Aktorzy - kolaboranci II wojny światowej

Plamy na gwiazdach
Maria Malicka, Roman Niewiarowski i Adolf Dymsza w sztuce „Kochanek to ja”, wystawianej przez warszawską Komedię.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Maria Malicka, Roman Niewiarowski i Adolf Dymsza w sztuce „Kochanek to ja”, wystawianej przez warszawską Komedię.

Igo Sym, filmowy amant i agent Abwehry.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Igo Sym, filmowy amant i agent Abwehry.

Widownia operetki Teatr miasta Warszawy, 1941 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Widownia operetki Teatr miasta Warszawy, 1941 r.

Opis wykonania wyroku na gorliwcach zawdzięczamy Bohdanowi Korzeniewskiemu: „Sala była pełna. Kiedy Grodnicki witał publiczność, chłopcy wyjęli broń. Kazano Grodnickiemu stanąć na baczność i odczytano sentencję. Fryzjer Oddziału Karnego przejechał mu maszynką po głowie, na krzyż. Potem wlepiono Grodnickiemu dwadzieścia kijów. Wyciągnięto zza sceny Zdzitowieckiego, który krzyczał: panowie, szanujcie moje siwe włosy – i zaczął szlochać. Tego tylko ogolono...”.

Dystans lat, jaki dzieli nas od tamtych wydarzeń, rzetelność opracowań, takich jak „Teatr czasu wojny” Stanisława Marczaka-Oborskiego, „Okupowanej Warszawy dzień powszedni” Tomasza Szaroty czy pełna pasji „Sława i infamia” wspomnianego już Bohdana Korzeniewskiego (dostrzegającego w postawach uczestników jawnego życia teatralnego raczej „nieposłuszeństwo” niż kolaborację), łagodzi oceny. Różne były przecież powody wplątania się we współpracę.

Stanisława Perzanowska musiała zdobywać pieniądze na leki i opiekę dla niepełnosprawnej córki. Maria Malicka nie bardzo wiedziała, na jakim świecie żyje, zachowując przy dojrzałym talencie umysłowość dziecka. Parnell, Bittnerówna, Wójcicki pamiętali, jak krótko jest się mistrzem tańca. Józef Węgrzyn za wszelką cenę chciał wydostać z Oświęcimia swego jedynego syna. Nawet grający w filmie „Heimkehr” Bogusław Samborski podobno ratował mieszkającą w Wiedniu żonę Żydówkę.

Warto przy okazji wspomnieć memoriał Stefana Jaracza, jego testament z 1945 r. Wielki aktor, więzień Oświęcimia, wzywał do wybaczenia win tym, co zbłądzili. Zalecał wielkoduszność i pracę dla przyszłości. Słowa autorytetu zostały wzięte pod uwagę. Złagodzono zbyt surowe kary, skrócono czas rozstania z zawodem wielu obwinionych, zastępowanie na afiszach ich nazwisk – gwiazdkami.

Tłuścioszka Wawa mogła znowu chałturzyć, Kazimierz Pawłowski bawić się w konferansjera, Roman Niewiarowicz wystawiać swoje komedyjki. Akt łaski nie objął właściwie tylko dwójki artystów – Marii Malickiej, która nigdy już nie wróciła na scenę warszawskiego teatru, i Adolfa Dymszy, dopiero po sześciu latach witającego w Syrenie swoją publiczność.

Malicką pogrążyło nie tyle granie w Komedii, ile prywatne znajomości z Niemcami. Mówiło się o przyjęciach, gdzie mile widzianymi gośćmi byli gestapowcy. Pamiętano również, że przed zburzeniem Warszawy z willi artystki jej opiekunowie wywieźli w bezpieczne miejsce antyki, obrazy, porcelanę, teatralne kostiumy i rodzinne pamiątki. O tym wstydliwym epizodzie łatwiej było zapomnieć w Krakowie niż w Warszawie.

Dymsza szaleje

Tyle o Malickiej. A Dymsza... Cóż, zgubiło go zbyt nachalne eksploatowanie swojej popularności. W teatrzykach był numerem jeden, dedykowano mu całe programy: „Serwus Dymsza”, „System à la Dodek”, „Dymsza, humor i spółka”. Władysław Bartoszewski w kronice „1859 dni Warszawy” wspomina o wiszącej na ogłoszeniowym słupie liście rozstrzelanych, a obok niej zajawki rewii „Dymsza szaleje”. Plotki krążące po mieście nie oszczędzały komika jeżdżącego rikszą po mieście z Niemcami, biesiadującego z nimi w knajpach i garsonierze na Wilczej. Postawiony w Łodzi przed komisją ZASP Dymsza tłumaczył, że kontakty z mundurowymi i cywilami pomagały mu w zdobywaniu informacji dla Kedywu. Załatwiał ponadto kupno broni dla podziemia, wiele ryzykując. Dzięki swoim kontaktom wyciągnął z więzienia aktora Czesława Skoniecznego i inspicjenta Józefa Porębskiego, wyprosił zwolnienie z Pawiaka Miry Zimińskiej, ukrywał Tadeusza Sygietyńskiego.

Przedstawione świadectwa i zeznania świadków nie zmieniły orzeczeń Komisji Weryfikacyjnej. Dymszę wykluczono z ZASP, zakazano mu wykonywania zawodu przez trzy lata. Po odwołaniach kary złagodzono: mógł grać w Łodzi, ale nie w Warszawie. Dopiero w 1951 r. doczekał się powrotu. Wybaczyła mu publiczność, wybaczył Tuwim, obdarowując Dodka monologiem „Legenda Wieniawskiego”.

Co jednak sądzić o komiku szastającym swoim talentem w dniach, gdy odpowiedniejsza byłaby wstrzemięźliwość? „Był przekonany, że kogo jak kogo, ale jego – nikt nie posądzi o zaprzaństwo! Wierzył po prostu, że okrutne prawa wojny nie dotyczą ulubieńca Warszawy” – zauważa biograf.

Echo tamtych lat

Czy należy przypominać ciemne karty historii, zamiast skupić się na wydarzeniach i postaciach rozświetlających mrok okupacyjnej nocy? Przecież wtedy, w czasach tandetnych teatrzyków, operetek, popisów tanecznych Parnella dla esesmanów w Łazienkach, walk bokserskich na scenie Jaru sędziowanych przez Feliksa Stamma, Leon Schiller wyreżyserował w zakładzie sióstr samarytanek sławne „Pastorałki”, Marian Wyrzykowski w prywatnych mieszkaniach pokazywał „Irydiona” Krasińskiego, tajny teatr wojskowy, kierowany przez Józefa Wyszomirskiego, bawił widzów „Czterema garbusami” (grali w tej farsie Danuta Szaflarska, Andrzej Łapicki, Tadeusz Fijewski), odbywały się wieczory poetyckie i próby czytane nowych sztuk.

Można więc było zachować twarz, ocalić wartość nazwiska. Ale z drugiej strony, iluzją jest wymóg bohaterstwa. Dlatego – widzimy to po latach – właściwą drogą było wybaczenie, wiara w to, że można podnieść się z upadku, dalej służyć widzom idącym do teatru po to, by żyć lepszym życiem. Oglądać świat z marzeń i snów.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną