Historia

To się nie może zdarzyć

Samolot United Airlines 175 atakuje drugą, południową wieżę WTC. Samolot United Airlines 175 atakuje drugą, południową wieżę WTC. Masatomo Kuriya / Corbis
Pomysł porwania samolotów przez mudżahedinów samobójców i zaatakowania wież WTC pojawił się pod koniec lat 90. Dowodzący wówczas Al-Kaidą Osama ibn Laden zaakceptował go i przez trzy lata przygotowywał operację.
Strefa Zero, 17 września 2001 roku.Eric J. Tilford/Wikipedia Strefa Zero, 17 września 2001 roku.
Tribute in Light - trzecia rocznica zamachu 11 września.Derek Jensen/Wikipedia Tribute in Light - trzecia rocznica zamachu 11 września.

O godz. 8.15 rano, 11 września 2001 r., samolot pasażerski American Airlines lot nr 11 z Bostonu do Los Angeles zmienił kurs, kierując się do Nowego Jorku, i o 8.46 uderzył w północną wieżę Światowego Centrum Handlu (WTC) na Manhattanie. 17 minut później drugi samolot, United Airlines 175, staranował południową wieżę WTC. Prezydent George Bush był wówczas w szkole na Florydzie i słuchał w klasie, jak dzieci czytają bajkę. O 9.05 szef jego kancelarii Andrew Card szepnął mu do ucha: „Zaatakowano Amerykę”.

Kolejny porwany samolot, American 77, zawrócił z trasy z Waszyngtonu do LA i skierował się ku stolicy. O godz. 9.37 uderzył w Pentagon. Pół godziny później, pod Shanksville w Pensylwanii, rozbił się czwarty samolot, United 93, zawrócony z trasy do San Francisco. Miał zaatakować Kapitol albo Biały Dom.

O 9.59 runęła południowa wieża WTC, a pół godziny potem północna. We wszystkich atakach zginęło 2996 osób, w tym 19 porywaczy. Większość ofiar to zabici w Nowym Jorku; oprócz pasażerów, załogi oraz pracowników WTC pod gruzami zginęło 341 strażaków, 60 policjantów i 10 ratowników medycznych. W Pentagonie życie straciły 184 osoby, w większości pracownicy siedziby ministerstwa obrony.

Do śledztwa w sprawie zamachu FBI zaangażowało 7 tys. agentów. Już po kilku godzinach znano tożsamość sprawców. Na lotnisku w Bostonie znaleziono bagaż lidera porywaczy Mohameda Atty, przez omyłkę niezaładowany do samolotu. Był w nim list z informacjami o wszystkich 19 terrorystach i z planem akcji. Paszporty trzech porywaczy znalazły się na miejscu katastrof. Tego samego dnia wywiad przechwycił elektroniczne komunikaty niepozostawiające wątpliwości, że atak przeprowadzono na polecenie Osamy ibn Ladena, przywódcy siatki terrorystów ekstremistów islamskich Al-Kaida. Ibn Laden nie przyznał się do zamachu, ale na opublikowanym później filmie wideo poparł go. Do autorstwa pomysłu przyznał się trzy lata później.

Ibn Laden znany był od dawna amerykańskim służbom specjalnym. Pochodził z zamożnej rodziny saudyjskich przedsiębiorców budowlanych. Miał na kontach miliony dolarów i kontakty w najwyższych sferach swego kraju. Jako dwudziestoparolatek przyłączył się do mudżahedinów walczących w Afganistanie z ZSRR. Kiedy po wojnie nad Zatoką Perską wojska amerykańskie pozostały w Arabii Saudyjskiej, Osama uznał to za obrazę świętych miejsc islamu i zaczął tworzyć paramilitarne grupy do wojny z Wielkim Szatanem, stopniowo scalając je w jednolitą organizację. Kierowała nią ideologia radykalnego islamu, inspirowana pismami egipskiego działacza Bractwa Muzułmańskiego Sayyida Qutba. Wydalony z Arabii Saudyjskiej, w 1991 r. ibn Laden znalazł azyl w Sudanie. Pięć lat później przeniósł się do Afganistanu, w którym rządzili wówczas talibowie. Wspierał ich funduszami, a oni w zamian dawali mu gwarancję bezpieczeństwa i swobodę działania. W afgańskich kryjówkach mógł więc rozbudować Al-Kaidę i zorganizować jej bazy szkoleniowe.

Nie dowiedziono udziału ibn Ladena w podłożeniu bomby pod WTC w lutym 1993 r. ani na osiedlu wojsk amerykańskich Dhahran w Arabii Saudyjskiej w czerwcu 1996 r., gdzie zginęło 19 żołnierzy, chociaż poszlaki wskazywały na jego rolę w tym zamachu. Wysadzenie w powietrze ambasad USA w Kenii i Tanzanii w sierpniu 1998 r. (ponad 200 zabitych) było już dziełem siatki ibn Ladena. Podobnie jak atak na okręt USS Cole w październiku 2000 r., w którym zginęło 17 marynarzy – najsilniejszy sygnał, że Al-Kaida przygotowuje się do „matki bitew” w wojnie z Ameryką. Pomysł porwania samolotów przez mudżahedinów samobójców i zaatakowania nimi symbolów władzy w USA wyszedł od Chalida Szejka Muhamada (KSM). Ibn Laden zaakceptował go w 1998 r. i rozpoczął przygotowania do operacji.

Bezpośrednio po 11 września FBI aresztowało prawie tysiąc cudzoziemców z krajów arabskich. Żaden nie okazał się związany z Al-Kaidą, poza zatrzymanym jeszcze przed atakiem Marokańczykiem z francuskim obywatelstwem Zacariasem Moussaouim, skazanym później na dożywocie. KSM i innych organizatorów ataku, jak Ramzi Binalshib i Ali Zubajda, schwytano w czasie ogłoszonej przez prezydenta Busha wojny z terroryzmem; oczekują wciąż na procesy. Mohamed Atef, wojskowy komendant organizacji, zginął w Afganistanie jesienią 2001 r. Ibn Laden wymknął się obławie i przez prawie 10 lat ukrywał się w górach w Afganistanie, a potem w Pakistanie. 1 maja zlikwidowali go amerykańscy komandosi. Ajman al-Zawahiri, numer 2 w Al-Kaidzie za życia Osamy, cieszy się wolnością, ale jego wpływy są niejasne.

Natychmiast po 11 września wyłoniły się natarczywe pytania. Dlaczego atak tak świetnie udał się terrorystom, którzy niszcząc 3 z 4 wyznaczonych celów wykonali zadanie w 75 proc.? Jak to się stało, że ogromne budynki, skonstruowane tak, że miały wytrzymać zderzenie z Boeingami, jednak się zawaliły? Skłoniło to poszukiwaczy spisków do wysunięcia tezy, że kataklizm był dziełem rządu. Niektórzy mieli wątpliwości, czy do podobnej operacji mogła być zdolna prywatna siatka terrorystów, i podejrzewali, że stoją za nią sponsorujące terroryzm państwa. Ekipa Busha sugerowała, że ślad prowadzi do Iraku.

Opinia domagała się wyjaśnienia, dlaczego rząd nie zapobiegł atakowi, choć poprzedziło go wiele sygnałów ostrzegawczych? Czemu zawczasu nie unieszkodliwiono ibn Ladena, skoro były dowody jego odpowiedzialności za poprzednie zamachy? Jak to się stało, że terroryści bez przeszkód wjechali do USA i mieszkali tam niewykryci przez wiele miesięcy? Dlaczego nikogo nie zaalarmowało, że uczyli się pilotażu? Dlaczego 11 września bez problemów weszli do samolotów?

W listopadzie 2002 r. Kongres powołał niezależną komisję śledczą, złożoną z polityków i ekspertów. Kierował nią były republikański gubernator New Jersey Thomas H. Kean. Komisja przejrzała 2,5 mln stron dokumentów i przeprowadziła rozmowy z ponad 1200 osobami, w tym z niemal wszystkimi członkami rządów prezydentów Clintona i Busha, z agend odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju, jak CIA, FBI i służby imigracyjne. W czasie 19-dniowych przesłuchań zebrała zeznania od 160 świadków. W 2004 r. ogłosiła „Raport komisji ds. 11 września”, opublikowany w książce. Stała się ona bestsellerem roku.

Raport nie oskarżył konkretnych osób, ale napiętnował słabości systemu, nieprzygotowanego na agresję nowego typu. Rządy Clintona i Busha nie doceniły niebezpieczeństwa Al-Kaidy, a agencje rządowe okazały się niezdolne do powiązania w całość sygnałów ostrzegawczych i skoordynowanego działania. Z Raportu wynika, że ofiar byłoby mniej, gdyby FAA i Północnoamerykańskie Dowództwo Obrony Przestrzeni Powietrznej (NORAD) zorientowały się po uderzeniu samolotów w WTC, co może nastąpić później. Przez pół godziny po staranowaniu WTC nikt nie zauważył, że kolejny samolot, American 77, zawrócił i leci w kierunku Waszyngtonu. Po utracie z nim kontaktu kontrolerzy z FAA myśleli, że samolot się rozbił albo należy go szukać dalej na wyznaczonej trasie. Śledzono domniemany lot samolotu, którego już nie było – American 11, roztrzaskanego o wieżę w Nowym Jorku, który, jak sądzono, miał ominąć Nowy Jork i lecieć na Waszyngton. Między FAA a NORAD krążyły meldunki, świadczące o dezorientacji i chaosie. Komisja ustaliła też, że myśliwce obrony powietrznej nie zdążyłyby zestrzelić – zgodnie z rozkazem prezydenta – samolotu United 93, lecącego na Waszyngton. NORAD dowiedział się o porwaniu samolotu już po tym, jak rozbił się on w Shanksville. Tylko bohaterstwo jego pasażerów ocaliło Biały Dom lub Kapitol.

W 1996 r., po ataku w Dhahran w Arabii Saudyjskiej, ekipa Clintona rozważała schwytanie lub zabicie ibn Ladena. CIA przygotowała plan nocnego rajdu na jego kryjówkę, ale na akcję się nie zdecydowano ze względu na ewentualne straty i zbyt wysokie ryzyko ofiar cywilnych. W 1998 r., po zamachu na ambasady w Nairobi i Dar-es-Salam, Clinton wydał rozkaz ostrzału baz terrorystów w Afganistanie rakietami z okrętów. 20 sierpnia trafiły one w cel, ale ibn Laden i inni przywódcy Al-Kaidy ocaleli. Atak porównano do ukłucia szpilką. Clinton był wtedy uwikłany w skandal z Monicą Lewinsky i opozycja oskarżała go, że Al-Kaidą chce odwrócić uwagę Amerykanów. Kiedy w maju następnego roku nadarzyła się kolejna okazja zabicia ibn Ladena – w ocenie komisji najlepsza – prezydent nie dał zielonego światła.

Jego rząd próbował działań dyplomatycznych – nakłonienia talibów, by wypędzili Osamę z kraju. Waszyngton liczył na pomoc Pakistanu, ale się zawiódł, a talibowie ani myśleli zrywać z wodzem Al-Kaidy. Kiedy w październiku 2000 r. samobójczy terrorysta zdetonował bombę, która zabiła 17 marynarzy USS Cole, wszystko wskazywało na Al-Kaidę. Odwet jednak nie nastąpił, ponieważ rząd Clintona nie wyszedł poza wstępną ocenę sytuacji i stwierdzenie faktu, że za atakiem stoi ibn Laden. Prezydent wkrótce odszedł z urzędu i zadanie konfrontacji z islamskim terroryzmem spadło na George’a W. Busha.

Jak sugeruje raport, nowa ekipa w Białym Domu jeszcze mniej doceniała skalę niebezpieczeństwa, chociaż w 2001 r. ostrzeżenia zaczęły się mnożyć. Prokurator generalny John Ashcroft powiedział szefowi FBI, że „nie chce więcej słyszeć” o groźbach ataku. Koordynator ds. terroryzmu w Białym Domu Richard Clarke zrezygnował ze stanowiska, zniechęcony, że nowy rząd „nie traktuje poważnie Al-Kaidy”. Clarke opisał w swej książce, jak wiceminister obrony Paul Wolfowitz upierał się, że ibn Laden nie mógł przeprowadzić dotychczasowych ataków „bez sponsora państwowego”. Chodziło mu o Irak. Komitet Pryncypałów, czyli szefowie resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo (m.in. Pentagonu, CIA i NSC), dopiero 4 września spotkał się, by omówić zagrożenie ze strony Al-Kaidy.

Wcześniej zawiodły służby imigracyjne, wywiad i organy ścigania. 19 mudżahedinów bez przeszkód wjechało do USA z paszportami na własne nazwiska, częściowo tylko sfałszowanymi, aby usunąć ślady pobytu w Afganistanie. Otrzymali wizy turystyczne lub studenckie, podając jako cel wizyt naukę angielskiego albo – zgodnie z prawdą – naukę pilotowania samolotów. Wizy nie dostał tylko Ramzi Binalshib, ponieważ był obywatelem Jemenu, kraju biednego, więc konsulat uznał, że podejmie w USA nielegalną pracę. Pozostali w większości pochodzili z Arabii Saudyjskiej. Żaden nie był na watch list, gdzie znajdują się nazwiska osób podejrzanych o terroryzm. Przed 11 września terroryści kilkakrotnie wjeżdżali i wyjeżdżali ze Stanów. Raz tylko, w styczniu 2001 r., Atta i Marwan al-Shehi mieli kłopoty z ponownym wjazdem do Stanów. Skończyły im się wizy studenckie, ale przekonali inspektorów, że muszą kontynuować naukę pilotażu.

Najbardziej skompromitowali się agenci służb specjalnych. Latem 2001 r. nasłuchy wywiadu zarejestrowały podejrzane komunikaty. Nikt nie wyciągnął z nich wniosków; brakowało poza tym tłumaczy z arabskiego. Na przełomie 1999 i 2000 r. CIA wpadł na trop dwóch z 19 terrorystów: Khalida al-Mihdhara i Nawafa al Hazmi. Obserwowano ich, ale CIA nie przekazało o tym informacji do FBI. Także w FBI tropy się rwały. Agentka z biura analiz FBI nie przekazała np. danych o jednym z terrorystów agentom prowadzącym śledztwo w sprawie USS Cole, tłumacząc, że zabraniają tego przepisy, zakazujące dzielenia się informacjami między wywiadem a organami ścigania. Wprowadzono je ze względów bezpieczeństwa i aby zapobiec nadużyciom władzy, ale tym razem sparaliżowały działania antyterrorystyczne.

Doszło też do zaniedbań wynikających z lenistwa lub asekuranctwa. Komisja przytacza raport agenta FBI w Phoenix w lipcu 2001 r., który alarmował, że „ibn Laden przysłał studentów na naukę pilotażu” w Arizonie. Agent wysłał raport do centrali, gdzie go zignorowano. Podobnie zachowano się w sprawie Moussaouiego. Marokańczyk został wysłany do USA, aby w grupie porywaczy zastąpił Binalshiba. Podjął naukę latania w Minnesocie, ale wzbudził podejrzenia i został aresztowany. Agenci FBI w Minnesocie podejrzewali, że może być terrorystą, ale ich przełożeni w Waszyngtonie nie pozwolili przeszukać laptopa Moussaouiego, gdyż „nie było dowodów, że popełnił przestępstwo”. Na nalegania, że „chcą zapobiec, by ktoś nie porwał samolotu i roztrzaskał go o WTC”, centrala odpowiedziała, że to się nie może zdarzyć.

Raport komisji wyjaśnił też sprawę „śladu irackiego”. Zapoczątkowała go informacja od wywiadu czeskiego, że 9 kwietnia 2001 r. Atta spotkał się w Pradze z oficerem tajnych służb Iraku. Po rozmowie ze źródłem czeskim przedstawiciel FBI uznał, że „w 70 proc. informacja jest wiarygodna”. Okazało się jednak, że tego dnia Atta niemal na pewno był na Florydzie i nie ma dowodów, by w tym okresie wyjeżdżał z USA. Iracki agent, który rzekomo spotkał się z szefem porywaczy, stanowczo zaprzeczył. Trop iracki był fałszywy.

Po ataku 11 września walka z terroryzmem wysunęła się na czoło priorytetów państwa. Prezydent Bush wydał terrorystom wojnę na ich terenie. Obroną kraju zajęło się nowe Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zgodnie z zaleceniami komisji zajmującej się atakami z 11 września utworzono Krajowe Centrum Antyterrorystyczne i urząd Krajowego Dyrektora Wywiadu, który ma koordynować i nadzorować pracę wszystkich 16 agencji wywiadowczych, z CIA włącznie. Ustawa przyznała mu jednak węższe kompetencje, niż chciała komisja – agencjami w Pentagonie kieruje samodzielnie ten resort. Uszczelniono granice, wprowadzając doskonalszy system sprawdzania ubiegających się o wizy i poprawiając kontrole na lotniskach. Komisja zaleciła reformy w CIA, położenie większego nacisku na osobowe źródła informacji i naukę arabskiego. Wezwała do zniesienia barier między specsłużbami i wprowadziła nakaz dzielenia się informacjami.

Czy inne zmiany przyniosły zamierzone efekty? Przez 10 lat, mimo najczarniejszych prognoz, w USA nie doszło do równie katastrofalnego ataku. Czemu to należy zawdzięczać, to osobny temat.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

Polityka 37.2011 (2824) z dnia 07.09.2011; Historia; s. 60
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Od uchodźcy 600 zł. W Polsce kwitnie handel meldunkami

O tym, że zameldowanie nadal jest w Polsce obowiązkowe, wie niewielu Polaków. Obcokrajowców jeszcze mniej. Właściciele mieszkań meldować nikogo nie muszą. I nie chcą. W szczególności uchodźców, a już najmniej tych z Afryki. Za brak meldunku Polakom nic nie grozi, cudzoziemcom spoza Unii – grzywna. Bez zameldowania nie mogą załatwić wielu spraw. W efekcie kwitnie meldunkowy handel.

Agnieszka Rodowicz
16.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną