Historia

Gaszenie strażaków

30 lat temu ugaszono strajk strażaków

Na mieście pojawiły się transparenty z wyrazami poparcia dla strajkujących strażaków. Na mieście pojawiły się transparenty z wyrazami poparcia dla strajkujących strażaków. Chris Niedenthal / Forum
W listopadzie 1981 r. podchorążowie ze szkoły pożarniczej zastrajkowali przeciwko nowej ustawie, która ich uczelnię włączała w system szkół wojskowych. Obawiali się, że będą kierowani do uśmierzania protestów społecznych. Dla władzy stali się poligonem pacyfikacji buntów.
Polacy kibicowali strajkującym strażakom. Tłumnie gromadzili się pod ich uczelnią.Wojciech Łaski/EAST NEWS Polacy kibicowali strajkującym strażakom. Tłumnie gromadzili się pod ich uczelnią.
2 grudnia 1981 r. protest spacyfikowano. Antyterroryści dokonali desantu na szkołę.Wojciech Łaski/EAST NEWS 2 grudnia 1981 r. protest spacyfikowano. Antyterroryści dokonali desantu na szkołę.

Strajk w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej na warszawskim Żoliborzu proklamowano 25 listopada. To był czas, gdy ważyły się losy porozumienia między władzą i opozycją. 4 listopada doszło do tzw. spotkania trzech: premiera gen. Wojciecha Jaruzelskiego, przewodniczącego „S” Lecha Wałęsy i prymasa Józefa Glempa. W zasadzie nic ono nie dało. Tegoż dnia w Sztabie Generalnym WP ukończono prace nad „Instrukcją działania wydzielonych sił wojskowych w sytuacjach szczególnych”. W ponad 2 tys. miejscowości i zakładów pracy działały wojskowe grupy operacyjne, które – jak można było przeczytać w prasie – „likwidują – przy pomocy wszystkich patriotycznych sił – niezaradność i biurokrację urzędów”.

Od kilku miesięcy kruszał resort spraw wewnętrznych. 20 maja w Szopienicach delegaci z jednostek MO z woj. katowickiego domagali się m.in. oddzielenia MO od SB, powołania związku zawodowego funkcjonariuszy MO i nieangażowania milicji do rozwiązywania siłą konfliktów społecznych. Minister gen. Czesław Kiszczak godził się jedynie na powstanie rad milicyjnych, a prawie stu zaangażowanych w budowę związku zawodowego milicjantów – „dla dobra służby” – zostało z niej usuniętych. 25 września 32 byłych milicjantów zaczęło okupację Hali Gwardii. Skończyła się ona po paru godzinach, kiedy obiekt obstawiła kompania ZOMO. Minister nie wahał się użyć siły, aby zachować dyscyplinę w MSW.

Trudny wybór

Resortowi podlegała wówczas Komenda Główna Straży Pożarnej i szkoły pożarnicze (pieczę nad strażakami w terenie sprawowali wojewodowie). W marcu 1981 r. powstało koło Solidarności w WOSP. Komisją Zakładową kierował adiunkt dr Jan Bogdal. Na czas sprawowania tej funkcji złożył prośbę o zwolnienie z obowiązków pracy w Komitecie Uczelnianym PZPR. Wiceprzewodniczącą została Krystyna Kolasińska, kucharka z uczelnianej stołówki. W kwietniu do „S” należało 127 spośród 360 pracowników szkoły. Związek domagał się m.in. prawa do opiniowania zapomóg, nagród i przydziałów mieszkań, protestował przeciwko spożywaniu alkoholu na terenie szkoły, wypowiadał się o kadrowej nieprzydatności paru pracowników, a 11 listopada odrzucił pomysł podporządkowania szkoły ustawie o szkolnictwie wojskowym.

Kilku podchorążych jeszcze wiosną próbowało powołać koło Niezależnego Zrzeszenia Studentów (dotąd wszyscy należeli do Socjalistycznego Związku Studentów Polskich). – Kolegów wezwano do komendanta, na którego biurku leżały dwa druki: rezygnacji z działalności w NZS i rezygnacji z nauki w szkole. Kazał im wybierać – wspomina Aleksander Zblewski, który podczas strajku odpowiadał za radiowęzeł, a dziś kieruje delegaturą Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego stołecznego ratusza w dzielnicy Ursus. Koło NZS powstało ostatecznie 23 listopada, kiedy sprawa nowej ustawy zaogniła sytuację w szkole. Zaczęto zwoływać zebrania partyjne i związkowe oraz wiece podchorążych. Cywilna kadra naukowa obawiała się, że otrzyma status funkcjonariuszy MSW, a studenci – pełnej militaryzacji szkoły.

Komendantem WOSP (wcześniej Szkoły Oficerów Pożarnictwa) był wówczas płk poż. Krzysztof Smolarkiewicz – osoba zasłużona dla pożarniczego szkolnictwa. Dobry dowódca, gospodarz i wychowawca, z sentymentem wspominany przez większość oficerów promowanych w szkole przez 23 lata jego rządów. – Ideowy komunista, ale w przeciwieństwie do swoich zastępców nie uprawiał nachalnej propagandy ani nie naciskał, abyśmy wstępowali do partii. Przede wszystkim dbał o to, aby szkołę opuszczali fachowcy – mówi Roman Malinowski, członek komitetu strajkowego, dziś komendant rejonowy PSP w Sokołowie Podlaskim. Ale nie było też tajemnicą, że w marcu 1968 r. płk Smolarkiewicz, także komendant warszawskiego ORMO, wspólnie z komendantami MO uśmierzał studenckie protesty. Pamięć o wykorzystaniu do tego podchorążych i szkolnej kadry w WOSP pozostała.

Placówka ORMO istniała nawet w szkole. – Na wyposażeniu miała motocykle – emzetki i urale. To te ormowskie motory, a nie chęć ochrony socjalistycznego ładu uwiodły niektórych kolegów – mówi gen. Marek Kowalski, zastępca komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej. A komendant główny PSP gen. Wiesław Leśniakiewicz dodaje, że z ich rocznika (najstarszego podczas strajku) nikt nie należał do ORMO ani PZPR. – Nie musiała nas jednoczyć jakaś idea – wspomina. – Zintegrowaliśmy się sami, uczestnicząc w czterech wielkich akcjach: w walce z zimą stulecia, towarzysząc papieżowi podczas pierwszej w Polsce wizyty i likwidując skutki katastrofy Iła-62 na Okęciu oraz wybuchu gazu w rotundzie PKO.

Akt przemocy

24 listopada Rada Uczelniana SZSP i koło NZS zwołały kolejny wiec. Komendant Smolarkiewicz ogłosił alarm 222 (podwyższona gotowość bojowa kadry) i zamknął szkołę przed dwoma najstarszymi rocznikami, mieszkającymi w akademikach na Jelonkach (dwa młodsze roczniki kwaterowały na jej terenie). Doszło do incydentu. Szef placówki ORMO krzyknął do kilku podchorążych: Stój, pod ścianę, bo będę strzelać! Mógł to być tylko głupi żart, a porucznik może nawet nie miał broni, ale zdarzenie odebrano jako akt przemocy. O godz. 22 komendant zezwolił na wejście do szkoły najstarszym rocznikom i na wiecu po godz. 1 w nocy wybrano komitet strajkowy. Na czele stanęli: Ryszard Stępkowski z III roku – szef Komisji Kultury RU SZSP, i Zbigniew Szablewski z IV roku – lider NZS.

Do strajku okupacyjnego przystąpiło 95 proc. podchorążych. Główny postulat to pozostawienie szkoły pod rządami nowej ustawy o szkolnictwie cywilnym. WOSP nadal byłaby uczelnią mundurową, pod nadzorem MSW, ale o charakterze cywilnym, podobnie jak wyższe szkoły morskie. Domagano się rozmów z przedstawicielami MSW, resortu nauki i szkolnictwa oraz Komendy Głównej SP. Żądano wyjaśnienia incydentu z bronią i niewyciągania konsekwencji wobec uczestników strajku.

Sprawnie zorganizowaliśmy strajkowe służby. W końcu za parę miesięcy mieliśmy być promowani na oficerów, dowodzić ochroną przeciwpożarową i obroną cywilną – mówi Sławomir Wieczorek, członek komitetu strajkowego z IV roku. Powołano sekcje porządkową, propagandową i specjalną do ochrony magazynów z bronią. Nikt wtedy nie przypuszczał, że przez 8 dni trzeba będzie żywić i gdzieś kłaść do snu prawie 400 osób. Do strajku podchorążych dołączyła pracownicza Solidarność.

Pod szkołą pojawiły się pierwsze milicyjne patrole, a na jej teren komitet strajkowy wpuścił grupę związkowców z hutniczej Solidarności. Przyprowadził ich Seweryn Jaworski, wyżarzacz z Huty Warszawa i wiceprzewodniczący Regionu Mazowsze „S”. Był z nimi kapelan huty ks. Jerzy Popiełuszko, który chętnych podchorążych spowiadał, a w auli odprawił mszę.

Przybycie Jaworskiego, zaliczanego przez partyjną propagandę do solidarnościowej ekstremy, stworzyło pretekst do dalszej propagandowej wojny i pytań o to, kto sterował strajkiem. W analizie sytuacji, opracowanej przez Zarząd Polityczno-Wychowawczy MSW tuż po pacyfikacji szkoły, napisano, że na jej teren przybyła „kilkudziesięcioosobowa grupa interwencyjna” z Jaworskim na czele, „który od tej chwili aż do czasu opróżnienia uczelni przez siły MO kierował wszystkimi poczynaniami strajkujących”.

Zaprzecza temu Zbigniew Bujak, wówczas szef Regionu Mazowsze: – Seweryn poszedł tam, bo chcieliśmy wiedzieć, co dzieje się za murami szkoły. W tym gorącym okresie nie zależało nam na eskalacji napięcia. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jak zbyt szybko zacznie się sypać partia, MSW i MON, to do Polski wkroczą Sowieci lub władza wprowadzi stan wyjątkowy.

Huta była największym zakładem w naszej dzielnicy – mówi Ryszard Stępkowski. – Potrzebowaliśmy ponadto pomocy prawnej ze strony Mazowsza do rozmów z komisją. Chcieliśmy mieć też świadków z zewnątrz, gdyby zaatakowano szkołę. Od początku komitet strajkowy zdecydował, że nie będziemy stawiać oporu, ale obawialiśmy się prowokacji. Dlatego część związkowców była w szkole, a część wokół niej, monitorując zachowanie otaczających nas milicjantów.

26 listopada komendant Smolarkiewicz wydał dwa rozkazy dzienne. W pierwszym zawiesił zajęcia do 30 listopada i zachęcał podchorążych do wyjazdu do domów. „Dla podchorążych, którzy zostaną w szkole, postaram się zapewnić wyżywienie, pod warunkiem, że pracownicy kuchni nie przystąpią do strajku”. Po paru godzinach, w rozkazie drugim, pod groźbą zastosowania środków prawnych nakazał opuszczenie uczelni i udanie się do domów; z tej propozycji skorzystało zaledwie 6 podchorążych.

Pomoc dla podchorążych

Komitet strajkowy wysłał apele o poparcie do załóg wielkich zakładów pracy i terenowych komend strażackich. Działania rozmiękczające podchorążych podjęła Komenda Główna oraz Służba Bezpieczeństwa. Obecny komendant-rektor szkoły pożarniczej gen. Ryszard Dąbrowa ukończył ją w 1979 r. Kiedy wybuchł strajk, przejmował obowiązki komendanta rejonowego w Chojnowie. Pamięta teleksy z Komendy Głównej z wezwaniami o przyjazd pod szkołę niedawnych absolwentów. Mieli oni kolegów z młodszych roczników namawiać do rezygnacji ze strajku. – Pojechało niewielu i głównie po to, by z pierwszej ręki mieć informacje o strajku. Mało kto wierzył oficjalnej propagandzie – podkreśla rektor. Pod szkołą pojawili się też rodzice podchorążych, a do paru nadeszły telegramy wzywające do domu, z uwagi na rzekomą chorobę kogoś z rodziny. Pod koniec strajku rozpowszechniano niewyjaśnioną do dziś plotkę o zmarłych pod murami szkoły na zawał matkach dwóch podchorążych.

Podczas rozmów z komitetem strajkowym komisja złożona z przedstawicieli MSW, resortu nauki i szkolnictwa oraz Komendy Głównej SP na początku nie godziła się na udział doradców komitetu. (Byli wśród nich m.in. prof. Andrzej Stelmachowski z UW, prof. Stefan Weychert – chemik z PW, i Marek, dziś – po zmianie płci – Ewa Hołuszko – z zarządu Regionu Mazowsze). Kiedy już zaakceptowała obecność doradców, to mimo paru tur rozmów (w sumie 20 godzin) porozumienia nie osiągnięto. Rozmowy zawieszono, a szkołę otoczył szczelny już kordon MO i ZOMO. Miał odciąć strajkujących od wsparcia z zewnątrz, od straży robotniczej i otaczającego szkołę, mimo mrozu i śniegu, wianuszka mieszkańców Warszawy – gapiów i osób zaangażowanych w pomoc dla podchorążych. Przez wysoki płot i wprost w okna szkoły z tłumu rzucano bochenki chleba, butelki z mlekiem, konserwy, koce, papierosy i papier na ulotki. Do szkoły przedarł się jeszcze ks. Popiełuszko i odprawił kolejną mszę.

Komendant Smolarkiewicz w każdej chwili szkołę mógł opuścić i do niej wrócić, ale na jej terenie i w gabinecie miał stałą asystę – dwóch podchorążych. Podobnie jego zastępcy. Komitet strajkowy chciał wiedzieć, co komendanci robią, a poza tym obawiano się prowokacji. Prasa bolała nad „aresztowaniem” komendanta i zdawano sobie sprawę, że władze nie będą tolerować buntu w siłowym resorcie. O strajku mówiła cała Polska, choć cenzurowana prasa i „Dziennik TV” informowały o nim mało, z reguły opierając się na komunikatach rzecznika MSW. Informacje, błyskawicznie i poza cenzurą, rozsyłano siecią związkowych teleksów i potem drukowano w ulotkach.

29 listopada komitet strajkowy nie zapomniał o Dniu Podchorążego. Odbył się okolicznościowy apel. Tego też dnia minister Kiszczak podpisał wniosek, przyjęty nazajutrz przez Radę Ministrów, o zniesieniu szkoły. Edward Misztal, dowódca antyterrorystów w Komendzie Stołecznej MO, i Jerzy Dziewulski, dowodzący antyterrorystami z lotniska na Okęciu, szykowali plan zajęcia szkoły.

Mimo informacji o jej likwidacji, akcji propagandowej i nacisków rodziców większość podchorążych strajk kontynuowała. Wznowiono wykłady. Wieczorem 1 grudnia pod bramę szkoły zawitali wiceminister gen. Stanisław Zaczkowski i komendant główny SP gen. Tomasz Ostrowski. Wyrazili chęć rozmowy ze strajkującymi, ale ich nie wpuszczono.

2 grudnia o 9.50 na biurku Smolarkiewicza zadzwonił telefon. Słuchawkę podniósł asystujący mu podchorąży Cezary Wądołkowski. Jak opowiadał na łamach „Przeglądu Pożarniczego” (nr 1/2007), rozmówca przedstawił się jako Jaruzelski i poprosił o rozmowę z komendantem. Rozmawiali krótko. Smolarkiewicz tłumaczył, że czegoś nie może zrobić (ponoć chodziło o odcięcie szkole prądu i wody). Nie minęło nawet 20 minut, jak do gabinetu wpadli antyterroryści. – Sekretarka na ich widok zemdlała. Mnie i Cezaremu milicjanci kazali stać pod ścianą – wspomina Zbigniew Hupa, drugi z pilnujących komendanta podchorążych, dziś właściciel biura podatkowego we Włoszczowej. – Po chwili Smolarkiewicz wyjrzał na korytarz, chyba sprawdzał, czy za drzwiami nie czeka nas ścieżka zdrowia. Powiedział, że nie jesteśmy mu już potrzebni i mamy iść do auli, gdzie zastaliśmy resztę kolegów otoczonych przez antyterrorystów.

Akcją pacyfikacji szkoły dowodził Misztal, ale ważną rolę odgrywał Dziewulski. Jego 16 funkcjonariuszy nadleciało śmigłowcem Mi-8 z lotniska na Bemowie i desantowało się na dach budynku, w którym była aula. Silnie wiało i nie obyło się bez strat. Jeden funkcjonariusz wpadł do komina i złamał nogę. Drugiemu druty od anten na dachu poraniły genitalia. W tym czasie oddział Misztala i reszta ludzi Dziewulskiego wtargnęła do szkoły przez bramę od ul. Potockiej i po trapach przez wysoki płot od ul. Urzędowej. Za antyterrorystami weszło ZOMO. Szkołę zajęto w kilka minut. Ranna została tylko Krystyna Kolasińska. Najpierw zraniła rękę o rozbite przez milicjantów szklane drzwi. Później, kiedy rozdzielano cywili od podchorążych, uderzono ją pałką w głowę.

Wędrujący strajk

Prawie 300 podchorążych wyprowadzono z auli do autobusów. Zawieziono ich po rzeczy do akademików, a potem na dworce. Podczas jazdy umówili się na spotkanie w siedzibie Regionu. Kilkudziesięciu jednak do pociągów wsiadło. Tych, co dotarli do siedziby Regionu, odesłano na Politechnikę Warszawską, gdzie kontynuowali swój strajk, zwany teraz wędrującym. Podjęło go 229 podchorążych. Ale każdego dnia było ich coraz mniej. Swe podwoje miała otworzyć nowa szkoła pożarnicza. By do niej wstąpić, należało podpisać deklarację o uznaniu jej paramilitarnego charakteru.

Do wprowadzenia stanu wojennego i zamknięcia Politechniki wytrwało ok. 100 podchorążych, którym rektor prof. Władysław Findeisen 13 grudnia polecił wypisać legitymacje studentów PW. Ale w 1982 r. nie przyjęto ich ani na zapowiadane wcześniej nowe cywilne studia o profilu pożarniczym, ani na inne w PW. Większość, po kursach wyrównawczych w salkach kościoła św. Anny, które zorganizował im – jak dziś mówią: nasz Jurek – ks. Popiełuszko, podjęła studia inżynierskie, rozrzucona po całej Polsce decyzjami komisarzy i wojewódzkich komendantów straży. Kilku dostało indeksy SGGW. A paru, mimo zapewnień gen. Kiszczaka danych rektorowi Findeisenowi, że nie będzie „małpich figli”, trafiło w kamasze. Po zniesieniu stanu wojennego niektórym zezwolono wznowić studia pożarnicze. Dokładnych statystyk nie ma, ale ok. 50 uczestników strajku nie ukończyło powołanej w miejsce WOSP Szkoły Głównej Służby Pożarniczej. Ukończyli inne studia lub żadne. Kilku wyemigrowało bądź – jak Szablewski – już nie żyje.

Na 2 grudnia 2011 r., w 30 rocznicę pacyfikacji, cztery strajkujące roczniki zaproszone są do dawnej szkoły na okolicznościowe obchody w nowej auli, która od września nosi imię płk. Smolarkiewicza. Spotkają się zarówno ci, co dosłużyli się generalskich stopni, jak i ci, którym nie dane było założyć na siebie strażackiego munduru oficerskiego.

Polityka 48.2011 (2835) z dnia 23.11.2011; Historia; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Gaszenie strażaków"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną