Kto dopuścił Hitlera do władzy

Wielka pomyłka
Hitlerowski zjazd w Buckebergu, 1934 r.
ULLSTEIN/BEW

Hitlerowski zjazd w Buckebergu, 1934 r.

Prezydent Republiki Weimarskiej Paul von Hindenburg i Adolf Hitler, 1933 r.
Bettmann/Corbis

Prezydent Republiki Weimarskiej Paul von Hindenburg i Adolf Hitler, 1933 r.

Szaleniec z dziwaczną fryzurą

Pod koniec roku kryzys wewnątrzpartyjny osiągnął apogeum, Hitler zagroził, że popełni samobójstwo. „Gdyby partia miała się rozpaść, zakończę sprawę w trzy minuty” – oświadczył najbliższym współpracownikom. Goebbels ponuro skwitował w swoich dzienniku: „rok 1932 był jednym wielkim pasmem pechowych wydarzeń”. Stawało się jasne, że partia musi szybko przełamać złą passę, inaczej czeka ją rozpad lub odrzucenie przez wyborców – albo obie te rzeczy naraz.

Niespodziewanie ratunek przyszedł ze strony konserwatywnej prawicy. Niemiecka klasa polityczna od kilku lat skupiona była na parlamentarnych wojnach i intrygach. Wielki kryzys, który w Niemczech przybrał szczególnie katastrofalne rozmiary, dodatkowo zaostrzył konflikty. Z kolei proporcjonalna ordynacja wyborcza sprzyjała rozproszeniu mandatów. W efekcie na początku lat 30. Reichstag stał się areną zaciekłej walki politycznej, a uczestniczące w niej ugrupowania – komuniści, socjaldemokraci, chadecy i konserwatyści – starały się nadążyć za rosnącym radykalizmem wyborców i coraz bardziej traciły zdolność do współpracy i budowania konstruktywnej większości.

Centrowy gabinet Heinricha Bruninga, zdymisjonowany wiosną 1932 r., był ostatnim mającym poparcie parlamentu. Kolejne rządy, konserwatystów Franza von Papena i Kurta von Schleichera, sprawowały władzę, opierając się na dekretach Hindenburga. Prawicowi politycy, wspierani przez organizacje ziemiańskie oraz przemysłowców, nabierali coraz mocniejszego przekonania, że demokracja się nie sprawdza i należy zastąpić ją systemem autorytarnym. Za największe zagrożenie dla państwa uznali przy tym partię komunistyczną rosnącą w siłę z wyborów na wybory, lekceważyli natomiast NSDAP, uważając, że jej przywódca jest co prawda zręcznym demagogiem, ale brakuje mu doświadczenia politycznego.

Konserwatywna prawica gardziła Hitlerem – mówiono o nim, że ma „wygląd, strój i maniery fryzjera”, jest „szaleńcem z dziwaczną fryzurą”, który „nadaje się co najwyżej na ministra poczty” – ale też go potrzebowała. Sama pozbawiona szans na większość w Reichstagu, z nadzieją spoglądała na potężną reprezentację nazistów. Pozyskanie takiego sojusznika pozwoliłoby uniknąć kolejnych wyborów i stworzyć stabilny gabinet, któremu z czasem parlament stałby się niepotrzebny. Droga do rządów autorytarnych stałaby otworem, zaś socjaldemokracja i komuniści zostaliby na zawsze odsunięci od władzy.

Na początku stycznia 1933 r. Papen – szukając zemsty na Schleicherze, który przed kilkoma tygodniami odebrał mu szefostwo gabinetu – zaczął namawiać prezydenta, by zdecydował się jednak powierzyć stanowisko kanclerza Hitlerowi. Sam rezerwował dla siebie funkcję wicekanclerza – przekonany, że z tylnego fotela zachowa rzeczywistą kontrolę nad polityką rządu.

Choć na politycznych salonach podniosły się głosy, że dawanie władzy nazistom to zabawa zapałkami na beczce prochu, Papen uspokajał sceptyków. „Czego pan chce? – powiedział jednemu z nich. – Hindenburg ma do mnie zaufanie. Za dwa miesiące tak zepchniemy Hitlera w kąt, że będzie kwiczał”. Ostrzegany przez innego konserwatystę, że Hitler dąży do dyktatury, odparł: „Myli się pan. Myśmy go wynajęli”. Z kolei Alfred Hugenberg, lider Niemiecko-Narodowej Partii Ludowej, która miała otrzymać kilka tek w nowym rządzie, zapewniał otoczenie: „Zablokujemy Hitlera”.

Gabinet nacjonalistów

Również prezydent dał się w końcu przekonać. 30 stycznia rano polecił wezwać Hitlera do swojej kancelarii. Stawili się tam również ministrowie przyszłego gabinetu, niektórzy nieświadomi jeszcze, kto ostatecznie zostanie ich szefem. Spotkanie było krótkie. Hindenburg wyraził radość, że narodowa prawica w końcu się zjednoczyła, po czym nastąpiło zaprzysiężenie nowego kanclerza – na wierność narodowi i konstytucji. „A teraz, moi panowie, z Bogiem naprzód” – powiedział na zakończenie prezydent. „Hitler kanclerzem Rzeszy. Zupełnie jak w bajce” – zanotował Goebbels kilka godzin później.

Wieczorem na Wilhelmstrasse, pod oknami kancelarii Rzeszy i sąsiadujących z nią apartamentów prezydenta, odbyła się demonstracja 60 tys. SA-manów. Umundurowany tłum maszerował przy blasku pochodni, niosąc partyjne sztandary. Okrzyki na cześć Hitlera mieszały się ze skandowaniem: „Niemcy obudźcie się! Żydzi zdychajcie!” (Deutschland erwache! Juda verrecke!). Stojący w otwartym oknie Hindenburg długo i w milczeniu przyglądał się tej scenie.

 

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną