Historia

Czas kobiet

Pierwsze posłanki II RP

Justyna Budzińska-Tylicka (w białej koszuli i krawacie) podczas wiecu Centrolewu w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie, wrzesień 1930 r. Justyna Budzińska-Tylicka (w białej koszuli i krawacie) podczas wiecu Centrolewu w Dolinie Szwajcarskiej w Warszawie, wrzesień 1930 r. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Pierwszych osiem posłanek, które 95 lat temu przekroczyły próg Sejmu, musiało zmierzyć się z wiekową patriarchalną spuścizną. Podobnie jak 40 kolejnych, które w czasach II RP zostały wybrane do Sejmu i Senatu.
Irena Kosmowska, druga posłanka z PSL Wyzwolenie.Narodowe Archiwum Cyfrowe Irena Kosmowska, druga posłanka z PSL Wyzwolenie.
Waleria Frąckowiak, podporucznik Armii Wielkopolskiej, 1919 r. I wojna wyzwoliła kobiety.Archiwum Waleria Frąckowiak, podporucznik Armii Wielkopolskiej, 1919 r. I wojna wyzwoliła kobiety.

Początek marca 1919 r. W Sejmie Ustawodawczym po raz pierwszy głos zabiera kobieta, 33-letnia Zofia Moczydłowska. Domaga się wprowadzenia kar administracyjnych za nielegalną produkcję alkoholu, ponieważ dotychczasowa procedura sądowa okazała się nieskuteczna. Wcześniej już kilkakrotnie składała interpelacje w sprawie powtarzających się zamieszek głodowych w Radomsku, braku dostaw żywności i bezczynności policji. A posłanką jest niecały miesiąc.

Pierwsze wybory parlamentarne (pięcioprzymiotnikowe) w odrodzonej Polsce odbyły się 26 stycznia 1919 r. 10 lutego posłowie przekroczyli progi budynku dawnej rosyjskiej szkoły – Instytutu Aleksandryjsko-Maryjskiego dla Panien – przy ul. Wiejskiej w Warszawie. Tu, w stołówce, odbyło się pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu.

Pierwsza ósemka

Wśród parlamentarzystów, po raz pierwszy w historii Polski, jest osiem kobiet. Mają od 33 do 52 lat i reprezentują niemal wszystkie partie polityczne – od socjalistów po narodową demokrację. Najmłodsza z nich Zofia Moczydłowska jest nauczycielką, feministyczną aktywistką, a jednocześnie działaczką chrześcijańskiego Narodowego Zjednoczenia Ludowego. Miejsce na liście wyborczej z Częstochowy zawdzięcza księdzu Wacławowi Blizińskiemu, jednemu z założycieli NZL. Rok później Moczydłowska stanie się słynna dzięki projektowi ustawy wprowadzającej w Polsce pełną prohibicję; do jej uchwalenia zabraknie jednego głosu.

Jej starsze o kilka lat koleżanki Anna Piasecka i Franciszka Wilczkowiakowa pochodzą z ziemiańskich rodzin z Wielko­polski i reprezentują chrześcijańsko-demokratyczną Narodową Partię Robotniczą. 41-letnia Zofia Sokolnicka i 48-letnia Gabriela Balicka-Iwanowska to przedstawicielki endecji, a 40-letnia Irena Kosmowska i 45-letnia Jadwiga Dziubińska – lewicowego PSL Wyzwolenie. Kosmowska ma już za sobą niezwykłe jak na tamte czasy polityczne doświadczenie: była wiceministrem w lubelskim rządzie Ignacego Daszyńskiego, który jako pierwszy zadeklarował wprowadzenie pełni praw obywatelskich dla kobiet. Razem z Tomaszem Arciszewskim odpowiadała za resort pracy i spraw społecznych, jeszcze zanim Polki uzyskały prawa wyborcze 28 listopada 1918 r.

Socjalistów reprezentuje 46-letnia Zofia Moraczewska, żona byłego premiera Jędrzeja Moraczewskiego, oraz najstarsza z posłanek, 52-letnia Justyna Budzińska-Tylicka. Ta międzynarodowa działaczka feministyczna, propagatorka świadomego macierzyństwa, już pierwszego dnia po przybyciu Józefa Piłsudskiego do Warszawy z więzienia w Magdeburgu zażądała od niego – w imieniu Centralnego Komitetu Równouprawnienia Kobiet – wydania dekretu o przyznaniu Polkom tych samych praw politycznych, jakie mają mężczyźni. O tym, że akcja była koordynowana w skali całego kraju, świadczy fakt, że w tym samym dniu ukazał się w krakowskim feministycznym czasopiśmie „Na posterunku” artykuł na ten temat: „Mówi się o tym, że do Sejmu Ustawodawczego wybierać będą i kobiety, że nawet będą mogły być wybrane na posłów. Ale wielu jeszcze mamy przeciwników. Powiadają, że powinno być jak dawniej: niechże już wybierają robotnicy, chłopi, nawet analfabeci, ale zbrodniarzom, wariatom i kobietom głosu dać nie można. Drogie czytelniczki, w ładnym jesteśmy towarzystwie!”.

18 dni później Piłsudski dekret podpisał. Zanim to nastąpiło, postulaty równouprawnienia kobiet pojawiły się również na łamach prasy katolickiej. Konserwatywny poznański „Przegląd Katolicki” w numerze z 17 listopada 1918 r. pisał: „Wojna obecna zrównała kobietę i mężczyznę, składając na ich barki równy ciężar obowiązków i licznych trudów. We wszystkich dziedzinach życia i zawodach stanęły do pracy kobiety, zastępując mężczyzn, przebywających na polu walki. Ich pracy zawdzięczamy, żeśmy szczęśliwie przetrwali zawieruchę wojenną. Stąd też organizacje kobiece podniosły żądanie, aby wobec równych obowiązków, równe zyskały dziś prawa obywatelskie i polityczne”.

O ówczesnym ruchu feministycznym publicysta „Przeglądu Katolickiego” pisał: „Cokolwiek ludzie o tej sprawie równouprawnienia sądzić mogą lub sądzą, to jednakże nie ulega wątpliwości, że oddanie kobietom pełni praw obywatelskich odpowiada duchowi naszej katolickiej religii (...). Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością”.

Ukazanie się w konserwatywnym tygodniku tekstu „O równouprawnienie kobiet” musiało być dla wielu czytelników szokiem, bo rok wcześniej projekt konstytucji (przygotowywany przez Tymczasową Radę Stanu utworzonego przez Niemcy i Austro-Węgry Królestwa Polskiego) w ogóle nie brał pod uwagę przyznania kobietom praw wyborczych. „Przegląd Katolicki” sprzeciwiał się i takim pomysłom „bolszewickiego” rządu Daszyńskiego, jak wprowadzenie świeckich szkół czy cywilnych małżeństw. Mimo to w kwestii praw politycznych dla kobiet Kościół, lewica i ówczesne feministki mówiły jednym głosem. Jak to było możliwe?

Spalić Kodeks Napoleona

Przez ponad 100 lat status kobiet na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim regulował Kodeks Napoleona, wprowadzony jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego. Pochodzący z Korsyki Bonaparte był zwolennikiem nieograniczonego patriarchatu, w kodeksie znalazły się więc zapisy o charakterze niemal orientalnym. Szczególnie te, które dotyczyły prawa małżeńskiego: zamężne kobiety nie mogły posiadać osobnych dokumentów tożsamości, nie wolno im opuszczać wyznaczonego przez mężów miejsca zamieszkania, nie miały też prawa do wypracowanego przez siebie dochodu. Nie mogły same zeznawać w sądach, ich prawa rodzicielskie mogły być ograniczone przez instytucję rady familijnej, a rozwód był możliwy wyłącznie w sytuacji, gdy „mąż trzymał nałożnicę w domu”.

Obowiązujące w pozostałych zaborach kodeksy cywilne były nieco bardziej liberalne: w pruskim kobiety miały pełną zdolność do czynności prawnych i jako mężatki mogły swobodniej dysponować swoim majątkiem. W Galicji już w 1866 r. kobiety o odpowiednim cenzusie majątkowym uzyskały prawo głosu w wyborach samorządowych. Jednak w dawnej Kongresówce Kodeks Napoleona był traktowany jak prawo narodowe, a jego obronę uważano za ważny element walki z rusyfikacją. Jak pisał prawnik Stanisław Posner: „był on symbolem naszego sojuszu duchowego z myślą europejską”. Nie przeszkadzało to jednak obrońcom kodeksu w przyjmowaniu kolejnych dyskryminujących kobiety zmian, takich jak przekazanie spraw małżeńskich spod jurysdykcji sądów cywilnych do sądów kościelnych. Nic dziwnego, że wiele wykształconych i aktywnych w tym czasie Polek, będących obywatelkami cesarstwa rosyjskiego, rezygnowało z zawierania małżeństwa, obawiając się, że narzuci im ono status niemalże niewolniczy.

Mimo złagodzenia w 1902 r. przepisów prawa małżeńskiego Kodeks Napoleona stał się symbolicznym wrogiem rodzącego się pod wszystkimi trzema zaborami ruchu feministycznego i został publicznie spalony na zjeździe Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich w 1908 r. W tym czasie Polki prowadziły już otwartą walkę o uzyskanie pełnych praw wyborczych, której nowy impuls dała decyzja parlamentu Finlandii z 1906 r. o przyznaniu ich kobietom w tym kraju. Finlandia była wówczas, podobnie jak ziemie polskie, prowincją cesarstwa rosyjskiego, jednak podejście tamtejszych elit do praw kobiet było całkowicie odmienne. Podczas gdy w zaborze rosyjskim zaciekła obrona Kodeksu Napoleona sprawiła, że system prawny bardziej przypominał ten z krajów arabskich niż Europy, Finlandia znalazła się w światowej awangardzie, wprowadzając – jako pierwsza – nie tylko czynne, ale także bierne prawo wyborcze dla kobiet.

Skutki tego widoczne były nie tylko w zaborze rosyjskim. W 1908 r. Lwowski Związek Równouprawnienia Kobiet wysunął kandydaturę Marii Dulębianki, zdeklarowanej feministki i – jak twierdzą niektórzy badacze – partnerki życiowej Marii Konopnickiej, na posła do Sejmu Krajowego Austro-Węgier. Mimo uzyskania przez nią sporego poparcia (w ogromnej większości mężczyzn) głosy oddane na Dulębiankę zostały unieważnione, a całą sprawę władze potraktowały jak polityczną prowokację. Nie wiadomo, jak długo trwałaby walka Polek o równouprawnienie, gdyby nie wybuch I wojny światowej, która wywróciła patriarchalny porządek w Europie i systemy prawne państw zaborczych.

Niepodległościowy gender

Wielka wojna wyzwoliła kobiety. Nie tylko dlatego, że wiązała się z niespotykaną w historii rzezią mężczyzn, co oznaczało konieczność przejęcia przez kobiety wielu tradycyjnie męskich ról i obowiązków, ale również z tego powodu, że świetnie zorganizowany ruch feministyczny okazał się bardzo przydatny w jej prowadzeniu. Szczególnie było to widoczne na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. Jeszcze przed wybuchem wojny, wiosną 1913 r., w domu Franciszki Ciszkiewiczowej w Warszawie miało miejsce konspiracyjne spotkanie Ligi Kobiet przekształconej później w Ligę Kobiet Pogotowia Wojennego – organizację, której zasługi dla odzyskania niepodległości Polski były nie mniejsze niż Legionów Polskich Piłsudskiego (z którymi zresztą Liga ściśle współpracowała). Podwójna konspiracja, jaką musiały stosować kobiety w Kongresówce – zarówno przed zaborcami, jak i mężczyznami – przyniosła w czasie wojny doskonałe efekty. Jak pisała obecna na zebraniu Ligi Maria Dąbrowska: „mimo swej kobiecości Liga Kobiet nie była gadatliwa i nieostrożna i była to zapewne jedyna organizacja tajna, która się jako taka za czasów Moskali nie wysypała”.

Efekty pracy Ligi w czasie wojny światowej i rewolucji w Rosji obserwował Melchior Wańkowicz. Jego uwagę zwróciła bezradność mężczyzn i kontrastująca z nią doskonała organizacja wśród kobiet. „Padły wraz z rewolucją wszystkie męskie bogi: hierarchia wojskowa, urzędnicza i handlowa, przemysłowa i wszelka. Znikł bożek dochodu i bóg kapitału. Zawalił się Olimp męski. Zabawny był mężczyzna w czasie rewolucji, usiłujący za wszelką cenę sklecić pozory autorytetu. Niech nas nie łudzą nikłe – w stosunku do 700.000 Polaków wojskowych – poczynania trzech polskich pseudokorpusów. Rozpadłyby się, jak trzeci korpus, nie sformowawszy się, zarówno pierwszy – gen. Dowbora, gdyby nie narzucony mu mus walki, jak i drugi” – pisał Wańkowicz, który sam był żołnierzem u gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego i brał udział w obronie Mińska przed bolszewikami.

Jak wyglądała ta obrona i jaką rolę odegrały w niej organizacje kobiece, opisywał później w przedmowie do książki Ignacego Ziemiańskiego „Praca kobiet w POW”: „Ledwo zaczął koncentrować się korpus Dowbora w rejonie Bobrujska, kiedy Krylenko zorientował się w charakterze tych przegrupowań i zamknął wszystkie drogi. Eszelony, dążące na południe, były stopniowo rozbijane przez bolszewików i masy uciekinierów, czasem rannych, nieraz odmrożonych, często obrabowanych z ubrania, a zawsze zgłodniałych, spływały do Mińska. Oficerowie łącznikowi i delegaci Naczelnego Komitetu Wojskowego, komisarze frontów i naczelnicy biur polskich, Rada Ziemi Mińskiej i Wydział Mobilizacyjny, Związek Polaków Wojskowych i Centralny Komitet Obywatelski, cała męska hierarchia – bylibyśmy bezsilni, gdyby nie sieć pomocy kobiecej. Po upływie tygodnia złożono nam meldunek, który nas zdumiał: 1600 żołnierza było karmione, ubrane i podzielone na dziesiątki, których adresy przedłożono nam we wzorowej ewidencji. Nad tymi dziesiątkami zapobiegliwe gospodynie ustanowiły dziesiętników. Stanowczo w te dni Mińsk znajdował się pod władzą matriarchatu. Aż Niemcy zaczęli się zbliżać i kilkunastotysięczny garnizon bolszewicki poczuł się mniej pewnie”.

Opisując wydarzenia w Mińsku po odejściu bolszewików, Wańkowicz jawnie kpił: „Zajęliśmy Mińsk, rozkwieciły się ulice amarantami. Jeszcze w pierwszym dniu »baby« same stały z karabinami pod wrotami swoich składów, ale drugiego dnia usunięto je i stamtąd. Zaczęły się wiwaty, nagrody. Posypały się odznaczenia za obronę Mińska rozdawane hojnie każdej parze portek, która zdążyła defilować amarantowemi szaserami, już kiedy weszli Niemcy, już kiedy było bezpiecznie, już kiedy było po wszystkim. Kierowniczki pogotowia wojennego, które zebrały w ewidencję cały materiał ludzki, co pozwoliło opanować dla korpusu Dowbora ogromne zapasy rosyjskiego północno-zachodniego frontu, nie otrzymały ani odznaki ustanowionej dla obrońców Mińska, ani wstążeczki amarantowej Korpusu. Za to pierwszym pociągiem z Mińska znalazły się w Bobrujsku, by kontynuować pracę”.

Satysfakcję mogły mieć najwyżej wybrane do Sejmu Ustawodawczego posłanki, gdy na posiedzeniu 26 lutego 1919 r. gen. Dowbór-Muśnicki złożył na ręce marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego zdobyte właśnie wówczas pieniądze oraz złoto i srebro: było to niemal 2 mln marek niemieckich i ponad 1,5 mln rubli. Za pomoc w zdobyciu i ukryciu tego majątku, który był poważnym finansowym zastrzykiem dla młodego państwa, ani generał, ani Sejm kobietom jednak nie podziękowali.

Wojenne długi

O bezwzględnej eksploatacji Polek, które zgłosiły się do pracy na froncie, pisało „Na Posterunku” 10 listopada 1918 r.: „Dostają mniejszą płacę, niż było przyrzeczone, używa się do zajęć nieodpowiednich, odmawia się im płatnych urlopów, tak, że nie mogą wyjść z długów. Zarząd wojskowy oszczędza kosztem pracy i trudu kobiecego”. Jednocześnie Liga Kobiet Galicji i Śląska jako jedna z pierwszych zaapelowała do Józefa Piłsudskiego, by wysłał wojsko z odsieczą do Lwowa, gdzie trwały walki między Polakami a Ukraińcami. Miesiąc później organizacje kobiece ogłosiły, że organizują transport opłatków i kolacji wigilijnych dla obrońców Lwowa.

Melchior Wańkowicz apelował o spłacenie „wojennych długów” Polski wobec kobiet, porównując ich postawę z postawą mężczyzn, o której pisał z wyraźnym niesmakiem: „Kiedy powstała Polska Niepodległa, szły do niej długie szeregi obywateli z rachunkami: za straty, za zasługi, za to, że coś zrobili, za to, że nie psuli, za to, że mówili, za to, że milczeli, za to, że są i istnieją po prostu, za to, że walczyli i za to, że pomagali i za to, że widzieli, jak walczono, lub słyszeli. Przypomnijmy, gdzie wówczas, kiedy rejestrowano najdrobniejsze pretensje, były kobiety? W nurcie żądań, walących o młode Państwo, ich nie było. Obsiadły zwartemi masami, mrówki robocze, te nieliczne jeszcze stawidła, te tamy, które budowniczowie państwa poczęli wznosić. Już nie mówię o tych, co poszły drogą dalszych całopaleń: o Lwowie, o Śląsku, o Wilnie, o 1920 r., o wywiadzie. Wzięły sobie pewne placówki masą, bezwładem pozostałym z wojny, naporem na pracę, skromniejszymi wymaganiami. Wywołały syki głupiej męskiej zawiści, obawy przed konkurencją panów asesorów i referendarzy. Zepchnięto je poniżej ósmego stopnia służbowego, na którym są tolerowane. Dlaczego o całym szeregu urzędów wiemy, że są prowadzone przez tkwiącą na pomocniczym stanowisku kobietę, a mimo to dajemy jej raz po raz nieudolnych szefów?”.

Szczególne oburzenie publicysty wywoływał fakt, że o ile w czasach wojny od kobiet wymagano szczególnego poświęcenia i często stawiano im wymagania wyższe niż mężczyznom, o tyle czas stabilizacji i pokoju oznaczał powrót do patriarchalnych porządków i zepchnięcie na margines życia publicznego nawet tych, które wykazały się niespotykanym bohaterstwem i odwagą. Takich jak 250 opisanych w książce Ziemiańskiego działaczek Polskiej Organizacji Wojskowej na Kresach: spośród 21, które zostały odznaczone krzyżami Virtuti Militari, aż 16 otrzymało je pośmiertnie (wśród mężczyzn proporcje były odwrotne).

„Jeśli powiemy sobie, że najwyższą »karierą«, jaką zrobiła dawna wywiadowczyni, jest mąż na stanowisku odpowiedzialnem, który raczy dopuszczać żonę do udziału w blasku swej chwały, to powiedzmy sobie, że niewiele się zmieniło” – zżymał się Wańkowicz. Istotnie, dopiero w 1929 r. pierwsza kobieta została mianowana sędzią, a w 1938 r. uchylono obowiązującą w autonomicznym województwie śląskim tzw. ustawę celibatową, zgodnie z którą nauczycielki były automatycznie zwalniane z pracy w przypadku zawarcia związku małżeńskiego, ponieważ zgodnie z tradycyjną rolą kobiety miały zajmować się wyłącznie wychowywaniem własnych dzieci.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną