Historia

Przemijająca data końca świata

Wizje końca świata przez wieki

Czterej jeźdźcy apokalipsy, obraz Wiktora Wasniecowa, 1887 r. Czterej jeźdźcy apokalipsy, obraz Wiktora Wasniecowa, 1887 r. Wikipedia
Słońce zwiększa aktywność. W świecie islamu wybuchają rewolucje. Zaskakują nas anomalie klimatyczne. Tsunami i trzęsienia ziemi zbierają tragiczne żniwo, ostatnio w Japonii. Długi kalendarz Majów kończy się na 2012 r. Zdaniem „katastrofologów” nadciąga Apokalipsa. Kiedy? „O dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec”, odpowiada Jezus w Ewangelii św. Mateusza.
Świety Jan Ewangelista na Patmos. Obraz Tycjana z 1544 r.Wikipedia Świety Jan Ewangelista na Patmos. Obraz Tycjana z 1544 r.
Czterej jeźdźcy apokalipsy, drzeworyt Albrechta Dürera.Wikipedia Czterej jeźdźcy apokalipsy, drzeworyt Albrechta Dürera.
Masowe samobójstwo członków sekty Świątyni Ludu Jamesa Jonesa, 1978 r., Jonestown, Gujana.AP/EAST NEWS Masowe samobójstwo członków sekty Świątyni Ludu Jamesa Jonesa, 1978 r., Jonestown, Gujana.

Pokolenie Jezusa było przekonane, że to ono jest ostatnim pokoleniem. Jako wybrani, święci, za jakich uważali się pierwsi chrześcijanie, szykowali się do paruzji: rychłego ponownego nadejścia Chrystusa.

Ale zwycięski świat rzymski nadal trwał, pozornie szczęśliwy i spokojny, w rzeczywistości zapełniając seksem i ucztami narastające poczucie pustki i pesymizmu, określane przez poetę Lukrecjusza jako „lodowaty niepokój” zaś przez Katullusa jako „choroba na śmierć”. Tymczasem chrześcijaństwo z katakumb przedostawało się na dwory patrycjuszów i cesarzy, wypierając stare, bezlitosne skądinąd wartości. Skomplikowało to relacje społeczne, religijne i wiele innych. Katastrofa „starego świata rzymskiego” nastąpiła w V w.: na oczach patrycjuszy i wieśniaków wskutek straszliwych najazdów Hunów, Gotów, Wandali, pustoszących Rzym, wskutek wielkiej wędrówki ludów rozpadał się imperialny świat. W tradycji judeochrześcijańskiej wyczekiwania na kres świata łączono z okrągłą datą albo zbliżoną do okrągłej. Wiek V był „okrągły”, więc potworne plagi miecza, ognia, głodu trapiące uciekającą, wyrzynaną, chrystianizującą się część Europy wywoływały przekonanie, że „wiek ucisku” już nastąpił i bliski jest koniec świata.

Apokalipsa spisana zapewne w I w. przez św. Jana na wyspie Patmos zdawała się to potwierdzać. W objawieniu Jan głosił bowiem m.in. zagładę „Wielkiej Nierządnicy”, a za taką uważano wówczas cesarski Rzym. Rzeczywiście: w 455 r. germańscy Wandalowie złupili dumny Rzym, a w 476 r. wódz Odoaker zdetronizował ostatniego cesarza i objął władzę w Rzymie, odsyłając insygnia cesarskie do Konstantynopola.

Rozpad imperium Karola Wielkiego w 843 r. wprowadził Europę w nowe wojenne zawieruchy, pogłębione straszliwymi wyprawami wikingów. Groza milenijna wróciła. Za kolejną datę kresu świata zaczęto w X w. przyjmować rok 1000. Tym bardziej że początkowo pewny był tej daty także św. Augustyn, uznając w „Państwie Bożym” rok 1000 za „początek siódmego okresu ludzkiej historii, w którym święci będą już mogli cieszyć się chwałą urzeczywistnionego Królestwa”.

Nastrojom milenarystycznym w IX–X w. sprzyjały także klęski głodu, wyludnienie i zarazy. Wydawało się, że gorzej być nie może; kroniki odnotowywały anomalie klimatyczne i dziwne zjawiska, co jednak nie było niczym szczególnym, gdyż śledzenie „znaków” stanie się tradycją wszystkich chrześcijańskich kronik średniowiecznych, z Jana Długosza włącznie. Roczniki odnotowywały długie procesje konających z głodu, wpółoszalałych ludzi, akty kanibalizmu. Idąc za słowami Apokalipsy sądzono, że oto pojawił się „Smok”, „Wąż”, czyli Antychryst, który będzie „na krótki czas uwolniony”. Klerycy, mający największy wpływ na lud, powoływali się nie tylko na objawienie św. Jana, ale na interpretacje Ojców Kościoła, Papiasza z Hierapolis czy Ireneusza z Lyonu, żyjących w I i II w., piszących o Antychryście i końcu świata. O kaznodziejach zapowiadających Sąd Ostateczny wspominał też opat Abbon z Fleury urodzony około 940 r.

Próbę zjednoczenia wszystkich chrześcijan przed spodziewanym końcem świata podjął egzaltowany i młodziutki cesarz Otton III z dynastii Ludolfingów, syn św. Adelajdy, na którego duży wpływ wywierał uczony benedyktyn Gerbert z Aurillac, późniejszy papież Sylwester II, podejrzewany z powodu swej wiedzy matematycznej (umiał liczyć na liczydle) o konszachty z diabłem. By stawić się w Nowym Jeruzalem pośród owych 144 tys. wybranych, objawionych św. Janowi, Otton III chciał się zasłużyć i scalić Germanię, Galię, Italię i Sclavinię w jedną chrześcijańską rodzinę.

W 1000 r. jednak nic szczególnego się nie wydarzyło. Choć okazał się pamiętnym rokiem dla Polski, bo cesarz ją odwiedził, podejmowany hojnie przez Bolesława Chrobrego. Więc może kres nastąpi w 1033 r., czyli 1000 lat po domniemanej śmierci Jezusa? Ale i wtedy nic się nie wydarzyło. Burgundzki mnich Raul Glaber w swych „Historiach” objaśnił to interwencją Bożą. Końcowy akcent rozważań mnicha był wysoce optymistyczny dla ludzkości: „W tysięczną rocznicę Męki Pańskiej chmury się rozstąpiły posłuszne boskiej łaskawości i dobroci, a uśmiechnięte niebo zaczęło świecić i zsyłać łagodne wietrzyki”.

Nastroje apokaliptyczne i milenijne zawsze miały związek z sytuacją polityczną, społeczną, gospodarczą i religijną. Po 1000 r. w gospodarce szło na lepsze. Wzrastała też rola Kościoła łagodzącego niewyobrażalny strach przenikający Europę. Historycy zwracają uwagę, że w XI w. ostygły bezlitosne wojny feudalne trapiące chrześcijańskie kraje: upowszechniają się Treuga Dei, Dni Pokoju Bożego na pamiątkę męczeństwa Jezusa. Była to ulga dla mieszkańców porażonych „Armagedonem na bieżąco”. Aż w XIII w. przyszła dla Europy pora spokoju, osadnictwa i pokojowych migracji za chlebem.

„Piękne to były czasy” – napisał o tym okresie polski historyk Benedykt Zientara. „Chłop znad Renu wędrował setki mil, by osiedlić się na Śląsku czy w Siedmiogrodzie, zmieniał pana, ale czuł się stale członkiem tej samej chrześcijańskiej wspólnoty”.

Ludzie jednak nadal szukali mistycznego zrozumienia dziejów przeszłych i przyszłych. Na pomoc pośpieszył im opat cysterski z Kalabrii Joachim z Fiore (ok. 1130–1202). Podzielił on dzieje ludzkości na trzy etapy: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wyliczył też początek nowej ery na rok 1260, kiedy to Nowy Testament przestanie obowiązywać na rzecz „wiecznej Ewangelii”. Nauki te zostały wprawdzie odrzucone przez Kościół jako herezja, ale Joachim zyskał wielu admiratorów. Dla oczyszczenia się z grzechów przed Sądem Ostatecznym zaczęły rozwijać się m.in. sekty biczowników.

Każdy bowiem chciał się znaleźć w gronie owych 144 tys. wybranych, przewidzianych w Apokalipsie św. Jana. To dlatego ruch krucjatowy do Ziemi Świętej od 1096 r. trwał aż do 1291 r., pomimo klęsk i symptomów zbiorowego szaleństwa, jak choćby wyprawa bezbronnych dzieci w 1212 r., prowadzona przez pastuszków. W końcu lepiej umrzeć w Nowym Jeruzalem z nadzieją znalezienia się pośród owych wybranych niż nad odległym Renem. W kwestii tak ważnej jak Sąd Ostateczny dochodziło przy tym do drastycznych sporów pośród wyznawców teologii Joachima z Fiore. Na przykład dla niemieckich joachimitów cesarz Fryderyk II Hohenstauf (1194–1250), uwikłany w walkę z papiestwem, był zbawcą; dla joachimitów włoskich – Antychrystem, z którym toczy się właśnie Armagedon. Raz wznieconych nastrojów milenijnych nie dawało się łatwo ugasić, gdyż każda kolejna liczba wydawała się stosowna do ogłaszania nadejścia Sądu Ostatecznego i mianowania papieża albo cesarza Antychrystami.

Szczególnie miał się zapowiadać wiek XV. W tymże stuleciu końca świata oczekiwali czescy husyci na górze Tabor w ufortyfikowanym na wszelki wypadek taborze. W ramach oczekiwania na sądny dzień husyci usiłowali także zaprowadzić u siebie „ewangeliczne porządki” sprawiedliwości na wzór Edenu. Jednakże eksperyment społeczno-ewangeliczny miał także ciemne oblicze: naśladowanie Adama i Ewy w raju, czyli obijanie się po obozie i grabienie katolików, prowadziło do zaniku instynktu pracy. Narastały nieporozumienia, w tym liturgiczne, co w rezultacie doprowadziło do wzajemnego wyniszczenia się husytów w bitwie pod Lipanami w 1434 r.

XV w. jednak domagał się dalszego milenijnego żeru. Nadejście egalitarnego Królestwa Bożego w 1476 r. głosił były pasterz, wizjoner i przywódca ludowy Hans Böhm. Skończyło się to dlań – jako heretyka – spaleniem na stosie w Niklashausen. Nieuchronnie nadciągał rok 1500: najbardziej stosowny do szerzenia nastrojów apokaliptycznych. Tym razem jednak Europa odwracała się od Apokalipsy ku pięknemu Quattrocento, fascynacji antykiem i doczesnym życiem. W 300-tys. wówczas Wenecji kronikarz doliczył się 11 654 le nostre benemerite meretrici – „naszych czcigodnych nierządnic”, jak je raczył określić równie czcigodny senat wenecki. Lękliwe przewidywania apokaliptyczne pozostawiono raczej klechom.

„Klechą”, który naruszył rodzącą się renesansową beztroskę, okazał się augustianin Marcin Luter. Część katolików uzna go za wcielenie Antychrysta. Sam twórca reformacji, redagując swe tezy w 1517 r., był przepojony neurotycznym lękiem przed Sądem Ostatecznym. Czasy podziałów, które wywołał Luter, dały życie kolejnym milenijnym demonom. Przywódca powstania chłopskiego w 1525 r. – proboszcz ze Zwickau Thomas Münzer, ideowy przeciwnik Lutra, uważał się za wcielenie proroka Daniela. Wierzył, że prowadzi chłopską armię przeciw wrogom Ducha Świętego pod sztandarami równości ewangelicznej i w ramach Królestwa Bożego na ziemi. W imię nadciągającego, jak głosił Münzer, Sądu Ostatecznego chłopi bili się zaciekle; doszło do skrajnych okrucieństw, które odtąd będą towarzyszyć wojnom religijnym w Europie. Münzera ujęto i ścięto w 1525 r. po okrutnych torturach. Powstanie „wybranych” upadło.

Idee Münzera powróciły w ruchu anabaptystów oczekujących nadejścia Tysiącletniego Królestwa. Wyznanie to miało pokojowy charakter, głosiło dążenie do wspólnoty dóbr i przenikało je oczekiwanie na kres „Babilonu”. Anabaptysta Melchior Hoffmann był przekonany, że na Nowe Jeruzalem należy czekać w Strasburgu, gdzie miało się rozpocząć w 1533 r. Tysiącletnie Królestwo Boże. Siebie Hoffmann mianował ożywionym Eliaszem, który będzie rządzić Nowym Jeruzalem. Trafił jednak do więzienia, gdzie zmarł w 1543 r., a tymczasem w Münsterze w latach 1534–35 podjęta została kolejna próba ogłoszenia Nowego Jeruzalem. Za „trzeciego Dawida” uważał się Jan van Leiden (Jan Beukelszoon). Jego nauki doprowadziły do zamieszek, oblężenia miasta, zagłodzenia i rzezi mieszkańców. Zanim Beukelszoon trafił w 1536 r. na szafot, nie oszczędzono mu tortur.

Niektórzy badacze odczytują tendencje milenarystyczne jako „kultową reakcję na kryzys, przynoszącą nadzieję w czasach beznadziei”. Rzeczywiście: aż do „triumfu rozumu” i końca „wieków teologii” w XVIII w. niemal wszelkie ruchy społeczne mają charakter milenarystyczny, wiążą się z wiarą w nadejście Królestwa Bożego. XVII-wieczna rewolucja angielska, nazwana przez Karola Marksa burżuazyjną, miała w rzeczywistości głęboko religijne podłoże. Sam Olivier Cromwell porwał się na bunt, gdyż uważał się za wybrańca Boga. Nadejścia „piątego królestwa” zapowiedzianego przez proroka Daniela oczekiwali też „święci” purytanie w jego armii „żelaznobokich” w 1647 r. Atmosfera przyjścia Zbawiciela była tak histeryczna w Londynie i innych miastach Anglii, że sam Cromwell miał jej dosyć. I koniec świata nadszedł: ścięcie króla Karola I Stuarta w styczniu 1649 r. oznaczało w warstwie symbolicznej koniec starego porządku, z czego zresztą nie za bardzo zdawali sobie sprawę purytanie owładnięci religijną manią. Bieg dziejów wykazał jednak, że w Anglii załamał się klasyczny feudalizm i rozpadły dawne wartości oparte na elementarnym społecznym rozróżnieniu sacrum (Bóg, król) i profanum (kat, plebs). W tym sensie Nowe Jeruzalem nadeszło.

Koniec świata w judeochrześcijaństwie od dawna miał związek z mistyką liczb, tzw. wiedzą hermetyczną, pitagorejską. Nic dziwnego, że po wiekach na nowo zakwitła w okultyzmie, ezoteryzmie, a później w teozofii, antropozofii, parapsychologii i psychotronice. Wiara w wiedzę tajemną rządzącą człowiekiem była tak silna, że nawet w oświeceniowych czasach „epoki rozumu” odżywały nastroje i poglądy milenijne związane z przewidywanym końcem świata.

Słynny mistyk Emanuel Swedenborg wyliczył datę końca świata na rok 1757 i, aby znaleźć się pośród wybranych razem z uczniami, przewidująco założył Kościół Nowego Jeruzalem. Mistycyzm Andrzeja Towiańskiego także opierał się na wierze w nadchodzącą nową epokę Królestwa Bożego, którą miało przygotować Koło Sprawy Bożej, założone przezeń w Paryżu w 1842 r. „Hufiec Boży”, który miał wieść nas ku temu królestwu, złożony był m.in. z najwybitniejszych poetów polskich: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego. Przewidywany koniec świata i adwent, czyli powtórne przybycie Zbawiciela na ziemię, przenikały niemal każdą sektę o charakterze mistycznym – i ten stan trwa do dzisiaj.

Dla tych, którzy nie przyjmowali dogmatów katolickich, nie chcieli umrzeć i potem cierpieć piekielnej męki, zawsze jednak istniała furtka „wiedzy tajemnej”. W sukurs pośpieszyła im reinkarnacja różokrzyżowców, ezoterycznego ruchu uznającego Jezusa, wierzącego w przemianę „ołowianego człowieka” w „złotego”, boskiego. Podtrzymywała też na duchu teozofia Heleny Bławatskiej, córki Rosjanki i niemieckiego oficera. Spadkobierczyni wiedzy tajemnej pod koniec XIX w. wyliczyła koniec świata „obecnej wieczności” na 311 040 000 000 000 rok. Datacja ta, korzystna dla zwolenników normalnego cyklu życia i śmierci, wskazuje na wpływ hinduizmu i cykli „dzień i noc Brahmy”. W Indiach bowiem Bławatska nauki swe pobierała.

Rosji także nie ominęły rozterki dotyczące Antychrysta i końca świata. Podczas próby wzmocnienia liturgii greckiej w XVII w. patriarcha Nikon został uznany przez staroobrzędowców za Antychrysta. W odpowiedzi patriarcha w 1667 r. obłożył anatemą obrońcę „starodawnych cnót kościelnych” Awwakuma Pietrowicza. Został on uwięziony i w 1682 r. spalony. Wywołało to swoisty Armagedon: część staroobrzędowców uznała bowiem, że pozbawiono ich kapłanów, Rosja została opanowana przez Antychrysta i koniec świata nadciągnął. Aby nie stawić się przed Sądem Ostatecznym w stanie grzechu, część starowierców uznała, że jedynym wyjściem jest oczyszczenie w ogniu. Doszło do fali masowych samospaleń trwających około stu lat. Do dziś nie wiemy, ile ofiar pochłonęły: w chwili konfliktu co trzeci Rosjanin był staroobrzędowcem. Ci, którzy się nie spalili, uciekali przed Antychrystem jako „bieguni” tam, gdzie nie sięgała karząca ręka cara: na Syberię, na polską Ukrainę, na Litwę. Dopiero w 1971 r. duchowieństwo prawosławne w Rosji uznało także wiarę starowierców za drogę do zbawienia.

Najgorsze okazało się przyśpieszanie końca świata przez niektórych przywódców sekt. Prowadziło to do zagłady „wybranych”, na ogół zresztą poddanych bezwzględnej dyscyplinie i praniu mózgów. Tak stało się ze Świątynią Ludu trzymaną żelazną ręką, karcącą nawet dzieci elektrowstrząsami, przez „mesjasza” Jamesa Jonesa, przewidującego rychły koniec świata. W 1978 r. ponad 900 członków sekty w Jonestown w Gujanie zażyło lub zostało zmuszonych do zażycia trucizny, a sam Jones pozbawił się życia strzałem w głowę. W 1993 r. pożegnał się z życiem kolejny „mesjasz”, stojący na czele Gałęzi Dawidowej, David Koresh (prawdziwe nazwisko: Vernon Wayne Howell). „Nowy Dawid” nie chciał sam trafić do „nowego królestwa”: podobnie jak Jones zabrał ze sobą wyznawców, choć mniej – 74 osoby przedtem wykorzystywane seksualnie i poddane jego woli.

Najbardziej niebezpieczny obecnie Kościół Scjentystyczny gwarantuje wyznawcom nieśmiertelność każdej „istoty duchowej” (thetan), która przeżyła wiele żyć i żyć będzie nadal. Wola przetrwania, wedle przekonań założyciela Kościoła, pisarza fantastyki Ronalda Hubbarda, usprawiedliwia przemoc, kłamstwa i kradzieże na rzecz scjentologów. Kościół ten rośnie w siłę i bogactwo.

Wedle wyliczeń kalendarza Majów kres czeka nas 23 grudnia 2012 r. Jak dotąd żadne daty do końca się nie sprawdziły, więc niektórzy badacze kultury Majów, jak Carl Calleman, dają nam szansę. Dowodzą, że należy się skupić na dacie 28 października 2011 r., kiedy to wedle kalendarza Majów nastąpi „transformacja świadomości”, gdyż wtedy „światło przechodzi przez wszystkie Poświaty bez żadnego zaciemniającego filtra, który by blokował kontakt między ludzkością a boskością”. I tak wejdziemy w nową erę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną