Historia

Zamieszanie z Mieszkiem

Czy Mieszko I był Polakiem?

Mieszko I i Bolesław Chrobry, rzeźba z bazyliki św. Piotra i Pawła w Poznaniu. Mieszko I i Bolesław Chrobry, rzeźba z bazyliki św. Piotra i Pawła w Poznaniu. Jan Morek/UIG/Getty Images / Forum
Skąd pojawił się Mieszko I, który z niczego stworzył zalążki państwa polskiego? Długo przypisywano mu skandynawskie korzenie, teraz wraca koncepcja, że pochodził z Wielkich Moraw.
Imponujący (mający ponad 5 ha) dwuczłonowy gród w Gilowie koło Niemczy.J. Kot/Materiały prywatne Imponujący (mający ponad 5 ha) dwuczłonowy gród w Gilowie koło Niemczy.
MS/Polityka
Złocona plakietka z wizerunkiem Chrystusa z wielkomorawskiego grodu Bojna koło Nitry.G. Gattringer/Materiały prywatne Złocona plakietka z wizerunkiem Chrystusa z wielkomorawskiego grodu Bojna koło Nitry.
Okucie w kształcie krzyża z wielkomorawskiego grodu koło Wałbrzycha, (przełom IX i X w.) To najstarszy chrześcijański zabytek na ziemiach polskich.K. Jaworski/Materiały prywatne Okucie w kształcie krzyża z wielkomorawskiego grodu koło Wałbrzycha, (przełom IX i X w.) To najstarszy chrześcijański zabytek na ziemiach polskich.

Z powodu niedostatku źródeł rekonstrukcja naszych początków jest zadaniem karkołomnym, mimo to kolejne pokolenia historyków próbują wydedukować, skąd się wziął i jak sprawował władzę nasz pierwszy odnotowany w źródłach władca. Właśnie pojawiła się kolejna książka o Mieszku, tym razem archeologa prof. Przemysława Urbańczyka, słynącego z kontrowersyjnych, balansujących na granicy prowokacji tez. I znowu nie zawodzi – czytelników „Mieszka Pierwszego Tajemniczego” czeka ciekawa lektura i spora porcja sensacji.

Badaczy dręczy pytanie, skąd w Wielkopolsce pojawił się geniusz, który w krótkim czasie podporządkował sobie jej mieszkańców, wybudował sieć grodów, a w końcu, przyjmując chrzest, wszedł do elitarnego kręgu władców europejskich. Wiadomo, że Gall Anonim, pisząc swoją kronikę na początku XII w., uwzględniał już dworską propagandę. Aby uzasadnić, że Piastowie są naturalnymi panami tej ziemi, podkreślał lokalność i swojskość protoplasty rodu. Ponieważ jednak Wielkopolska była głęboką europejską prowincją, badacze zaczęli przypuszczać, że Mieszko korzystał z jakichś wzorców z zewnątrz. – W Wielkopolsce nic się nie działo aż do lat 20. X w., kiedy zaczęły tam w błyskawicznym tempie powstawać grody – Poznań, Giecz, Grzybowo, Ostrów Lednicki – tłumaczy prof. Urbańczyk. – Trzeba przyznać, że Mieszko z dala od agresywnych sąsiadów mógł spokojnie budować i umacniać centrum swej dziedziny, do czego z pewnością stosował przemoc. Poszerzanie terytorium dawało mu też dostęp do ludzi, bo handel niewolnikami finansował budowę jego wielkiego projektu. Był to zresztą normalny proceder, którym trudnił się m.in. arcybiskup Magdeburga, a Praga jeszcze w XI w. słynęła z targu niewolników. Tylko czy finansowe zaplecze, determinacja i energia wystarczają, by skonstruować państwo, którego budowę trzeba zaplanować, nadzorować, a potem jeszcze wpaść na pomysł, by się ochrzcić? – To wymagało odpowiedniego know-how – przekonuje archeolog.

Badacze snuli już różne teorie na temat pochodzenia Piastów. A to, że matka Mieszka była księżniczką bałtyjskich Prusów, na co wskazywać by miało jego dziwne imię; że ziemie polskie najechały wycofujące się pod naporem Sasów oddziały słowiańskich Obodrytów; że impuls do rozwoju wyszedł z Mazowsza, bo stamtąd wyraźny jest napływ srebra. Forsowano też bardziej nobilitującą Piastów teorię o ich skandynawskich korzeniach. Pomysł wziął się stąd, że do powstania Rusi, Normandii czy Anglii przyczynili się władcy z importu, a w watykańskim dokumencie z końca X w. Mieszka nazwano germańskim imieniem Dagome. Zdawało się, że koncepcja ta ma też potwierdzenie w przykładach znajdowanej u nas broni oraz grobów komorowych w typie skandynawskim. Jej słabością jest jednak fakt, że wszystkie te zabytki pochodzą najwcześniej z czasów panowania Bolesława Chrobrego, czyli to dopiero syn Mieszka sprowadził obcych wojów albo, co bardziej prawdopodobne, wyposażał swoich drużynników w najlepszy sprzęt, produkowany wówczas na północy. Według prof. Urbańczyka, Piastowie przybyli z Wielkich Moraw, które w IX w. kwitły w łuku Karpat. Aby zrozumieć, jak bardzo nobilitujące znaczenie ma ten południowy trop, warto przypomnieć, czym był funkcjonujący 70 lat pierwszy słowiański organizm państwowy.

Słowianie pod wpływem

Wielkie Morawy wyrosły na gruzach państwa koczowniczych Awarów, których w 805 r. rozgromiły wojska Karola Wielkiego. Upadek Awarów doprowadził do wzrostu znaczenia podległej im wcześniej ludności słowiańskiej i jej elit. Genialnym posunięciem Mojmira – protoplasty morawskiej dynastii Mojmirowiców – było przyjęcie chrztu w 831 r. z rąk biskupa z Pasawy, co ustrzegło go przed przymusową chrystianizacją i wzmocniło jego władzę. Z racji położenia geograficznego oraz stałych kontaktów ze Wschodem i Zachodem przy tworzeniu własnej państwowości i kultury Wielkomorawianie czerpali z różnych wzorców. – Najlepiej widać to w uzbrojeniu spadkiem po koczownikach były strzemiona, które zrewolucjonizowały europejską sztukę wojenną, o wpływach z Zachodu świadczą frankijskie miecze, włócznie oraz ostrogi, a ślady bizantyjskiego kunsztu widać chociażby w biżuterii – wylicza prof. Krzysztof Jaworski, archeolog z Uniwersytetu Wrocławskiego. – Paradoksalnie, badacze uzbrojenia frankijskiego najlepsze materiały badawcze znajdują w grobach na Morawach, bo w Cesarstwie od VIII w. zakazane było umieszczanie w nich wyposażenia.

Nic zatem dziwnego, że gdy kolejny Mojmirowic, Rościsław, chcąc uniezależnić się od Cesarstwa, postanowił utworzyć własne arcybiskupstwo, zwrócił się zarówno do Rzymu, jak i do Konstantynopola z prośbą o przysłanie misjonarza. Papież zwlekał, więc w 863 r. misję chrystianizacyjną rozpoczęli Cyryl i Metody, których wielką zaletą była znajomość języka słowiańskiego i stworzenie słowiańskiego alfabetu (symboliczna data to 5 lipca, więc w tym roku obchodzone jest 1150-lecie). Ponieważ na Morawach wygrała w końcu opcja zachodnia, epizod ze słowiańską wersją chrześcijaństwa zakończył się w 887 r. wygnaniem uczniów Cyryla i Metodego, którzy zajęli się chrystianizacją Bułgarii i Chorwacji.

Państwo Wielkomorawskie zajmowało dzisiejszą Słowację i Czechy, ale sięgało też Austrii, Rumunii i Węgier. Wprawdzie Węgrzy niechętnie dziś podkreślają (i badają) słowiańską przeszłość swoich ziem, ale Czesi i Słowacy czują się spadkobiercami Wielkomorawian do tego stopnia, że trwa dyskusja, czy początków tego państwa należy szukać po zachodniej czy wschodniej stronie rzeki Morawy. Podczas gdy Czesi wskazują na Velehrad, w pobliżu którego odkryto fundamenty kamiennego kościoła z ok. 830 r., i Uherské Hradište z cmentarzem, na którym mógł być pochowany św. Metody, Słowacy upierają się przy Nitrze, gdzie również są dowody wczesnych praktyk chrześcijańskich.

Forpoczta w Gilowie

Wielkomorawianie rozszerzali swoje wpływy w Europie Środkowej, szczególnie za panowania najwybitniejszego z czterech Mojmirowiców Świętopełka I. W rezultacie, pod koniec IX w., ich wpływy sięgnęły południowych granic dzisiejszej Polski. Wielkomorawskie zabytki – elementy frankijskiego uzbrojenia, topory, zwane z czeska bradaticami, czy wreszcie ozdobne zawieszki (tzw. gombiki) – znajdowane na terenie Śląska i Małopolski, świadczą jednak raczej o wizytach Wielkomorawian niż o ich stałej obecności. Wyjątkiem jest imponujący (mający ponad 5 ha) dwuczłonowy gród w Gilowie, koło Niemczy, który mógł być rodzajem wielkomorawskiej forpoczty na Dolnym Śląsku. – Do budowy wałów wykorzystano tu charakterystyczną technikę oblicowywania ich zewnętrznych ścian kamieniami, a kształt założenia wzorowano na morawskim grodzie w Křenovie-Mařinie. Choć Gilów funkcjonował bardzo krótko, znaleźliśmy tam największy w Polsce zespół zabytków pochodzenia wielkomorawskiego – elementy uzbrojenia, metalowych narzędzi czy też charakterystycznej ceramiki – mówi prof. Jaworski. Dolnośląskie odkrycia tego badacza zmieniają pokutujące dotąd w polskiej historiografii przekonanie, że to Małopolska miała bliższe kontakty z Wielkimi Morawami niż Śląsk. Powoływano się przy tym na żywot św. Metodego, w którym mowa o chrystianizacji pogańskiego księcia „siedzącego na Wiślech”. W warstwach spalenizny w małopolskich grodach dopatrywano się zniszczeń powstałych w wyniku najazdu wielkomorawskiego, ale gdy okazało się, że są one różnie datowane, naukę zdominował pogląd, że Małopolska nigdy nie była częścią Wielkich Moraw.

W początku X w. państwu Mojmirowiców położyły kres najazdy Madziarów. Gdy zniszczono struktury państwa, większość elit uciekła, ale w niektórych grodach nadal rozwijała się słowiańska kultura, a z kronik węgierskich wiadomo, że małżeństwo z wielkomorawską księżniczką było w dobrym tonie. Tymczasem na zachodniej rubieży Wielkich Moraw już od lat 70. IX w. rośli w siłę Przemyślidzi. – Świętopełk I był swego rodzaju ojcem chrzestnym Czech, ale nigdy ich nie inkorporował. Prawda jest jednak taka, że gdybyśmy nie mieli źródeł pisanych, to traktowalibyśmy Czechy i Morawy jako jeden organizm, na co wskazywałaby niemal identyczna kultura materialna, poza jednym wyjątkiem – pieniądzem, którego nie bito na Morawach, ale w X w. w Czechach już tak – mówi prof. Jaworski. Wielkie Morawy, mimo posiadania doskonałej armii, sieci grodów, wyrafinowanej kultury materialnej i mimo przyjęcia chrztu, nie przetrwały pod naporem ekspansywnych sąsiadów, ale dały przykład innym państwom słowiańskim, w tym – jak twierdzi prof. Urbańczyk – również nam.

Przybysze z południa

Pomysł łączenia Piastów z Wielkimi Morawami pojawiał się już wcześniej, przy czym zawsze argumentem była onomastyka (czyli nazwy własne). I tak w żonie Lestka, ojca Mieszka, widziano córkę Świętopełka I; nazwę Sandomierz łączono z morawskim imieniem Sudomir, Poznań zaś z pochodzącym z ziemi nitrzańskiej rodem Poznanów. Prof. Urbańczyka najbardziej przekonuje fakt, że Mieszko nazwał drugiego syna Świętopełkiem. – W tamtych czasach nadawanie imienia było rodzajem deklaracji politycznej, bo imiona dynastyczne były ściśle reglamentowane. Po ślubie z Dobrawą, córką Bolesława, księcia Czech, pierworodnemu nadano po dziadku ze strony matki imię Bolesław, co stanowiło pewnie część kontraktu ślubnego. Nazwanie drugiego syna Świętopełkiem mogło nawiązywać do wielkomorawskich korzeni Piastów.

Archeolodzy też sugerowali, że w Wielkopolsce mogli się pojawić jacyś Wielkomorawianie, którzy przywieźli ze sobą know-how, ale prof. Urbańczyk idzie dalej, twierdząc, że nie tylko współpracownicy Piastów pochodzili z południa, ale i sami protoplaści dynastii. Według niego, niedobitki wielkomorawskiej arystokracji – a może członkowie samej dynastii Mojmirowiców – podążyły na północ w poszukiwaniu miejsca do budowy nowej domeny politycznej. Znaleźli je w Wielkopolsce, którą mogli już znać z wypraw po niewolników, i wiedzieli, że to kraina spokojna, z dogodną komunikacją wodną, lasami zapewniającymi drewno do budowy grodów i ziemiami nadającymi się pod uprawę.

Podobieństwa między państwami Piastów i Wielkomorawian są wyraźne – organizacja i budowa grodów (z tym że na południu drewniano-ziemne wały grodów miały kamienne oblicówki, u nas do budowy wałów używano rosochatych belek, które działały jak kotwice zapobiegające rozjeżdżaniu się konstrukcji), brak monet, handel niewolnikami jako podstawa ekonomiczna państwa. Przede wszystkim zaś idea umocnienia swej pozycji w Europie poprzez przyjęcie chrześcijaństwa i uniezależnienia się od Cesarstwa dzięki bezpośredniemu zwróceniu się do Rzymu z prośbą o pomoc w stworzeniu biskupstwa. – Mieszko w „Dagome iudex” oddaje swoje państwo papieżowi, kopiując wręcz gest Świętopełka I, który zrobił to samo pod koniec IX w. – mówi archeolog. Mieszkańcy Wielkopolski zaakceptowali przybyszów, bo ci mieli środki perswazji – przemoc, korzystne mariaże, przekupstwo oraz cywilizacyjne obycie. Wcześniej były już przypadki akceptacji przez różne odłamy Słowian obcego przywództwa (np. w VII w. kupiec frankijski Samon zorganizował na terenie Czech efemeryczne państewko). – Ponieważ władcom z importu nie było łatwo, Piastowie stworzyli sobie „swojski rodowód” wywiedziony od kmiecia Piasta, podobnie zresztą jak Czesi, mający swego Przemysława Oracza – przypomina prof. Urbańczyk.

Mieszko się nie przykładał

Koncepcja południowego pochodzenia Mieszka jest kusząca, bo nawiązuje do chwalebnej przeszłości Słowian, niestety, nie ma potwierdzenia ani w źródłach tekstowych, ani archeologicznych. Wszystko wskazuje też na to, że Mieszko, mimo przyjęcia chrztu w 966 r. i sprowadzenia z Zachodu biskupa Jordanesa, nie przykładał się do nawracania swoich poddanych. Brakuje zarówno kamiennych kościołów (wyjątkiem są ruiny kościółka przy palatium na poznańskim Ostrowie, który mógł być zbudowany jeszcze w latach 40. lub 50. X w., na co wskazuje dendrochronologia zachowanej belki progowej), jak i świadczących o chrystianizacji pochówków szkieletowych, znanych dopiero w XI w.

Po lekturze „Mieszka Pierwszego Tajemniczego” przychodzi do głowy mnóstwo pytań. Przede wszystkim, dlaczego Mieszko nie podkreślał swego wspaniałego wielkomorawskiego pochodzenia, co zostałoby odnotowane w tekstach i kronikach? Prof. Urbańczyk twierdzi, że być może chwalił się swymi korzeniami, lecz kroniki przedstawiają tylko propagandowo-historyczną wersję pochodzenia Piastów, natomiast teksty sąsiadów wspominają o tym, co było dla nich ważne: że Mieszko wygrał bitwę, był w Magdeburgu, podarował małemu cesarzowi wielbłąda. – Może w Pradze wiedziano o wielkomorawskim pochodzeniu wielkopolskiego księcia, dlatego Bolesław tak szybko oddał mu rękę córki? Jeszcze bardziej podejrzane jest, że w Wielkopolsce nie ma żadnych wielkomorawskich zabytków, a trudno sobie wyobrazić, by uciekający przedstawiciele elity nie wzięli ze sobą najcenniejszych rzeczy. Poza tym Mieszko jako Wielkomorawianin byłby wyznawcą Chrystusa – tak jak jego przodkowie – już od kilkudziesięciu lat, więc elementy chrześcijańskie powinny być obecne w materiale archeologicznym. Prof. Urbańczyk tłumaczy to tym, że gdyby na Wielkich Morawach przyjęcie nowej wiary było takie proste, to Rościsław nie prosiłby w Rzymie i Konstantynopolu o nauczyciela. Misja Cyryla i Metodego dlatego była tak udana wśród Słowian, bo opierała się na nauczaniu w rodzimym języku, natomiast w Kościele zachodnim duchowni nauczali po łacinie, co znacznie utrudniało proces wdrażania chrześcijaństwa. – Nawet jeśli Mieszko miał już chrześcijańskie tradycje, to oddalenie od Kościoła zrobiło z niego półpoganina, jeśli zaś chodzi o chrystianizację, to niewiele mógł zrobić, nie mając ani misjonarzy, ani kleru.

Piramida przypuszczeń

Oprócz kwestii pochodzenia Piastów i chrystianizacji w najnowszej książce o Mieszku są też rozważania nad innymi zagadkami związanymi z tą historyczną postacią – jego tajemniczym imieniem, zasięgiem jego ziem oraz miejscem pochówku. Wszystkie te zagadnienia wzbudzają emocje i są przedmiotem sporu naukowców – nic dziwnego, że książka prof. Urbańczyka od razu spotkała się z gwałtownymi reakcjami historyków. Podczas gdy koledzy po fachu, mimo rozlicznych uwag merytorycznych, podziwiają odwagę i gotowość do sporządzania kontrowersyjnych syntez, historycy zarzucają mu naciąganie argumentów archeologicznych i zbytnią nonszalancję w traktowaniu tekstów źródłowych. Ich zdaniem całość nie trzyma się kupy i jest raczej przykładem, jak nie powinno się uprawiać nauki.

Prof. Urbańczyk przyznaje, że przekładanie pozostałości materialnych na byty polityczne to zadanie niezwykle trudne i często prowadzące na manowce, ale mimo wszystko próbuje zebrać i zinterpretować te dane, którymi dziś dysponuje nauka. – Pomysł szukania korzeni Mieszka na Wielkich Morawach to piramida przypuszczeń, ale jest lepszy niż widzenie w nim Skandynawa czy Prusa. Jestem pewien, że niedługo to archeologia, a nie historia, dostarczy nowych danych na temat początków polskiej państwowości, więc być może trzeba będzie napisać nową książkę na ten temat. Ten, kto bierze się za bary z mitami, musi się liczyć z krytyką, wytykaniem błędów i nieścisłości, ale gdyby nie tacy wichrzyciele jak prof. Urbańczyk, nauka skupiłaby się na szczególe i zastygła w samozadowoleniu. Prof. Henryk Samsonowicz podsumował dyskusję wokół „Mieszka Pierwszego Tajemniczego”, powołując się na Abelarda, który podkreślał, że kluczem do wszelkiej mądrości jest nieustanne pytanie. Prof. Urbańczyk czyni z tej XII-wiecznej mądrości użytek, pozostawiając nas z wieloma pytaniami.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną