Historia

Święta sakwa

Pieniądze pierwszych chrześcijan

„Ostatnia wieczerza”. Na pierwszym planie Judasz z sakiewką, fresk Pietro Perugino w kościele Świętego Onufrego we Florencji, ok. 1500 r. „Ostatnia wieczerza”. Na pierwszym planie Judasz z sakiewką, fresk Pietro Perugino w kościele Świętego Onufrego we Florencji, ok. 1500 r. EAST NEWS
Skarbnik Judasz. Darczyńca Nikodem. Fundator grobu Jezusa Józef z Arymatei. Pierwsi chrześcijanie też musieli mieć pieniądze na działalność gmin, chociaż więcej mówili o Królestwie Bożym.
„Śmierć Jezusa i złożenie do grobu”. Jezus jest podtrzymywany przez Nikodema, z lewej strony jego matka, z prawej święty Jan Ewangelista, Pietro Perugino, 1495 r.Corbis „Śmierć Jezusa i złożenie do grobu”. Jezus jest podtrzymywany przez Nikodema, z lewej strony jego matka, z prawej święty Jan Ewangelista, Pietro Perugino, 1495 r.
„Pieta”. Pierwszy z prawej Józef z Arymatei, obraz Rafaela, ok. 1504–05 r.Corbis „Pieta”. Pierwszy z prawej Józef z Arymatei, obraz Rafaela, ok. 1504–05 r.
„Pocałunek Judasza” (jego żółta szata symbolizuje zdradę), obraz Giotto di Bondone.Wikipedia „Pocałunek Judasza” (jego żółta szata symbolizuje zdradę), obraz Giotto di Bondone.

Artykuł w wersji audio

Kasę apostołów trzymał Judasz. To skojarzenie obracaniem pieniędzmi ze zdradą jakoś naznaczyło historię chrześcijaństwa. Bo Kościół od początku musiał szukać środków do życia. Bez nich nie dałby rady wypełniać polecenia Jezusa: idźcie głosić moją naukę światu. Tymczasem ewangelizacja kosztuje. Od zarania Kościół naznaczony jest więc rozdarciem między być a mieć.

Watykańscy prałaci zarządzający dziś dziesiątkami milionów euro, zbieranymi w Kościele na papiestwo, przywołują apostoła Judasza, gdy chcą podkreślić, że skoro uczniowie Jezusa musieli mieć uporządkowane sprawy finansowe, to tak samo współczesny Kościół musi mieć porządek w papierach. Ale zarazem przestrzegają: kwestia utrzymania Kościoła jest kontrowersyjna, więc uważajmy.

To prawda. Kościół musiał uważać na kwestię pieniędzy od samego początku. Judasz kręci nosem na rozrzutność Marii z Betanii, która namaściła wonnościami stopy Jezusa wjeżdżającego do Jerozolimy. Funt olejku nardowego to był luksus dla skarbnika nie do przyjęcia. Nie obchodziło go, że ten dar to wyraz uwielbienia dla Jezusa. Tymczasem Judasz zasługiwał raczej na pochwałę, bo robił to, co powinien robić skarbnik – pilnował finansów zalążka Kościoła. Ale do historii przeszedł jako zdrajca z chciwości. To chciwość miała go popchnąć do wydania Jezusa za marne 30 srebrników.

Wyliczono, że takie pieniądze dostawał wtedy prosty robotnik za cztery miesiące pracy albo właściciel zabitego niewolnika tytułem odszkodowania. Ostatecznie Judasz wyrzuca splamione zdradą sztuki srebra w jerozolimskiej świątyni i wiesza się na suchej gałęzi. W innej wersji kupuje za przeklęte srebrniki tzw. Pole Krwi, na którym pęka na pół. Tak czy owak, zdecydowanie negatywny stereotyp Judasza wykształcił się w średniowieczu. W wielu katolickich kulturach lokalnych kukłę Judasza jako chciwego i zdradzieckiego Żyda palono podczas świąt wielkanocnych. W ten między innymi sposób formował się grunt pod ludowy antysemityzm.

Ciekawe, że wielki XX-wieczny poeta amerykański John Robinson Jeffers proponował radykalnie inne odczytanie opowieści o Judaszu. Przedstawiał go jako biednego syna rzemieślnika, wierzącego, że Jezus przyniesie pokój umęczonej powstaniami i okupacją Palestynie, ale Jezus chce wejść do historii jako Syn Boży i po to popycha Judasza do zdrady.

Przekaz ewangeliczny pełen jest kłopotów z pieniądzem. Oto Jezus jako pobożny Żyd powinien zapłacić podatek na świątynię jerozolimską. Płacił go każdy Żyd powyżej 20 roku życia – w wysokości dwóch drachm (równowartość dwóch dni pracy). Ale kiedy przychodzą poborcy, apostoł Piotr oświadcza, że Jezus nie płaci tego podatku. Jak to? No przecież syna Tego, któremu wzniesiono Dom Boży, podatek nie obowiązuje. Ale Jezus nie chce gorszyć Żydów. Poleca Piotrowi iść złowić rybę w jeziorze, a w pyszczku znajdzie monetę wartości czterech drachm, zwaną stater. „Weź go i daj im za mnie i za siebie”.

Inny problem z podatkiem, tym razem należnym państwu rzymskiemu, Jezus rozwiązuje w podobnym duchu. Zachowuje się jak lojalny poddany, a nie żydowski zelota, buntownik. To musiało zaskakiwać. Bo w końcu Żydzi żyli pod okupacją. Część ich ówczesnej elity religijnej i politycznej to akceptowała, ale ubogi lud żydowski był oporny. Oczekiwał, że skoro w Jezusie niektórzy widzą Mesjasza, spodziewanego Króla Żydowskiego, to Jezus powinien wezwać do bojkotu podatkowego i do walki o wolność i sprawiedliwość.

I to jest sedno sprawy. Jezus nie mówi o wolnym handlu, o swobodnym przepływie ludzi i kapitału ani nie chłoszcze słowem sprzedajnych i kolaboranckich elit. Mówi o wolności ducha, doświadczeniu mistycznym, Królestwie Bożym, które nie jest z doczesnego świata, o moralnym odrodzeniu człowieka. De facto odrzuca ludowy polityczny mesjanizm, walkę o niepodległość. Więc lud nie ma problemu, by wołać do Piłata: uwolnij Barabasza (który był zelotą). Pacyfizm Jezusa dla ludu był nieprzekonujący. Niech Piłat pośle na śmierć tego naiwniaka i słabeusza.

A jednak to ten rzekomo pożyteczny politycznie dla reżimu Jezus głosił idee, które odmienią świat bardziej niż rewolucje i powstania. Nawet w olejku nardowym widać błysk tej rewolucyjności. Jezus nie obraża się na Marię za rozrzutność czy za gest w stylu celebryckim. Nie ma w nim nic z surowego ascety. Nie stroni od zabaw i wesel. Nie potępia ludzi z góry, hurtem, tylko dlatego, że należą do jakiejś źle widzianej grupy społecznej czy środowiska. Owszem, potępia bogaczy, tych obnoszących się ze swą majętnością, ale daje także im szansę duchowego odrodzenia, oczyszczenia się z moralnej korupcji, jaką grozi bogactwo. I to przyciąga do niego niektórych bogaczy.

Na przykład Nikodema. Członka religijnej elity żydowskiej. Jezus go frapuje, ale Nikodem nie może się z tą fascynacją zdradzić przed establishmentem, do którego należy. Faryzeusze, a on był jednym z tych znawców Biblii hebrajskiej i judaizmu, uważali Jezusa za samozwańca, który błędnie stosuje Prawo Mojżeszowe. Ale w sprawach etyki społecznej mówili rzeczy podobne co Jezus i pierwsi chrześcijanie (w większości Żydzi). Wzywali do solidarności z prześladowanymi i z potrzebującymi pomocy, szczególnie z ubogimi wdowami, sierotami, cudzoziemcami. Podkreślali, że oprócz jałmużny do zdrowia społecznego potrzebne są też czyny miłosierdzia adresowane i do biednych, i do zamożnych.

Ewangelia Janowa opowiada o nocnej (nie chciał być rozpoznany) wizycie Nikodema u Jezusa. Jezus mówi z nim o religii, nie o kwestii społecznej. To musiało zrobić na dostojniku wrażenie, bo później nie lęka się stanąć w obronie Jezusa na forum publicznym. Apeluje o praworządne potraktowanie nazaretańczyka. A po jego śmierci powtarza gest Marii z Betanii. Przychodzi do grobu Jezusa z hojnym darem aż stu funtów mirry i aloesu, których używano do balsamowania zwłok.

Grobu Jezusa by nie było i Nikodem nie miałby dokąd przyjść ze swym datkiem, gdyby nie Józef z Arymatei. To inny członek najwyższych żydowskich władz tolerowanych przez państwo rzymskie. Nie wiemy, czy Nikodem i Józef stali się potajemnie uczniami Jezusa, ale jeśli już, to raczej Józef. To on poprosił gubernatora Piłata o pozwolenie na zabranie ciała Jezusa z miejsca egzekucji. Inaczej zwłoki zasypano by w anonimowym dole dla przestępców. Trzeba się było spieszyć. Od śmierci Jezusa do początku szabatu były tylko trzy godziny, a w szabat Prawo zabrania Żydom jakiejkolwiek pracy.

Józef jako człowiek zamożny miał niedaleko od Golgoty swój nowy nieużywany grobowiec wykuty w skale. Zabrał ciało, owinął jak należało w całun, złożył w grobie, zasunął otwór wejściowy ciężkim głazem. Sam albo z Nikodemem, jak chce Ewangelia według Jana. W tej wersji obaj zamożni notable owijają ciało w płótna razem z wonnościami przyniesionymi przez Nikodema. Józef z Arymatei wraz z Nikodemem doczekali się nawet nieuznanej przez Kościół ewangelii, w której Józef zbiera do czary nazwanej Graalem krew zamęczonego Jezusa i wspólnie z Nikodemem zakłada gminę chrześcijańską.

Tak więc bogaci wnieśli dobrowolny wkład w powstanie chrześcijaństwa. Kościół nie obyłby się bez ich materialnego wsparcia. Pierwsza wspólnota chrześcijańska żyła w sporej części z darowizn, jeśli oczekiwała skądś pomocy, to tylko od ludzi dobrej woli. Czuła się odpowiedzialna za społecznie czy duchowo słabszych. Wśród pierwszych chrześcijan panował duch braterstwa i miłości. Wszystko, co zebrali, dzielili między potrzebujących, tak by nikt nie cierpiał niedostatku.

Benedykt XVI podkreśla, że choć w pierwszych wiekach wspólnota chrześcijańska nie była wielka, to jednak nie była sektą, nie odgradzała się od ludzi. Nie tworzyła jakiejś „hipisowskiej” komuny. Tak starali się ją przedstawiać wrogowie, czyli „poganie”. Dla nich chrześcijanie byli praktycznie niemoralnymi ateistami, bo wierzyli tylko w jednego Boga. W rzeczywistości solidarność praktykowana przez pierwszych chrześcijan była bezcennym memento dla Kościoła na przyszłość. Gdy wyrastał na potęgę czysto ziemską kosztem swej misji duchowej.

W średniowieczu od imienia biblijnego Szymona Maga (Czarnoksiężnika) urobiono termin symonia na oznaczenie handlu dobrami duchowymi. W Dziejach Apostolskich czytamy, że ówże Szymon chciał kupić od uczniów Jezusa Ducha Świętego. Wtedy Piotr odpowiedział: Zatrzymaj sobie na zgubę twoje srebro, boś uznał, że dar Boga kupuje się za pieniądze. Te słowa widać poszły szybko w zapomnienie, bo handel tytułami, sakramentami, urzędami kościelnymi rozwijał się w średniowiecznej Europie, jakby nikt o tej przestrodze nie pamiętał.

Tak Kościół popadał w kryzys wiarygodności. Odchodził od prawdziwego, duchowego przesłania ewangelicznej przypowieści o talentach na rzecz interpretacji dosłownej, zwulgaryzowanej. Talent to była antyczna jednostki wagi. Odważano nią monety ze złota i srebra. Monety były cięższe niż dziś, a srebro było prawie tak samo drogie jak złoto. Jeden talent to ok. 34 kg. Wartość w przeliczeniu na obecne złote sięgałaby miliona. W przypowieści Jezusa zamożny człowiek rozlicza ludzi, którym pożyczył talenty, z tego, jaki z nich zrobili użytek. Chwali tych, którzy pomnożyli powierzone im skarby, a karci tego, który, owszem, swój talent przechował nietknięty, ale go nie pomnożył. W istocie nie chodzi tu o zachętę do pomnażania posiadanego kapitału materialnego, tylko duchowego. Gdyż w Królestwie Bożym kto u Boga jest duchowo bogaty, ten będzie jeszcze bogatszy.

Bogactwo materialne stoi niżej duchowego w chrześcijańskiej hierarchii wartości. Bardzo mocno ujął to św. Paweł: „Bo przecież znacie życzliwość Pana naszego Jezusa Chrystusa, że choć bogaty, dla was stał się ubogi, abyście wy dzięki owemu jego zubożeniu stali się bogaci”. Ks. Józef Tischner wspominał, że jako kleryk słuchał wykładu z etyki społecznej młodego księdza profesora Karola Wojtyły. W pewnej chwili Wojtyła odłożył skrypt i zaczął mówić z głowy: My tu mówimy dużo o ekonomii, polityce, gospodarce, krążeniu towarów, jakby to wszystko było najważniejsze. Tymczasem najcenniejsze jest ubóstwo. Tam gdzie jest ubóstwo, tam jest wolność!

Było to w czasach, dodawał Tischner, kiedy Kościół w Polsce stracił swoje majątki, musiał płacić ciężkie podatki, był poddany uciskowi politycznemu i gospodarczemu. Wtedy Wojtyła „odkrył, że prawdziwa wartość i szansa chrześcijaństwa leży właśnie w ubóstwie” („Wiara ze słuchania”). Czyli w Kościele środków skromnych, a nie w Kościele bogactwa i triumfu.

Tak starały się żyć pierwsze wspólnoty chrześcijańskie. Pamiętały o kazaniu na górze, w którym Jezus błogosławi ubogim, bo ich będzie Królestwo Boże. I głodnym, bo będą nakarmieni. Sens błogosławieństw jest duchowy, ale chrześcijanie od początku, licząc tylko na siebie, starali się nadać mu też wymiar pomocy potrzebującym z wszystkich warstw społecznych.

Znakomita badaczka dziejów wczesnego Kościoła prof. Ewa Wipszycka zwraca uwagę na wczesnochrześcijańskie anonimowe dzieło o „Nauce katolickiej dwunastu apostołów i świętych uczniów naszego Zbawiciela” (Didascalia apostolorum, tł. ks. M. Michalski) z III w. Wśród wielu rad dla wspólnoty wiernych są tam też uwagi o zarządzaniu majątkiem.

Biskup i jego pomocnicy zajmowali się w sporej części gromadzeniem i dzieleniem funduszy na cele gminy. Wszelkie datki należało przekazywać biskupowi, bo on ma najlepsze rozeznanie sytuacji, więc podzieli najsprawiedliwiej. Diakon miał dostawać dwa razy tyle co wdowa, a biskup cztery razy tyle. Autor nie nalega, by gmina wiedziała dokładnie, co czyni biskup, bo przecież „rachunku zażąda od niego kiedyś sam Bóg”. Z dokumentu wynika też, że gmina musiała być duża i silna, bo wydawała dużo na opiekę nad wdowami, sierotami i biednymi.

Ale zarazem powinna uważać, od kogo przyjmuje ofiary, bo zdarza się, że ofiarodawcy „bliźnich zamykają do więzienia, źle traktują niewolników [chrześcijaństwo tolerowało przez wieki niewolnictwo – red.], tyranię stosują w swych miastach, gnębią biedaków”. Lista tych, od których chrześcijanom datków brać nie wypada, jest dłuższa, obejmuje między innymi pogańskich artystów, urzędników państwowych splamionych wojnami, lichwiarzy (czyli komercyjnych bankowców), a nawet jasnowidzów.

Mało prawdopodobne, by akurat ludzie z tej czarnej listy kwapili się finansować nową religię. Ważne jest przesłanie: chrześcijanie, nie bierzcie byle czego od byle kogo. A jeśli mimo wszystko przyjmie się takie podejrzane datki na Kościół, to należy je przeznaczyć na rzeczy, które chrześcijanom nie zaszkodzą. Autor rozumie to dosłownie. Zdaje się ulegać niechrześcijańskim przesądom, że kontakt ze skalanym – bo niegodziwie zarobionym – pieniądzem kala także tego, kto korzysta z zakupionych za taki pieniądz towarów. Trudno go za to chwalić z naszej perspektywy. Ale za pewien rygoryzm moralny w podejściu do finansów kościelnych chyba wypada.

Kościół w tym napięciu, czasem kryzysie na tle pieniądza, żył we wszystkich epokach. Im bardziej obrastał w dobra, przywileje i luksusy, im bardziej mieszczaniał, tym chętniej mówił o ubóstwie, ale i tym rzadziej je praktykował. Dlatego co pewien czas w historii Kościoła pojawiali się moralni rewolucjoniści wzywający do powrotu do źródeł. Zakładali zakony żebracze, jak święty Franciszek. Sprzymierzali się z piewcami sprawiedliwości społecznej, obrońcami wyklętych i wykluczonych.

Jerzy Turowicz, wybitny dziennikarz i działacz katolicki (w tym roku wypada stulecie jego urodzin), zaznaczał przy tym, że Kościół nie jest przeciwny dążeniu człowieka do dobrobytu, tylko jest przeciwny nastawieniu, iż bogactwo i sukces są celem człowieka, jakby jego nową religią. To nastawienie rodzi obojętność na los ubogich. A ta obojętność odbiera społeczeństwu godność i sprawiedliwość.

Od tego napięcia na tle stosunku do pieniądza Kościół się nie uwolni. Ono jest wpisane w los każdej masowej organizacji. Lecz wielu ludzi Kościoła doskonale wie, że celem chrześcijaństwa nie jest panowanie nad tym światem i budowa doczesnego imperium. Leszek Kołakowski przy okazji rozważań nad miejscem luksusu w życiu ludzi przypomniał, że już kalwiniści pięć wieków temu luksus jako sposób życia potępili, ale nie potępiali gromadzenia bogactw, czyli dorabiania się. A katolicy? Oni z kolei potępiali abstrakcyjnie chciwość, ale nie potępiali luksusu jako takiego, czego przykładem są choćby dwory papieskie epoki renesansu.

Cóż, „słowa Jezusa – pisze filozof – odnoszące się do bogaczy nie są dziś często cytowane jako reguły, których trzymać się mamy”.

Polityka 14.2012 (2853) z dnia 04.04.2012; Temat na Wielkanoc; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Święta sakwa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną