w sejfie królewskim znalezione zostaną dokumenty świadczące o tym, że polityk był tajnym współpracownikiem obalonego króla. Że zwłoki Mirabeau zostaną wyrzucone z Panteonu. I że historia przyzna mu rację.

 

Polityka 6.2010 (2742) z dnia 06.02.2010; Historia; s. 57
Oryginalny tytuł tekstu: "Trybun dla ludu"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną