Historia

Za plecami sędziów

Mija 55. rocznica rozpoczęcia procesu Adolfa Eichmanna

Proces Adolfa Eichmanna (w szklanej budce), Jerozolima 1961 r. Proces Adolfa Eichmanna (w szklanej budce), Jerozolima 1961 r. Rue des Archives / EAST NEWS
Za co obrońca Adolfa Eichmanna dostał 20 tys. dol. od rządu izraelskiego? Jakich zeznań obawiał się kanclerz Konrad Adenauer? Kilka lat temu Archiwum Państwowe w Jerozolimie udostępniło dokumenty, które przez 50 lat pokrywał kurz tajemnicy.
Adolf Eichmann podczas wojny.EAST NEWS Adolf Eichmann podczas wojny.
Obrońca Eichmanna Robert Servatius.DPA/PAP Obrońca Eichmanna Robert Servatius.
Dawny znajomy Eichmanna Hans Globke (w szarym garniturze) i kanclerz RFN Konrad Adenauer, 1955 r.ULLSTEIN/BEW Dawny znajomy Eichmanna Hans Globke (w szarym garniturze) i kanclerz RFN Konrad Adenauer, 1955 r.

[Artykuł ukazał się w POLITYCE w styczniu 2012 r.]

W październiku 1961 r. mecenas Robert Servatius już wiedział, że pętla coraz mocniej zaciska się wokół szyi jego klienta Adolfa Eichmanna i że najwyższy wymiar kary dosłownie wisi w powietrzu. Setki zeznań świadków, byłych więźniów obozów koncentracyjnych, stworzyły w jerozolimskiej sali sądowej atmosferę tak gęstą, że trudno było oddychać. Od pierwszego dnia procesu Servatius i jego pomocnik, 29-letni adwokat Dieter Wechtenbruch, ustalili, iż nie będą tych zeznań kontestować. Każda próba podważenia prawdomówności ludzi osmalonych dymem krematoriów wywołałaby powszechne oburzenie. Tylko jakaś magiczna karta, wyciągnięta z rękawa w ostatniej chwili, mogłaby zmienić wyrok. Niemiecki obrońca obersturmführera SS, odpowiedzialnego za zagładę setek tysięcy Żydów, sądził, że kartę taką posiada.

Servatius był prawnikiem doświadczonym w tej materii: już w procesie norymberskim, w 1946 r., próbował uchronić od stryczka Fritza Sauckla, pełnomocnika Trzeciej Rzeszy ds. zatrudnienia przymusowych robotników. Udało mu się udowodnić, że wbrew niektórym świadectwom Sauckel nie był osobiście odpowiedzialny za tragiczny los 5 mln hitlerowskich niewolników. Historycy, którzy analizowali później przebieg procesów norymberskich, twierdzili jednak, że nawet najlepiej udokumentowana argumentacja prawna nie przemawiała do opinii publicznej i że choćby z tego powodu los oskarżonego był z góry przesądzony.

Opinia publiczna w Jerozolimie skazała Eichmanna na śmierć jeszcze przed rozpoczęciem procesu. W gruncie rzeczy ogromna większość społeczeństwa – w przeciwieństwie do kilku intelektualistów, a nawet członków gabinetu rządowego – pragnęła zobaczyć go na szubienicy od dnia, w którym premier Dawid Ben Gurion ogłosił w Knesecie dramatyczny komunikat o jego porwaniu przez agentów Mosadu w Buenos Aires, gdzie ukrywał się pod nazwiskiem Ricardo Clement. Na sali Domu Ludowego, w którym toczyła się rozprawa, siedziało ponad 500 sprawozdawców prasowych z kraju i ze świata. Żaden z nich nie napisał jednego przychylnego słowa o oskarżonym. Robert Servatius pamiętał norymberskie doświadczenie: nie wolno mu antagonizować opinii publicznej. Odtajnione po 50 latach państwowe dokumenty archiwalne zdają się wskazywać, że postawił na kartę zakulisowej gry politycznej, opartej na skomplikowanych stosunkach zachodnich Niemiec z państwem żydowskim.

Do czasu otwarcia archiwum nikt postronny nie wiedział, że Ben Gurion osobiście ingerował w przebieg procesu Eichmanna. Przed rozpoczęciem postępowania sądowego wielokrotnie wzywał do siebie prokuratora generalnego Gideona Hausnera, aby przedyskutować z nim treść aktu oskarżenia. W gruncie rzeczy była to nie tyle dyskusja, ile raczej cenzura tego dokumentu, którego pierwsze słowa przeszły do historii: „W miejscu, w którym stoję przed wami, panowie sędziowie, stoi ze mną sześć milionów oskarżycieli”.

Niespełna 10 lat przed pojmaniem Eichmanna Niemcy podpisały z Izraelem umowę o odszkodowaniach za zagrabiony żydowski majątek oraz za cierpienia i śmierć europejskich Żydów. Stronę niemiecką reprezentował osobiście kanclerz Konrad Adenauer, stronę izraelską minister spraw zagranicznych Mosze Szaret. Rokowania toczyły się pół roku; 10 września 1952 r., w gmachu Urzędu Miejskiego w Luksemburgu, podpisana została ostateczna wersja dokumentu zapewniającego ratalną wypłatę 3 mld marek państwu żydowskiemu oraz miesięczne renty dla tych, którzy przeżyli Holocaust. Dla raczkującej gospodarki Izraela był to potężny zastrzyk finansowy. Ben Gurion, nie chcąc urazić kanclerza, własnoręcznie poprawiał w akcie oskarżenia słowo „Niemcy” na „Niemcy nazistowskie”. Potem, już w trakcie procesu, uzgadniał z Hausnerem listę świadków oskarżenia. Premier pragnął wyeliminować zeznania osób, które znane były ze swego negatywnego stosunku do powojennych Niemiec. Istniała obawa, że członkowie lub sympatycy partii prawicowych – które sprzeciwiały się przyjęciu odszkodowań – wykorzystają salę sądową do wygłaszania swoich poglądów politycznych. Prokurator Hausner, pisząc wspomnienia z procesu, nigdy nie wspomniał tej bezprawnej ingerencji premiera.

 

Ben Gurion był świadom edukacyjnego znaczenia procesu. W pierwszych latach po powstaniu państwa uwaga społeczeństwa koncentrowała się na budowie nowego bytu, a bohaterem sagi narodowej było pokolenie, które z bronią w ręku wywalczyło niepodległość. Żydzi, którzy bez oporu szli do komór gazowych, nie wywoływali należnego im szacunku; ocaleni z Holocaustu imigranci nie mogli liczyć na powszechne zrozumienie ich cierpień. Ku wielkiemu zadowoleniu premiera proces Eichmanna, nagłośniony przez środki masowego przekazu (telewizji w owym czasie w Izraelu jeszcze nie było), zmieniał tę rzeczywistość niemal z dnia na dzień. Skutki tej zmiany widoczne są do dziś, choćby w dorocznych podróżach 30 tys. młodych Izraelczyków, którzy w hołdzie pomordowanym odwiedzają nazistowskie miejsca zagłady w Polsce.

W gruncie rzeczy jednak Ben Gurion szczególną wagę przykładał do politycznych aspektów przewodu sądowego. Podczas licznych narad z prokuratorem generalnym szukał sposobu, aby obok Eichmanna symbolicznie posadzić na ławie oskarżonych żyjącego w ukryciu byłego Wielkiego Muftiego Jerozolimy Mohammeda Amina al-Husajna. Pełnił on również obowiązki przewodniczącego Najwyższej Rady Muzułmańskiej i był zawziętym wrogiem syjonizmu. Jego ludzie organizowali zbrojne napady na osiedla żydowskich rolników. Nienawidził także Anglików, którzy administrowali Palestyną na podstawie mandatu Ligi Narodów. W 1936 r. zażądał utworzenia rządu arabskiego oraz całkowitego wstrzymania imigracji żydowskiej. Na odmowę odpowiedział powszechnym strajkiem społeczności arabskiej. Władze brytyjskie zrewanżowały się nakazem aresztowania.

Al-Husajn ratował się ucieczką, najpierw do sąsiednich krajów arabskich, a potem do Trzeciej Rzeszy. Podczas spotkania z Hitlerem, w grudniu 1941 r., zaproponował stworzenie Muzułmańskiego Legionu Waffen SS. Jego przekonania dobrze oddaje fragment przemówienia z 1 marca 1944 r., gdy z berlińskiego radia nawoływał: „Arabowie, powstańcie jak jeden mąż i walczcie o swoje prawa. Zabijajcie Żydów, gdziekolwiek ich znajdziecie. To podoba się Bogu, historii i religii. Allah jest z wami”.

Podczas procesów norymberskich kapitan SS Dieter Wisliceny, urodzony w Możdżanach koło Giżycka zastępca Adolfa Eichmanna, zeznał, że Amin al-Husajn ściśle współpracował z jego szefem w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. W toku procesu Gideon Hausner posłużył się wyjątkami z protokołów tych zeznań. Odmówił jednak szerszego ustosunkowania się do współudziału Wielkiego Muftiego w Holocauście; twierdził, że przesadne eksponowanie al-Husajna odwróci uwagę sędziów i obserwatorów od osoby Eichmanna.

Ben Gurion był wściekły. Nie mógł jednak wyładować swej złości na prokuratorze. Wiedział, że wkrótce będzie mu on bardziej potrzebny niż kiedykolwiek w przeszłości. Na horyzoncie zarysowało się niebezpieczeństwo rysy w dobrych stosunkach z Bonn.

Adolf Eichmann osobiście wybrał Roberta Servatiusa na swego obrońcę. Servatius był wówczas wziętym, zarabiającym krocie, adwokatem w Kolonii. Eichmann, uprowadzony z Argentyny bez grosza w kieszeni, nie mógł sobie pozwolić na opłacenie prawnika tej rangi. Rządy w Bonn i Jerozolimie zgodziły się wspólnie pokryć koszt wynagrodzenia – przypuszczalnie 60 tys. dol. Żadna ze stron nie przypuszczała wówczas, że Servatius może stanowić zagrożenie dla interesów obu krajów.

W pierwszej fazie procesu obrońca usiłował podważyć kompetencje Sądu Okręgowego w Jerozolimie, twierdząc, że zbrodnie przypisywane Eichmannowi dokonane zostały przed powstaniem państwa żydowskiego. Gdy trzech sędziów: Benjamin Halevi, Mosze Landau i Icchak Raveh – którzy po przejęciu władzy przez Hitlera pozbawieni zostali prawa wykonywania zawodu w Trzeciej Rzeszy i wyemigrowali do Palestyny – odrzuciło formalistyczne argumenty obrony, Servatius zmienił taktykę: w wielogodzinnych tyradach, połączonych z odczytywaniem setek stron nazistowskich dokumentów, usiłował przekonać sąd, że jego klient nigdy nie inicjował zagłady Żydów i że był tylko posłusznym wykonawcą rozkazów otrzymywanych od przełożonych.

 

Słabą stroną takiej obrony była niemożność sprowadzenia żywych świadków. Znajdujący się na wolności byli funkcjonariusze gestapo i innych nazistowskich służb bezpieczeństwa albo odmawiali przyjazdu do Jerozolimy w obawie, że zostaną aresztowani, albo byli odrzucani przez sąd jako osoby niewiarygodne. Ale Servatius znalazł jedną osobę, której żaden sąd nie mógł zdyskredytować i która mogła przeważyć szalę na korzyść jego klienta: był to Hans Globke. We wrześniu 1960 r., a więc już po aresztowaniu Eichmanna, tygodnik „Der Spiegel” opublikował artykuł opisujący częste kontakty Globkego z oskarżonym. Niemiecki tygodnik podpierał się zeznaniami skazanego na długoletnie więzienie zbrodniarza wojennego Maxa Martena.

W latach reżimu hitlerowskiego Globke pracował w Biurze Żydowskim Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i był jednym z autorów rasistowskich ustaw norymberskich. Gdy szef Biura odpowiedział na decyzję uruchomienia komór gazowych złożeniem dymisji, Globke bez wahania przejął jego stanowisko. Od tej chwili miał wgląd i wpływ na przebieg działań kryjących się pod kryptonimem „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Jego świadectwo o podrzędnej roli Adolfa Eichmanna w tej akcji mogło mieć ogromne znaczenie.

Był tylko jeden problem: w okresie, gdy Eichmann siedział na ławie oskarżonych w Jerozolimie (a ściślej mówiąc, na krześle umieszczonym w szklanej, kuloodpornej klatce), Hans Globke zajmował stanowisko dyrektora kancelarii Konrada Adenauera w Bonn. Liczni historycy twierdzą, że miał nieograniczony dostęp do kanclerza i że był jego najbardziej zaufanym urzędnikiem. Między innymi pełnił funkcję łącznika z kwaterą gen. Reinharda Gehlena, szefa hitlerowskiego wywiadu wojskowego na froncie wschodnim, zwerbowanego przez CIA w okresie zimnej wojny. Z początkiem lat 60. Gehlen został wywindowany na stanowisko dowódcy wywiadu Republiki Federalnej Niemiec. W tym samym mniej więcej czasie amerykański „Life” zakupił pamiętniki Eichmanna od jego rodziny. Agenci CIA, działając na wyraźną prośbę władz RFN, skłonili pismo do skreślenia z tekstu każdej wzmianki o współpracy Hansa Globkego z Adolfem Eichmannem.

Nigdy się chyba nie dowiemy, w jaki sposób władze izraelskie poznały koncepcję Servatiusa i co skłoniło go do zmiany decyzji. Wiadomo tylko, że obrońca Eichmanna zrezygnował z powołania Globkego na świadka. Wśród odtajnionych dokumentów Archiwum Państwowego w Jerozolimie znajduje się potwierdzenie przekazania dodatkowych 20 tys. dol. na rachunek bankowy obrońcy – nie ma jednak żadnego dowodu, który łączyłby te dwa wydarzenia. Archiwa Mosadu i Szabaku (wewnętrznej służby bezpieczeństwa) – w przeciwieństwie do państwowych – pozostają zamknięte na zawsze.

Premier Ben Gurion i członkowie jego ścisłego gabinetu zdawali sobie sprawę, że pojawienie się Globkego na sali sądowej w Jerozolimie uderzyłoby w międzynarodowy prestiż Adenauera i rzuciło długi cień na stosunki Izraela z Republiką Federalną. Tuż przed rozpoczęciem procesu obaj mężowie stanu spotkali się w nowojorskim hotelu Waldorf-Astoria. Treść rozmowy nie została podana do wiadomości publicznej, a jej protokół, spisany przez niskiego rangą dyplomatę ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, nigdy nie został odnaleziony. Wiadomo tylko, że wynikiem tego spotkania było zwiększenie sumy odszkodowań, a przypuszczalnie także porozumienie w sprawie dostaw broni niemieckiej dla państwa żydowskiego. Premier Izraela, doskonale poinformowany o składzie osobowym gabinetu kanclerza, nie mógł sobie pozwolić na jakikolwiek zgrzyt w kontaktach z Bonn. Adenauer ze swej strony mógł liczyć na pełną dyskrecję izraelskiego partnera.

 

Konrad Adenauer, który szczycił się czystą kartą z okresu nazistowskiego, otoczony był gronem współpracowników, których przeszłość splamiona była czynnym udziałem w budowaniu Trzeciej Rzeszy. Oprócz Hansa Globkego zatrudniał na wysokim stanowisku także Herberta Blankenhorna, członka NSDAP, byłego wysokiego urzędnika w hitlerowskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Blankenhorn pracował początkowo jako osobisty referent kanclerza, później jako człowiek, który powołał do życia nowe MSZ. Stojąc na czele zachodnioniemieckiej dyplomacji, zatrudnił dziesiątki byłych nazistów; licznych wysłał w świat jako ambasadorów. Przemawiając 23 października 1952 r. w Bundestagu, Konrad Adenauer twierdził, że bez urzędników, którzy zdobyli doświadczenie zawodowe w latach 30. i 40., nie mógłby odbudować aparatu państwowego. Oświadczenie takie, wygłoszone w czasach nasilenia zimnej wojny, było na Zachodzie możliwe do przełknięcia. Ale gdyby Globke powtórzył taką opinię w 1961 r., zeznając w Jerozolimie, reputacja kanclerza narażona byłaby na poważny szwank. Ben Gurion nie mógł do tego dopuścić. Gospodarcza i militarna sytuacja Izraela była wówczas zbyt zależna od szczodrości Republiki Federalnej. Nawet jeśli wola ta spowodowana była poczuciem winy i odpowiedzialności za przeszłość.

Proces Adolfa Eichmanna przeszedł do historii jako punkt zwrotny w izraelskim spojrzeniu na Holocaust. Na świecie zrodził sporo dzieł historycznych i traktatów filozoficznych; najważniejsze z nich to chyba „Eichmann w Jerozolimie: rzecz o banalności zła” Hannah Arendt. Nikt jednak nie analizował przewodu sądowego jako zakulisowej gry politycznej, która rozpoczęła się na długo przed wykryciem kryjówki Eichmanna i chyba nie zakończyła się o północy z 31 maja na 1 czerwca 1962 r., gdy prochy zbrodniarza zostały rozsypane nad międzynarodowymi wodami Morza Śródziemnego.

Latem 1967 r. autor tego artykułu przeprowadzał wywiad z prokuratorem generalnym Hesji Fritzem Bauerem, zdeklarowanym antyfaszystą. Tekst rozmowy został wówczas opublikowany w telawiwskim dzienniku „Ha’aretz”. W swoim biurze we Franfurcie nad Menem Bauer opowiadał: „Teczka Hansa Globke leżała na moim biurku od wielu miesięcy. Jego działalność w Trzeciej Rzeszy była mi dobrze znana, ale gdy śledztwo zaczęło dobiegać końca, otrzymałem od prokuratora generalnego polecenie zamknięcia akt. Byłem uparty, odmówiłem. Niewiele to pomogło, bo kilka dni później przyjechał kurier, zabrał wszystkie dokumenty, wyjaśniając, że dalszy bieg sprawy przekazany został prokuraturze w Bonn. Tam, jak przeczuwałem, teczka utonęła na zawsze w jakiejś zatęchłej piwnicy. (...) Również sprawa Eichmanna padła ofiarą zewnętrznej ingerencji. Latem 1957 r. odwiedził mnie mieszkający w Argentynie Luter Herman, niemiecki Żyd, który tuż przed wojną ratował się ucieczką za morze. Z własnej woli zeznał, że Adolf Eichmann mieszka z żoną w Buenos Aires i pracuje jako robotnik w tamtejszych zakładach Mercedesa. Eichmann, powiedział, ukrywa się jako Ricardo Clemens, ale jego żona i dzieci nie zmieniły nazwiska.

Działania za granicą nie leżały w mojej kompetencji, więc zwróciłem się do odpowiednich instancji sądowych z żądaniem wystąpienia o ekstradycję zbrodniarza. Gdy zrozumiałem, że urzędnicy w Bonn nie byli zainteresowani sprowadzeniem Eichmanna do Niemiec, przekazałem posiadaną informację szefowi izraelskiego przedstawicielstwa w Republice Federalnej Feliksowi Szenawowi. W owym czasie nie było jeszcze pełnych stosunków dyplomatycznych między obu krajami. Szenaw zawiadomił Isera Harela, szefa Mosadu w Jerozolimie. We wrześniu pojawił się we Frankfurcie izraelski agent wywiadu Szlomo Kohen-Abarbanel. Przekazałem mu wszystko, co wiedziałem w tej sprawie. Przepisy nie pozwalały na takie postępowanie, ale dla mnie była to kwestia sumienia, więc uczyniłem coś, co wydawało mi się moralnie słuszne.

Sprawa ucichła, nie wiedziałem, dlaczego. Dopiero w grudniu 1959 r. zaproszono mnie do Jerozolimy. Pojechałem, mimo że podróż taka nie była dozwolona bez zgody Prokuratury Generalnej. Spotkałem się z Harelem i z Dawidem Ben Gurionem. Obiecali, że Mosad zajmie się tą sprawą – i tak też było”.

Bauer zmarł dokładnie rok po tej rozmowie, więc nie mógł przejrzeć odtajnionych w 2006 r. dokumentów CIA, dotyczących działalności antykomunistycznej w powojennej Europie. Wynikało z nich, że wywiad amerykański znał miejsce ukrycia Adolfa Eichmanna już w 1952 r. i że podzielił się tą informacją z gabinetem kanclerza Adenauera. W owym czasie jednak, gdy byli hitlerowscy agenci pracowali w Rosji sowieckiej na rzecz Stanów Zjednoczonych i Niemiec, nikt nie był zainteresowany rozpoczęciem przewodu sądowego, który mógłby zantagonizować tak bardzo potrzebnych im ludzi. Można śmiało skonstatować, że intrygi polityczne darowały Eichmannowi 10 lat spokojnego życia.

Adolf Eichmann został skazany na śmierć przez powieszenie 11 grudnia 1961 r. Wyrok został wykonany 171 dni później, po odrzuceniu apelacji przez Sąd Najwyższy.

Polityka 52.2011 (2839) z dnia 21.12.2011; Historia; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Za plecami sędziów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną