Władysław Bartoszewski o Marku Edelmanie

Znaliśmy się od zawsze
Nie byliśmy przyjaciółmi. Ale ufaliśmy sobie. Uderzała mnie jego suwerenność duchowa. Uderzała mnie skromność, powściągliwość jego sformułowań. Bohater – który robił wszystko, by nikt go nie nazywał bohaterem.
Władysław Bartoszewski i Marek Edelman, 2007 r.
Bartosz Bobkowski/PAP

Władysław Bartoszewski i Marek Edelman, 2007 r.

Marek Edelman podczas odsłonięcia pomnika upamiętniającego żydowskich bojowników z getta, Warszawa 1947 r.
PAP

Marek Edelman podczas odsłonięcia pomnika upamiętniającego żydowskich bojowników z getta, Warszawa 1947 r.

Gdyby Marek Edelman wiedział, że wspomnienie o nim zaczynam cytatem poetyckim, to pewnie by się roześmiał, machnął ręką i powiedział szorstko, żebym dał spokój. Wierzę, że w tym szczególnym przypadku mi wybaczy. Wiersz został napisany przez Irenę Conti, cenioną poetkę włoską – to znaczy przez urodzoną w Warszawie Irkę Gelblum z Żydowskiej Organizacji Bojowej, która wraz z Markiem walczyła w Powstaniu Warszawskim:

„Boże codzienności

wprowadź się do naszego domu

na stałe

od świtu do świtu

Bądź w każdym geście

tych co pod dachem chwili

szukają dla siebie schronienia”.

Uważam, że te słowa oddają to, co było mu naprawdę bliskie: po pierwsze – potrzebę konkretu codzienności, konkretu dotykalnego aż do bólu, konkretu, który stawia opór patosowi, a dzięki temu nie pozwala się zakłamać, po drugie – czujną pewność, że zawsze, w każdej chwili, są ludzie, którym trzeba pomóc, bo „szukają dla siebie schronienia”. Mówił, że nie umie się wczuwać „w te wszystkie mistyczne rzeczy” – i natychmiast dodawał, wyjaśniał, stawiał zadanie: „Trzeba dać mieszkanie bitemu. Trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać. I w ogóle zawsze trzeba być przeciwko tym, którzy biją” albo: „Jeśli się przyglądasz złu i odwracasz głowę albo nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła”.

A ja podobne słowa usłyszałem w 1942 r. z ust księdza Jana Ziei, gdy ciężko dotknięty doświadczeniami z Auschwitz zwróciłem się do niego o pomoc: „Wyszedłeś z obozu żywy, bo Bóg chciał, żebyś przeciwdziałał złu, które poznałeś. To wielka łaska. Łaska i dług, który musisz spłacić. Wysnuj z tego wnioski...”. Zapytałem: jak? co mam robić? – Pomyśl o tych, którzy żyją za murem – powiedział ksiądz Zieja. Za murem getta! Tak zaczęła się moja droga do Rady Pomocy Żydom. Więc myślę, że z Markiem Edelmanem, bundowcem, socjaldemokratą łączy mnie – chrześcijańskiego konserwatystę – wspólnota pamięci i wspólnota postawy, której źródłem była codzienność okupowanej Warszawy lat II wojny światowej. A co nas wtedy różniło? Od 1942 r. było oczywiste, że Żydzi żyjący w gettach, w obozach, ukrywający się, wysyłani „gdzieś na wschód”, wszyscy Żydzi jako naród – zostali skazani przez Niemców na śmierć. My, Polacy, też byliśmy dotkliwie represjonowani, ale nie wszyscy i nie w ten sam sposób. I tę różnicę trzeba sobie wciąż uświadamiać – z powodów moralnych: żeby pamięć nie oddaliła się od prawdy.

Nie znałem go, gdy wybuchło powstanie w getcie. Słyszałem, że w Żydowskiej Organizacji Bojowej jest jakiś Marek, ale go nie znałem. A przecież byliśmy tak blisko siebie. Ledwie kilkadziesiąt metrów, tyle że przedzielonych murem. On na Bonifraterskiej dowodził heroiczną walką dziewczyn i chłopców z Żydowskiej Organizacji Bojowej, ja zaś tuż-tuż, na ul. Mławskiej 5, miałem lokal konspiracyjny, w którym spotykałem się z „Berezowskim” – dr. Leonem Feinerem, wiceprzewodniczącym Żegoty i jednym z najwybitniejszych działaczy Bundu – Powszechnego Żydowskiego Związku Robotniczego – i z łączniczką Żydowskiej Organizacji Bojowej Irką Gelblum. Jako członek Rady Pomocy Żydom i pracownik referatu spraw żydowskich Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu współpracowałem z „Wacławem” Henrykiem Wolińskim, który w imieniu Komendy Głównej Armii Krajowej utrzymywał od połowy 1942 r. ścisłe kontakty z Żydowską Organizacją Bojową. Czyli byliśmy blisko...

Leon Feiner dobrze znał Marka Edelmana. Był jednym z jego mistrzów, nauczycielem, mnie zaś obdarzył przyjaźnią. I gdy po latach słuchałem Edelmana, to w jego słowach często znajdowałem echo myśli Feinera, który łączył romantyzm i idealizm, cechujące początki polskiego ruchu socjalistycznego, z poczuciem niechętnego patosowi realizmu. Chociaż z tym patosem bywało różnie... W połowie sierpnia 1944 r. Feiner przyszedł ze swoim przyjacielem Antonim Pajdakiem do naszej placówki AK Anna na ul. Marszałkowskiej 62. Zobaczył mnie, rozłożył ramiona, objął, przytulił, zobaczyłem łzy w jego oczach: „Panie Ludwiku! Polska jest wolna! Flagi biało-czerwone wiszą z okien!”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną