Waśnie o niepodległość

Orły w kurniku
Wydarzenia w Europie towarzyszące odrodzeniu państwa polskiego w listopadzie 1918 r. potoczyły się w kierunku niezwykle korzystnym dla Polaków. Niewiele jednak brakowało, a rodzimi politycy zaprzepaściliby ten optymistyczny scenariusz.
Premier Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej Ignacy Daszyński i Józef Piłsudski.
Forum

Premier Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej Ignacy Daszyński i Józef Piłsudski.

Skompromitowana Rada Regencyjna Królestwa Polskiego, od lewej: hrabia Józef Ostrowski, kardynał Aleksander Kakowski, książę Zdzisław Lubomirski.
Wikipedia

Skompromitowana Rada Regencyjna Królestwa Polskiego, od lewej: hrabia Józef Ostrowski, kardynał Aleksander Kakowski, książę Zdzisław Lubomirski.

Roman Dmowski (siedzi po środku) był najwybitniejszym, obok Piłsudskiego, projektantem polskiej niepodległości.
EAST NEWS

Roman Dmowski (siedzi po środku) był najwybitniejszym, obok Piłsudskiego, projektantem polskiej niepodległości.

Jesienią 1918 r. zawalił się w gruzy dotychczasowy porządek europejski, który od ponad wieku pieczętował rozbiory Polski. Trzy potężne mocarstwa, które w końcu XVIII w. podzieliły pomiędzy siebie Rzeczpospolitą, sięgnęły dna.

Niemcy przegrały wojnę światową i resztką sił ratowały się przed ostateczną katastrofą, jaką niósł im ogarniający państwo chaos wewnętrzny. W listopadzie 1918 r. wszystko się mogło w tym kraju zdarzyć, ale na pewno nie miał on ani siły, ani ochoty do zajmowania się polskimi sprawami.

Austro-Węgry, drugi z zaborców, w wyniku klęski wojennej w ogóle przestały istnieć, rozsadzone narodowymi aspiracjami zamieszkujących je ludów. Z tego kierunku nie zagrażało Polsce już żadne niebezpieczeństwo, poza konkurencyjnymi, terytorialnymi aspiracjami ludów, które, tak jak Polacy, budowały własne państwa na gruzach imperium Habsburgów.

Trzeci ze śmiertelnych wrogów, carska imperialna Rosja, też niewiele miał do powiedzenia. I to właśnie było największym cudem, którego wcześniej wręcz nie można było sobie wyobrazić. Była ona przecież jednym z filarów zwycięskiej Ententy i wydawało się nieuchronne, że po pokonaniu Niemiec i Austro-Węgier podyktuje zasady nowego ładu w tej części Europy. Zwłaszcza że Francja potrzebowała sojuszu z nią jak powietrza i od dziesięcioleci nie czyniła nic, co mogłoby urazić Moskwę. Niewiele znaczył fakt, że Rosja w kończącej się wojnie ponosiła same klęski. Jej bitewny wysiłek na wschodzie związał przecież znaczne siły niemieckie, bez czego nie byłoby zwycięstwa Ententy na zachodzie, a ponadto ciągle była ona potrzebna do strategicznego szachowania powojennych Niemiec.

Wszystkie te atuty przekreśliła rewolucja bolszewicka z listopada 1917 r. Zmierzający do światowej rewolucji komunizm zamienił Rosję z najcenniejszego alianta w śmiertelnego wroga Zachodu. A to spowodowało wręcz niebywały wzrost wartości polskich akcji. Polska, którą wcześniej Zachód postrzegał wyłącznie w roli szkodliwej bariery pomiędzy Rosją i Niemcami, teraz stawała się cennym sojusznikiem przeciwko Berlinowi. Co jeszcze ważniejsze, jawiła się w roli bastionu odgradzającego bolszewizm od Europy, a więc winna być jak najsilniejsza.

Ale trawiąca Rosję rewolucja komunistyczna niosła też zagrożenie dla Polaków. Tędy wiodła droga do przeniesienia bolszewickiego pożaru do Niemiec i dalej na Zachód. Przeciwstawić się temu niebezpieczeństwu mogło tylko państwo szybko zbudowane, oparte na solidnych podstawach. Polskie być albo nie być zależało od tego, czy Polacy zrealizują to wielkie zadanie.

W pierwszych tygodniach niepodległości wydarzenia krajowe zmierzały w złym, wręcz fatalnym kierunku. Silne państwo bowiem mógł zbudować tylko solidarny wysiłek wszystkich Polaków. Największym zagrożeniem były dla tego scenariusza waśnie wewnętrzne, dyktowane partyjnymi interesami. Marnotrawiły one energię i zachęcały do wygrywania Polaków przeciwko sobie.

I tak, niestety, zaczęło się dziać w chwili upadku zaborców. Właściwie we wszystkich liczących się stronnictwach zatriumfował partyjny egoizm. Owszem, wszyscy mieli usta pełne patriotycznych haseł, ale każdy identyfikował je z sukcesem własnej partii.

Pierwszy ożywił się obóz, dla którego w nowych, wolnościowych czasach w ogóle nie było miejsca. Chodziło o tzw. aktywistów, czyli polityków skompromitowanych współpracą z państwami centralnymi. Klęska mocodawców oznaczała oczywiście i ich pogrzeb, ale nie przyjmowali tego do wiadomości i obsadzali się w roli pełnoprawnych architektów niepodległości.

Narastająca od dłuższego czasu lawina zdarzeń gwałtownie przyspieszyła w początkach października 1918 r., kiedy to piątego dnia tego miesiąca nowy rząd niemiecki zwrócił się do Ententy z prośbą o pokój na zasadach wcześniej zaproponowanych przez prezydenta USA Woodrowa Wilsona. W dwa dni później, 7 października, bezwolna wcześniej Rada Regencyjna Królestwa Polskiego [powołana w 1917 r. przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne] wydała manifest proklamujący „utworzenie niepodległego państwa, obejmującego wszystkie ziemie polskie, z dostępem do morza”. Aktywiści zaczęli przejmować władzę z rąk słabnących Niemców. Naród patrzył na to zgorszony, bo nie wyobrażał sobie, by jedną odezwą można było przekreślić dotychczasową uległość wobec znienawidzonych zaborców. Radykalizujące się masy dodatkowo zrażało monarchiczno-zachowawcze oblicze Rady Regencyjnej. Ludzie czuli, że dla tej skamieliny z czasów niewoli nie ma miejsca w wolnej Polsce. Docierało to też do przestraszonych rozwojem wydarzeń regentów i skłaniało do pośpiesznego szukania sojusznika. Znaleźli go, ku powszechnemu zaskoczeniu, w politykach Narodowej Demokracji.

Wydawało się bowiem, że łatwiej pogodzić ogień z wodą niż endeków z aktywizmem. Narodowa Demokracja na długo przed 1914 r., a także przez wszystkie lata wojny zdecydowanie zwalczała orientację proniemiecką i stawiała na zwycięstwo Ententy. W najtrudniejszych momentach endecy nie splamili się najskromniejszą nawet współpracą z Niemcami i Austriakami oraz ich polskimi marionetkami. Dzięki temu rosła ich popularność. Zawróciła ona w głowach endeckim liderom do tego stopnia, że zdecydowali się wziąć władzę z rąk znienawidzonej przez ludzi Regencji. Krajowe kierownictwo partii uczyniło to bez porozumienia z przebywającym we Francji Romanem Dmowskim, w kompromitujący sposób obnażając swoje niewielkie kwalifikacje polityczne.

23 października 1918 r. krajowy lider Narodowej Demokracji, ziemianin Józef Świeżyński, przyjął nominację Rady Regencyjnej na premiera i dwa dni później utworzył zdominowany przez endeków rząd. Ministrem spraw wojskowych mianował uwięzionego przez Niemców w Magdeburgu Józefa Piłsudskiego, chcąc w ten sposób zneutralizować jego zwolenników i zapobiec próbom samodzielnego przejęcia przez nich władzy. Na pierwszy rzut oka wydawało się to bardzo sprytne. Endecy brali popularnego Komendanta na swoje sztandary, realnie nie dzieląc się z nim władzą, gdyż nadal był niemieckim więźniem. I zbyt gorliwie nie zabiegali o jego zwolnienie, co obnażało tandetność intrygi.

Pomysł objęcia władzy przez endecję w porozumieniu z Regencją okazał się nic niewart. Szybko wyszło na jaw, że zupełnie nie akceptuje go oburzone społeczeństwo. Aby odzyskać jego sympatię, rząd Świeżyńskiego postanowił zmyć z siebie piętno spadkobiercy pogardzanego aktywizmu. 3 listopada 1918 r. ogłosił manifest detronizujący Radę Regencyjną i zaofiarował współpracę piłsudczykom oraz niepodległościowej lewicy spod znaku Polskiej Partii Socjalistycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ci jednak nie mieli najmniejszego zamiaru wydobywać endeckich rywali z bagna, w jakie tamci lekkomyślnie się wpakowali. Zwłaszcza że na zamach Świeżyńskiego Rada Regencyjna odpowiedziała udzieleniem mu dymisji, którą kompletnie nieudolny premier bez oporu zaakceptował. Ośmieszyło to do reszty endeków.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną