Historia

Galicja na trzeźwo

Tęsknota za CK Galicją

Juliusz Kossak „Cesarz na balu w ratuszu miasta Lwowa”, 1881 r. Juliusz Kossak „Cesarz na balu w ratuszu miasta Lwowa”, 1881 r. Paweł Czernicki / Muzeum Narodowe w Krakowie
Pogrzebana prawie sto lat temu Galicja ma się nieźle, a tu i ówdzie sentyment do niej odżywa. Jej mitem karmią się wciąż pisarze, biura turystyczne i restauratorzy. Jednych urzeka galicyjski spleen, innych kusi wizja tygla narodów i kultur. Naprawdę jest za czym tęsknić?
Karol Frycz „Plakat reklamujący podróże koleją po Galicji”, 1913 r.Muzeum Narodowe w Krakowie Karol Frycz „Plakat reklamujący podróże koleją po Galicji”, 1913 r.
Jurko Koch „Sen Europy”, 1994 r.Kolekcja Olgi Pogribnej-Koch/Materiały prywatne Jurko Koch „Sen Europy”, 1994 r.

Na potoczne wyobrażenie galicyjskości składa się w Polsce kilka elementów, po części zresztą ze sobą kontrastujących. Jednym z nich jest zainteresowanie fenomenem wielonarodowej przeszłości tego terytorium, w tym kulturą żydowską. Tęsknota za tym zaginionym światem – nazwać ją można galicyjskim spleenem – istnieje w polskiej, ukraińskiej i – w dużo mniejszym stopniu – austriackiej literaturze. Począwszy od opowiadań Brunona Schulza, przez utwory Józefa Wittlina, Juliana Stryjkowskiego, Andrzeja Kuśniewicza, po twórczość Andrzeja Stasiuka, Jurija Andruchowycza i Martina Pollacka.

Moda na galicyjskość przejawia się też w sentymencie do epoki, w której krakowskie czy lwowskie kawiarnie obsiadywała artystyczna cyganeria. Przekonać się o tym może każdy, kto odwiedzi jakże liczne knajpy na krakowskim Kazimierzu, których wystrój – pełen mebli i bibelotów wygrzebanych gdzieś na babcinych strychach – imituje wnętrza sprzed ponad stu lat.

Za ikonę galicyjskości uchodzić wciąż może „dobry cesarz” Franciszek Józef. I to właśnie jego wizerunek – w żartobliwie uwspółcześnionej wersji – wykorzystano w kampanii reklamowej polsko-austriackiej wystawy „Mit Galicji”, otwartej niedawno w Krakowie. Na rysunku Franz Joseph jest ubrany w strój niani z epoki fin de sičcle i pcha przed sobą dziecięcy wózek – niczym matka Austria ze swoimi pociechami-narodami.

Owa nostalgia za Galicją niekoniecznie jest bezinteresowna. Bo dawna uboga prowincja Austro-Węgier stała się marką, na której nadal można zarobić. Przykładów jest bez liku: od popularnej wody mineralnej z wizerunkiem wspomnianego monarchy, przez galicyjskie beziki czy herbatkę Dagny Przybyszewskiej znanej krakowskiej firmy, po maślankę ukraińskiego producenta nazwaną Hałyczyna (co po ukraińsku znaczy właśnie Galicja). W dawnych miastach cesarstwa austro-węgierskiego można znaleźć dziś niemało restauracji nawiązujących do austro-węgierskiej przeszłości – łącznie z „CK dezerterami” i dobrym wojakiem Szwejkiem, rzecz jasna.

Sentyment do mitycznej Galicji napędza też obroty branży turystycznej, by wymienić częste (przynajmniej do wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy) wyjazdy Polaków w Karpaty Wschodnie i do Lwowa albo wyprawy Niemców po krainie jidyszlandu.

Z idyllicznymi obrazami Galicji sąsiadują dziś całkiem inne, posępne wyobrażenia o tej krainie: bieda, cmentarze, powstanie (czyli krwawa rabacja galicyjska), rzezie, biurokracja. A zatem, czym była Galicja dla Polaków, a czym dla Ukraińców, Żydów i Austriaków? Rajem utraconym czy piekłem raczej? Jednym i drugim zarazem? I jak nasze współczesne wyobrażenia przystają do rzeczywistości?

Kraj obcy i odpychający

Istniejące blisko półtora wieku Królestwo Galicji i Lodomerii (1772–1918) – jak nazwali tę prowincję austriaccy urzędnicy – było mozaiką narodów i kultur. Pod berłem Habsburgów zamieszkiwali wspólnie Ukraińcy, Polacy, Żydzi, Austriacy, Niemcy, Ormianie, Łemkowie i przedstawiciele wielu innych nacji oraz grup etnicznych. I można śmiało powiedzieć, że w pamięci każdej z tych grup Galicja jest czymś innym.

Dla Austriaków, kiedy powołali ją do życia zaraz po pierwszym rozbiorze Rzeczpospolitej, Galicja była przez wiele dekad przede wszystkim kolonią, którą należało jak najszybciej zespolić z resztą imperium. Zmieniło się to dopiero w drugiej połowie XIX w., kiedy prowincja uzyskała autonomię, a jej administracja przeszła w dużej mierze w polskie ręce. Mimo to właściwie do końca Królestwo Galicji i Lodomerii (zwane złośliwie Golicją i Głodomerią) pozostawało najbardziej zacofaną i najbiedniejszą prowincją cesarstwa Habsburgów. Jeszcze w 1900 r. prawie co trzecie galicyjskie dziecko nie chodziło do szkoły, a w 1910 r. 59 proc. ludności stanowili analfabeci.

W ostatnim ćwierćwieczu XIX w. austriacki pisarz i podróżnik pochodzenia żydowskiego Karl Emil Franzos określił Galicję jako pół-Azję i, nie kryjąc odrazy, dodawał, że „kraj, w którym się jada na brudnych obrusach, nie może się zaliczyć do naszego kręgu cywilizacyjnego”. Podobne opinie można mnożyć. Prowincja ze stolicą we Lwowie była zwykle dla przybyszy z centrum imperium „obcym i odpychającym krajem” – twierdzi znany pisarz austriacki Martin Pollack, autor bestsellerowej, wydanej także w Polsce, książki „Po Galicji”. I uważa, że to wyobrażenie pokutuje w całej Europie Zachodniej aż po dzień dzisiejszy. – To ułatwia ludziom na Zachodzie wypieranie dzisiaj wojny na Ukrainie, odwracanie oczu do tego, co się tam dzieje – opowiadał Pollack, gdy gościł w Krakowie.

Pollack cytuje wspomnienia swojego ojczyma z pierwszej wojny światowej: „Galicja oznaczała rozległe, lesiste wzniesienia i biedne przysiółki, w których wszystko, nawet kościoły, zbudowane było z drewna. (…) Był to kraj obcych ludzi odzianych w zgrzebne, lniane koszule i zatłuszczone owcze kożuchy”. Dochodziły do tego miasteczka zamieszkane w większości przez biedotę żydowską, mówiącą w większości niezrozumiałym dla przybyszy z głębi Austrii językiem – jidysz.

Przez Galicję przebiegał wschodni front wielkiej wojny, której stulecie obchodziliśmy w 2014 r. W krwawych walkach Austro-Węgier z Rosją – m.in. o twierdzę Przemyśl – poległy setki tysięcy żołnierzy. Odtąd Austriakom Galicja kojarzyła się nie tylko z nędzą, ale przede wszystkim z wielkim cmentarzem. Pamięć o tej hekatombie utrwalili austriaccy pisarze: Georg Trakl i Joseph Roth.

Emil Brix, współautor wystawy „Mit Galicji” (i były konsul Austrii w Krakowie), przypomina, że Wiedeń pospiesznie zapomniał o swojej byłej ubogiej prowincji, kiedy tylko utracił ją w następstwie przegranej wojny. Według Brixa, jedynym właściwie łącznikiem z tą krainą pozostali przybywający do Wiednia Żydzi. Wielka migracja Żydów galicyjskich na przełomie XIX w., a potem w latach po pierwszej wojnie, podniosła w Austrii falę antysemityzmu, która przyczyniła się do powstania nazizmu.

Inaczej niż w Polsce i na Ukrainie, w austriackiej pamięci zbiorowej Galicja nigdy nie zajmowała poczesnego miejsca. Dopiero od upadku tzw. żelaznej kurtyny pojawiło się więcej książek Austriaków eksplorujących dawne wątki galicyjskie – prace historyków i beletrystyka, zwłaszcza utwory takich autorów, jak wspomniany Pollack czy Robert Menasse.

Ukraiński Piemont, Matka Izraela

W polskiej tradycji zwykło się mówić o Galicji końca XIX w. jako o polskim Piemoncie – bazie ruchu niepodległościowego, skąd w 1914 r. ruszyli legioniści Piłsudskiego, aby oswobodzić Kongresówkę z rąk rosyjskich. Zapominamy jednak często, że Galicja była wówczas Piemontem także dla Ukraińców. Podobnie jak o tym, że sama nazwa Galicja pochodzi od istniejącego w średniowieczu ruskiego księstwa halicko-wołyńskiego, choć pojęcie Galicjanie wprowadzili dopiero w XVIII w. austriaccy zaborcy.

Znany ukraiński historyk prof. Jarosław Hrycak podkreśla w jednym z esejów, że współcześni jego rodacy z Galicji wyróżniają się we wszelkich badaniach jako Ukraińcy o najwyższej świadomości narodowej i najbardziej proeuropejskim nastawieniu. To właśnie Ukraińcy z byłej Galicji i Wołynia byli głównym źródłem mobilizacji narodowej podczas pomarańczowej rewolucji i ostatniego euromajdanu.

Z perspektywy naszego wschodniego sąsiada galicyjska przeszłość jest więc nie tylko matecznikiem ukraińskości, ale czymś więcej – przepustką Ukraińców do Europy. Pisał o tym Jurij Andruchowycz, zauważając, że w epoce Habsburgów Lwów i Stanisławów były częścią tego samego imperium co Wenecja i Wiedeń: „Na początku stulecia nie potrzebowałbym wizy po to, aby spotkać się z Rainerem Marią Rilkem czy powiedzmy Gustawem Klimtem”.

Przekonanie, że galicyjska przeszłość jest pomostem do współczesnej Europy, jest żywe w dziełach artystów ukraińskich pochodzących z zachodniej części kraju. Jak na płótnie współczesnego ukraińskiego malarza Jurko Kocha „Sen Europy”, pokazywanym na wspomnianej wystawie. Widzimy tu śpiącą kobietę olbrzymkę – będącą zapewne alegorią Starego Kontynentu – która drzemie gdzieś pomiędzy łańcuchem Karpat a Lwowem. Dzieło, powstałe w latach 90. XX w., daje pole do różnych interpretacji. Bo co symbolizuje pogrążona we śnie Europa? Marzenie Ukraińców o wstąpieniu do wspólnoty europejskiej? A może – patrząc na to z dzisiejszej perspektywy – bierność Zachodu, który nie kwapi się z pomocą dla wschodniego sąsiada Unii?

A jak widzą Galicję Żydzi, którzy kiedyś tak licznie zamieszkiwali ziemie od Wisły po Dniestr? Można by powiedzieć, że nad żydowską pamięcią unosi się zasłona śmierci. Jak na pokazywanym na wystawie obrazie Jonasza Sterna „Rok 1941 i 1942 w Kałuszu”, gdzie religijny szal – tałes – powiewa niczym całun nad panoramą sztetla. Artysta przywołuje w ten sposób wymordowanych przez niemieckich nazistów mieszkańców galicyjskiego miasteczka.

Dla Żydów – obecnych na tych terenach już od wieków średnich – Galicja funkcjonowała jako Matka Izraela. Na tym obszarze współżyły ze sobą przez wieki grupy o rozmaitym charakterze: od silnej ortodoksji, przez mistycznych chasydów, po zasymilowanych Żydów. Ekspozycja „Mit w Galicji” prezentuje to żydowskie dziedzictwo w ogromnym skrócie.

Lukę tę wypełnia inne krakowskie, istniejące na Kazimierzu, muzeum – o nazwie Galicja właśnie – poświęcone w całości historii i kulturze żydowskiej na tych ziemiach.

Wiedźma Austrya nie żyje!

Na mity galicyjskie – fabrykowane tak przez Polaków, jak i Ukraińców czy Żydów – warto spojrzeć krytycznie. Najpierw słowo o „dobrym cesarzu” Franciszku Józefie.

W jednej z wystawionych gablot oglądamy ciekawy przedmiot – skrawek portretu „Najjaśniejszego Pana” podartego w strzępy przez krakowskich studentów w 1918 r. Inny artefakt z krakowskiej ekspozycji to żałobna klepsydra po polsku, która zawisła w galicyjskich kościołach – o takiej treści: „Zła macocha Austrya-Wiedźma operowana w zakładzie Wilhelma, zmarła po ciężkich kurczach na uwiąd starczy, przeklęta przez wszystkich, którzy mieli przekleństwo się z nią zetknąć” – podpisane „Polacy, Czechosłowacy, Jugosłowianie”.

Z tych drobnych przykładów możemy wnosić, że mieszkańcy Galicji nie wylewali potoków łez, kiedy CK monarchia zakończyła swój żywot. Ze smutkiem przyjęła ten fakt z pewnością polska arystokracja, która w epoce Franciszka Józefa zrobiła błyskotliwe kariery w Wiedniu (wielu Polaków było wtedy austro-węgierskimi ministrami). Ale powszechna tęsknota za „dobrym cesarzem” przyszła dużo później, a na dobre dopiero w przaśnej epoce PRL.

A jak się ma sprawa z osławioną nędzą galicyjską? O ogromnej skali biedy – wcale nie legendarnej – przekonuje masowy exodus Galicjan do Ameryki, Kanady i Brazylii (szacuje się, że między 1850 a 1914 r. tylko do USA wyjechało za chlebem milion osób). Galicyjscy chłopi wyjeżdżali też do Niemiec na prace sezonowe. Warto przy tej okazji zauważyć, że skutkiem nędzy było też nagminne kupowanie głosów wyborczych wódką i poczęstunkiem – stąd wzięło się powiedzenie wybory galicyjskie, czyli synonim politycznej korupcji.

Ale obraz biedy byłby niekompletny, gdyby nie wspomnieć, że koniec XIX w. przyniósł też błyskawiczne bogacenie się wielu przedsiębiorców w związku z galicyjskim boomem naftowym. Mało kto dziś wie, że rejon Borysławia i Drohobycza z powodu odkrycia dużych pól naftowych nazywany był galicyjską Pensylwanią lub Kalifornią.

Nędza galicyjska nie była więc mitem – podobnie jak nie były nim konflikty między zamieszkującymi Galicję narodami. Już wówczas nie brakowało napięć na podłożu podziałów społecznych – zwłaszcza między polskimi ziemianami a ukraińskimi chłopami. „To kraina, w której Polacy i Ukraińcy gardzili sobą nawzajem. Dla Polaka Ukrainiec był najczęściej, żeby użyć słów taktownych, pozbawionym ogłady Rusinem, a Polak dla Ukraińca – polskim panem” – pisze w katalogu wystawy historyk prof. Krzysztof Zamorski.

Jeśli potem szybko o tych waśniach zapomniano, to przede wszystkim dlatego, że zbladły one wobec późniejszych okropności pierwszej i drugiej wojny światowej. Bo mimo silnych napięć i animozji w relacjach polsko-ukraińskich, dość rzadko dochodziło pod berłem Habsburgów do przelewu krwi. Jednym z wyjątków był spektakularny akt terroru z 1908 r. – dziś już prawie zapomniany – który odnotowuje krakowska wystawa. Polski namiestnik Galicji Andrzej Potocki padł wówczas ofiarą zamachu dokonanego przez ukraińskiego studenta radykała Mirosława Siczyńskiego.

Konflikt polsko-ukraiński wybuchł z całą siłą dopiero wtedy, gdy Austro-Węgry straciły kontrolę nad Galicją. W listopadzie 1918 r. rozpoczęły się walki o Lwów między Polakami a zbrojnymi oddziałami ukraińskimi. Najczarniejsza karta w stosunkach polsko-ukraińskich przyszła w ćwierć wieku później – gdy żołnierze OUN-UPA dokonali na Polakach rzezi wołyńskiej.

Postać pochodzącego z Galicji przywódcy OUN Stepana Bandery nadal dzieli fundamentalnie polskie i ukraińskie pamięci historyczne. I do dziś wielu mieszkańców zachodniej Ukrainy uważa go za bohatera. Choć – jak podkreśla wspomniany prof. Hrycak – działalność banderowców była całkowitym zaprzeczeniem tradycji liberalnych i tolerancji narodowej ery Habsburgów.

Podgryzanie mitów

Powraca uparcie pytanie: dlaczego właściwie Galicja jest tak mitotwórczą przestrzenią dla mieszkańców południowej Polski i zachodniej Ukrainy?

Dla Polaków z ziem dawnego zaboru austriackiego pewną rolę odgrywać może swoista autoterapia. Chętnie przypominają oni chwalebną rolę, jaką Kraków odgrywał na przełomie wieków. Bo trudno zaprzeczyć, że z powodu łagodniejszego politycznego kursu u austro-wegierskiego zaborcy gród Kraka urósł wtedy na kilka dekad do roli duchowej stolicy polskości. Choć przecież to nie Kraków, ale dużo prężniejszy od niego wówczas Lwów był administracyjną stolicą Galicji. Stąd pewnie niektórzy krakusi wracają z rozrzewnieniem do czasów Franza Josepha.

W przypadku naszych sąsiadów zza Sanu powrót do galicyjskich dziejów jest rodzajem deklaracji tożsamości, którą można by tak oto streścić: My, Ukraińcy, od dawna jesteśmy Europejczykami. Zresztą krakowską wystawę kończą zdjęcia walczącego kijowskiego euromajdanu. I wreszcie – jako tygiel narodów i kultur Galicja przypomina nam jakoś Unię Europejską – zarówno z całą jej kulturową różnorodnością, jak i męczącą nas dziś kakofonią.

Świetnie udokumentowana wystawa zamiast grać na emocjach stara się te emocje wyciszyć. Podgryza mity, choć nie zamierza ich wykorzenić. To prawda: Galicja wcale nie przypominała biblijnego Edenu. Była ziemią zapóźnioną cywilizacyjnie, biedną, niezwykle mocno rozwarstwioną społecznie, z biegiem czasu pękającą coraz bardziej w szwach od narodowych konfliktów. Dla jednych swoich narodów – zachowywała się jak tkliwa matka, dla innych – raczej jak macocha. Ale jednocześnie pozostała ziemią płodną kulturalnie, fascynującą swoją różnorodnością.

Powracajmy dziś do Galicji, ale bez łatwej nostalgii każącej nam widzieć wszystko w pastelowych barwach. Zaryzykujmy taką wyprawę – z dala od utartych ścieżek. Choć – można się spodziewać – nie będzie ona słodka ani krzepiąca jak galicyjski grzaniec.

***

Multimedialną wystawę „Mit Galicji” można zobaczyć w krakowskim Międzynarodowym Centrum Kultury (Rynek Główny) do 8 marca 2015 r. Ekspozycja jest wspólnym międzynarodowym projektem MCK i Wien Museum (od marca będzie pokazywana w Wiedniu). Obejmuje blisko 600 eksponatów ze zbiorów polskich, austriackich i ukraińskich, m.in. obrazy, mapy, rzeźby, dokumenty, zdjęcia, filmy i przedmioty codziennego użytku. Przygotowanie „Mitu Galicji” poprzedził realizowany od 2010 r. projekt badawczy, w którym uczestniczyli historycy, pisarze i przedstawiciele instytucji kultury z Austrii, Polski i Ukrainy.

Polityka 2.2015 (2991) z dnia 06.01.2015; Historia; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Galicja na trzeźwo"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną