Ksawery Pruszyński - legendarny reporter

Podróżnik po Polsce

Polska, Hiszpania, Palestyna

Jednak wbrew zarzutom Pruszyński nigdy nie popadł w protekcjonalną manierę, nie naśmiewał się z nieporadności prostych ludzi – wskazywał, że właśnie szybki awans całych warstw społecznych jest jedyną drogą do pomyślności kraju. „Poznańskie i Chicago to jedyne punkty, gdzie nastąpiła prawdziwie polska rewolucja klasowa, gdzie chłop objął – wszystko, zasiadł w sklepie, banku, szkole, uniwersytecie, kancelarii adwokackiej i wszędzie zachował się tak, jak lokator domu budowanego nie dla niego, domu w którym mu jest niewygodnie, w którym wszystko przemienia, stawiając w salonie inkubator do wylęgania kurcząt, a wnętrza fortepianu używając za nadprogramową szufladę. (…) To są rzeczy – ludzie mali nie obraźcie się – takie same jak nowotwory ukraińskiej mowy, tyle wyśmiewane przez dumnych Polaków ze Lwowa i Trembowli”.

Nie chciał pisać o „świadomości klasowej mas”, czego nie mogli mu darować socjaliści, ani nie głosił pochwał „polskiej krwi”, co oburzało endeków, ale życie mieszkańców wsi i przedmieść opisywał z empatią – chociaż bez upiększeń. W artykule „Żółci ludzie z Łodzi” pochylał się nad nędzą bezrobotnych, ostrzegając, że ich gniew i frustracje lepiej od PPS oraz komunistów potrafi zagospodarować rosnący w siłę ruch faszystowski.

Relacje z podróży, obok plastycznie odmalowanych scen z życia codziennego, zawierają też odniesienia do historii, ekonomii, demografii. W niejednym artykule reportaż przeplata się z publicystyką. Pruszyński chce dociec prawdziwego sensu opisywanych zjawisk, ukazać ich socjologiczne tło. W sierpniu 1937 r. pojechał do Małopolski, przez którą przetaczała się fala chłopskich rebelii. Pisał: „Wieś rozumie, że jej potrzeb, potrzeb dziesięciu milionów »ludzi zbędnych« na roli, potrzeb przybywającego rocznie pół miliona kołysek, nie zaspokoi ani resztka gruntów ziemskich, ani obecna ilość straganów czy sklepów. Wieś, która bardzo powoli, ale najwyraźniej wychodzi dziś z kryzysu lat ubiegłych (...) – ta wieś jest bardziej stanowcza i harda w stawianiu swych żądań. (...) Chce ni mniej ni więcej stać się warstwą rządzącą Rzeczypospolitej”.

Reportażysta potrafił być wnikliwym obserwatorem nie tylko życia w kraju, ale też poza jego granicami. Pisał o Danii, Palestynie (z sympatią odnosząc się do ruchu syjonistycznego), Stanach Zjednoczonych. Kto wie, czy nie najważniejszą pozycją w jego dorobku jest książka „W czerwonej Hiszpanii” – plon podróży jako korespondenta „Wiadomości Literackich” do Barcelony i Madrytu na przełomie lat 1936 i 1937.

Rozmach i żywioł rewolucji zafascynowały go. „W październiku 1936 r. Madryt jest bardziej rewolucyjny niż Moskwa, bardziej fanatyczny niż Mekka, żyje tempem intensywniejszym niż Nowy Jork” – pisał. Pruszyński jako jeden z niewielu zagranicznych dziennikarzy nie wahał się jeździć na linię frontu, ale z uwagą obserwował także to, co działo się na jego zapleczu. Dostrzegł, że paliwem rewolucji są narosłe od wieków nierówności społeczne i wpół niewolnicze położenie hiszpańskich chłopów, którym dopiero rewolucja przyniosła wolność i godność.

„W czerwonej Hiszpanii”

W relacjach sięgał po analogie, starał się ukazać czytelnikowi hiszpańską wojnę w kontekście tego, co działo się w jego własnym kraju. Im dłużej przyglądał się Pruszyński rewolucji, tym więcej dostrzegał odniesień do polskiej rzeczywistości: „hiszpańska dziewczyna od krów, choćby nazywała się Inez lub Carmen, to rodzona siostra naszej Kaśki, że wiejski Juan jest rodzonym bratem bandosa Jaśka, że, na przekór geografii, a zgodnie – niestety – z socjologią, nasza Polska i ich Hiszpania są sobie bardzo niedalekie”.

Od początku szanse rewolucji oceniał sceptycznie: „Oto i my, i wszyscy inni dziennikarze, na wojnie się nie znający, odczuwają przecież zupełną po tej stronie konfuzję, zamieszanie, brak władzy, a jednocześnie od strony »tamtej« idą ku nam za każdym razem pchnięcia celowe, wymierzone, zamierzone. Jest jakiś rozum, jakiś plan i jakaś inicjatywa tamtych posunięć. Nie ma jej tutaj. Wraca się wieczorem przez miasto, auto jest zatrzymane jakimś pochodem, wiece i demonstracje, tłumy ludzi młodych, entuzjazm. Wszystko to kipi w mieście, ale wszystko to stygnie o kilka kilometrów stąd, w polu, w okopie. A to pole staje się coraz bliższe”.

Podziw dla siły ludowego zrywu nie przysłaniał Pruszyńskiemu okrucieństw rewolucji. To właśnie rozdźwięk między jej wzniosłymi celami a ponurą praktyką uczynił centralnym punktem odniesienia w swoich reportażach z Hiszpanii. Już obejrzana w pierwszym tygodniu corrida stała się świadectwem złowrogich instynktów ukrytych w obyczajowości. „Obcy widz nasiąkł tym podnieceniem, które tu drga w powietrzu, zapach krwi nie uderza weń niemęskimi mdłościami, ale jakby rozdyma nozdrza. Z pierwszych wrażeń pozostaje tylko uporczywa świadomość, nie dająca się zagłuszyć i przyćmić, że radość, którą się odczuwa, zainteresowanie nie znane dotąd, które się zrodziło, które wyorało bardzo głęboko ukryte pokłady, nazywa się przecież rozbestwieniem”.

Doniesienia o masowych egzekucjach zapisywał skrupulatnie. Pokazał, że rozstrzeliwania bez sądu i terror partyjnych bojówek stały się makabryczną codziennością rewolucji. Rozmawiał z żołnierzami samozwańczych plutonów egzekucyjnych: „Nie było dla mnie strasznym, że tak zabijano. Że zabijano, wiedziałem. Strasznym było, że zabijali tacy właśnie, najlepsi, szczerze patrzący chłopcy, nie tylko nie zbrodniarze, nie tylko nie ludzie zwyczajni, ale najpewniej dobrzy, idealiści, najlepsi. (…) Cobos-Sanchez wierzył głęboko, że zło na świecie sprowadza się do tego, że istnieje wadliwy ustrój. Zmienienie złego ustroju było dlań równoznacznym ze zwycięstwem dobra na świecie. Cobos-Sanches zmieniał zły ustrój, ale zapomniał o jednym: że tymczasem człowiek, on sam, setki tysięcy i miliony jemu podobnych stawali się gorsi, sami o tym nieraz nie wiedząc”.

Autor „W czerwonej Hiszpanii” na ćwierć wieku przed Hannah Arendt dostrzegł i opisał ową „banalność zła”, która legnie u podstaw totalitarnego ludobójstwa: „gdyby przyszło takich ludzi sądzić, gdzie szukać przyczyn tej zbrodni, która dla nich nawet nie istnieje: we krwi, w jakimś okrucieństwie rasy, przemawiającym dziś poprzez stulecia pozornego uśpienia, w ciemnocie, która ich trzymała w biedzie, w pożądaniu, czy wreszcie w nauce, która zakreśliła granice klas i programów i powiedziała: »wstań, idź, zabijaj«”.

Krytyk II RP

Przed wybuchem wojny Pruszyński zdążył związać się z „Ilustrowanym Kurierem Codziennym”. Opublikował w nim m.in. cykl reportaży z rozbioru Czechosłowacji – wstrząsających i zdecydowanie na przekór rządowej propagandzie upajającej się odzyskaniem Zaolzia. Po klęsce wrześniowej przedarł się do Francji, walczył pod Narvikiem (swoje doświadczenia w zbeletryzowanej formie przedstawił w książce „Droga wiodła przez Narvik”). Po podpisaniu układu Sikorski-Majski pojechał do ZSRR, by objąć stanowisko attaché kulturalnego ambasady polskiej, później wraz z armią Andersa wyruszył na Bliski Wschód i wrócił do Anglii.

Cały czas pisał i drukował w emigracyjnych czasopismach, chociaż miejsce reportaży zajęły teraz opowiadania i publicystyka polityczna. Surowo rozliczał przedwrześniową ekipę z klęski militarnej, urzędników rządu emigracyjnego nazywał „cuchnącym rodactwem” i coraz bardziej skłaniał się ku myśli, że powojenna Polska – czy tego chce, czy nie – skazana jest na współpracę z Rosją. Wreszcie podjął decyzję o powrocie do kraju.

Włodzimierz Odojewski tak skomentował ten wybór: „Pruszyński, choć go z grupą Mikołajczyka nic nie łączyło, poszedł taką samą drogą, podzielając nadzieje tej grupy na szansę współpracy z komunistami i, jako publicysta (a długo uważał się bardziej za politycznego publicystę niż literata) poniósł podobną klęskę. (…) Na tę drogę Pruszyńskiego nie wiodły jednak ani strach, ani chęć poklasku, ani potrzeba zysku. Chęć uczestnictwa za wszelką cenę – też chyba nie. Jak się wydaje: tak właśnie, a nie inaczej pojęta służba Polsce”.

Emigracja, zarówno londyńska, jak i skupiona wokół Maisons-Laffitte, orzekła, że Pruszyński zdradził przyjaciół oraz ideały młodości. Bardzo krytycznie odnosił się do niego Jerzy Giedroyc, zarzucając mu emocjonalne rozchwianie i brak poglądów politycznych. Ale jednocześnie po latach przyznał, że tylko Pruszyński byłby zdolny napisać wielką rozrachunkową publicystykę z czasami II RP: „książkę o Polsce 20-lecia nową, śmiałą, druzgocącą, a przecież w istotnych rzeczach nas ratującą – pisał w liście do Jerzego Mieroszewskiego – Gdyby żył i gdyby był po tej stronie barykady”.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną