Historia

Budowniczowie piekła

Kto zaprojektował i wybudował obozy śmierci?

Victor Espigares / Flickr CC by 2.0
Przez półtora roku funkcjonowania krematoriów i komór gazowych w Auschwitz uśmiercono ponad milion osób. Masowa zagłada wymagała szczegółowego planu. Fabryki zagłady miały swoich majstrów i architektów śmierci.

Tekst ukazał się w tygodniku POLITYKA w styczniu 2005 r.

Sobota, 1 marca 1941 r. Rozkład zajęć reichsführera SS Heinricha Himmlera wyglądał następująco: 11:00 – odlot z lotniska Tempelhof (Berlin), około 13:00 przyjazd do Gliwic, od 13:00 do 14:00 obiad w Gliwicach, około 14:00 wyjazd samochodem do Auschwitz, 16:00 przyjazd do Auschwitz i wizyta w obozie, 17:00 wyjazd samochodem do Wrocławia na urodzinowe przyjęcie generała SS von dem Bacha, nocleg w hotelu Monopol. Podczas tej pierwszej inspekcji obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w ciągu półtorej godziny Himmler zadecydował: rozbudować obóz macierzysty, aby mógł pomieścić 30 tys. więźniów, wybudować w Birkenau obóz dla ponad 100 tys. jeńców wojennych.

Do wykonania projektów i prac budowlanych na terenie obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau powołano samodzielną instytucję: Centralny Zarząd Budowlany Waffen SS i Policji w Oświęcimiu (Zentralbauleitung der Waffen SS und Polizei in Auschwitz O/S). Podlegał on grupie urzędowej C Głównego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego (WVHA) w Berlinie i był de facto niezależny od komendantury obozu. Pełnił funkcję głównego inwestora i biura projektów, a także wykonawcy wszelkich urządzeń obozowych i ich remontów. W tym wielkim biurze architektonicznym pracowali niemieccy i austriaccy inżynierowie, architekci, ponad stu więźniów z Kommanda Bauleitung, a także polscy pracownicy cywilni. Tutaj powstawała nieludzka infrastruktura obozu, także krematoria. Starszy kapral SS Walter Dejaco, austriacki architekt, za namową Karla Bischoffa, kierownika Zentralbauleitung, zachęcony obietnicą szybkiego awansu stanął na czele sekcji projektowej. Począwszy od 24 października 1941 r. na podstawie szkiców Karla Prüfera, głównego inżyniera firmy Topf und Söhne z Erfurtu, wykonał dwa plany przyszłego krematorium. Dejaco określił wymiary kostnicy: B Keller (piwnica z nawiewem powietrza) 7x30 m i L Keller (piwnica z przeznaczeniem na zwłoki) 8x60 m.

Werkmann poprawił symetrię budynku i rozmieszczenie umywalni, sali składania zwłok, sali sekcyjnej oraz wymyślił zainstalowanie rynny do transportowania zwłok z parteru do podziemi. Komin umieścił z boku. Rysunki wykonane przez Werkmanna były dokładniejsze niż Dejaco. Właśnie jego plany, przyjęte i podpisane przez Kammlera, zostały wysłane do Bauleitung w Auschwitz.

Szybko ustalono kosztorys nowego krematorium, a 22 października złożono zamówienie w firmie Topf und Söhne w Erfurcie, podkreślając pilność przedsięwzięcia. Faktycznym inicjatorem tego przedsięwzięcia był zapewne sam komendant obozu Rudolf Höss, który odpowiadał za urządzenia niezbędne do realizacji masowej zagłady. Odwiedzał ślusarnię, w której wykonywano m.in. słupy siatkowe służące do wsypywania cyklonu B do komory gazowej, a także sita służące do przesiewania ludzkich prochów. Najbardziej interesowały go drzwi. „Wykonywaliśmy – wyjaśnia pracownik ślusarni – wszelkie części metalowe do drzwi wiodących do komory (okucia, zawiasy, drucianą ochronę na mieszczący się w drzwiach okrągły otwór – wziernik o średnicy ok. 5 cm). Drzwi były bardzo grube, a ich futryny uszczelnione filcem. Jedne z nich robione z wizjerami, żeby komendant mógł patrzeć na swoje ofiary. Höss przyszedł do ślusarni i próbował, czy szkło jest pancerne, czy jest możliwość zbicia tego szkła, przekonał się, że nie ma możliwości zbicia, więc wszystko było w porządku”.

Budowę krematoriów w Brzezince rozpoczęto na jesieni 1942 r. (krematoria nr II, III, IV i V). Spośród licznej korespondencji zachował się telegram wysłany do firmy Topf und Söhne: „Potwierdzamy otrzymanie Waszej oferty na 5 sztuk potrójnych pieców, włączając w to dwa elektryczne dźwigi dla podnoszenia trupów i jeden tymczasowy dźwig dla trupów. Obstalowano również praktyczne urządzenie do podawania węgla i urządzenie dla transportu popiołu. Winniście dostarczyć pełne urządzenie krematorium nr III. Oczekujemy, że zarządzicie niezwłocznie wysłanie wszystkich maszyn z instalacją. Urządzenie powinno być bezwzględnie zakończone do dnia 10 kwietnia 1943 r.”.

Wiosną i latem 1943 r. oddano cztery krematoria władzom obozowym. W piśmie Zentralbauleitungu do grupy urzędowej C w SS-WVHA z 28 czerwca 1943 r. dobową „wydajność” poszczególnych krematoriów określono na: krematorium I (znajdujące się w obozie macierzystym Auschwitz I) – 340 zwłok, krematorium II – 1440 zwłok, krematorium III – 1440 zwłok, krematorium IV – 768 zwłok, krematorium V – 768 zwłok. Zatem łącznie wszystkie krematoria mogły spalić w ciągu doby 4756 zwłok (niektórzy szacują, że ich wydajność była znacznie wyższa). W ten sposób powstał największy kompleks krematoryjny w ówczesnej Europie. Liczba pieców w KL Auschwitz-Birkenau dorównała sumie wszystkich istniejących w pozostałych obozach koncentracyjnych, a instalacje były niezaprzeczalnie najnowocześniejsze. Jednak i one nie wystarczały w szczytowych momentach masowej zagłady (w 1944 r. w czasie transportów Żydów z Węgier). Planowano budowę szóstego krematorium o znacznie większej przepustowości.

Przez półtora roku funkcjonowania krematoriów esesmani zdołali zagazować ponad milion osób (historycy do dziś nie potrafią ustalić dokładnej liczby ofiar). Masowa zagłada była szczegółowo zaplanowana i systematycznie realizowana. Rozpoczynała się na rampie, gdzie lekarze SS dokonywali selekcji nowo przybyłych więźniów. Do krematoriów II i III wprowadzano ofiary schodami do podziemi. Tu znajdowały się rozbieralnie. Wzdłuż ścian ustawione były drewniane ławki, a nad nimi znajdowały się ponumerowane wieszaki. W tym pomieszczeniu esesmani i członkowie Sonderkommando zapewniali ofiary, że idą do kąpieli i odwszenia, po czym polecali się rozebrać. Dla uwiarygodnienia swoich słów radzili, aby każdy zapamiętał numer wieszaka, na którym zostawia swoje rzeczy, aby po kąpieli nie miał problemów z ich odnalezieniem. Ofiarom radzono również zawiązać buty sznurówkami. Rozbieralnię łączył z komorą gazową wąski korytarz długości około 5 m, a za korytarzem znajdował się obszerny przedsionek. Tędy prowadzono ofiary do komory gazowej, nad drzwiami widniał napis „łaźnia i dezynfekcja”. Niektórzy więźniowie otrzymywali w drodze do komory kawałek mydła i ręcznik. Wewnątrz komora była otynkowana i pomalowana na biało. Pod sufitem na drewnianych klockach zamontowano sitka imitujące prysznice. Cyklon B rozprowadzano przez cztery wrzutnie o kształcie filarów, które były umieszczone w sposób zapewniający równomierne rozprzestrzenianie się trucizny. Do komory zwykle najpierw wprowadzano kobiety z dziećmi, później mężczyzn. Gdy ofiary nie chciały wejść, przeczuwając, co je czeka – szczuto je psami. Opornych wpędzano też przy użyciu mocnych strumieni wody.

Komendant Höss: „Przez wziernik w drzwiach można było widzieć, że osoby stojące najbliżej otworów wrzutowych natychmiast padały martwe. Można powiedzieć, iż około jednej trzeciej ofiar umierało natychmiast. Pozostali zaczynali się zataczać, krzyczeć i chwytać powietrze. Krzyk jednak przechodził wkrótce w rzężenie, a po kilku minutach leżeli wszyscy. Najdalej po upływie 20 minut nikt już się nie poruszał. W zależności od pogody, czy było mokro czy sucho, zimno czy ciepło, poza tym zależnie od jakości gazu, który nie zawsze był jednakowy, wreszcie zależnie od składu transportu, czy było w nim dużo zdrowych, starych czy chorych lub też dzieci, skutek działania gazu występował po 5–10 minutach. (...) Krzyczący, starsi, chorzy, słabi i dzieci padali szybciej niż zdrowi i młodzi. W pół godziny po wrzuceniu gazu otwierano drzwi i włączano wentylatory”.

Zagazowani zmarli pozostawali na podłodze w pozycjach półsiedzących. Zwłoki były koloru różowawego, krwawiące, podrapane, w rękach niektórzy mieli pęczki wyrwanych włosów. „Kobiety ciężarne umierały w toku rodzenia (...) w komorze ludzie krwawili, oddawali mocz i kał, wymiotowali, nim nastąpiła śmierć. Ci, którzy upadali przy samych drzwiach komory gazowej, bywali często żywi, aczkolwiek nieprzytomni. Miało to miejsce wówczas, jeśli drzwi były słabo zaśrubowane i przez szpary dostawało się trochę powietrza. Do takich zemdlonych strzelali esesmani z obsługi krematorium” – wspomina Dov Paisikovic, członek Sonderkommando (załogi więźniów obsługującej komory gazowe i krematoria).

Obok drzwi do komory gazowej była winda, którą transportowano zwłoki na parter, do hali pieców. Tu znajdowało się pięć pieców, każdy trzyretortowy. Członkowie Sonderkommando układali na podłodze po pięć zwłok przed każdą retortą, a resztę przenosili do magazynu koło windy. Bezpośrednio przed załadowaniem zwłok do pieców dentyści nadzorowani przez esesmanów wyrywali zwłokom sztuczne zęby ze szlachetnych metali i wyjmowali kolczyki. Biżuterię wkładano do jednej, a zęby do drugiej skrzynki. Tak spreparowane zwłoki inna grupa Sonderkommanda ładowała do pieców. Dokonywano tego za pomocą żelaznych noszy na rolkach, specjalnie skonstruowanych przez firmę Topf. Po wsunięciu noszy do wnętrza retorty jeden z więźniów przytrzymywał zwłoki żelaznym hakiem, a inni wyciągali spod nich nosze. Spalenie trwało średnio 25–30 minut. Podziemnymi kanałami spaliny wyprowadzano do jednego wspólnego komina. Dzięki pracy trzech wentylatorów ssących, wbudowanych między piecami a kominem, uzyskano sztuczny ciąg. W dodatkowym piecu palono dokumenty osobiste, damskie torebki, książki, zabawki i inne przedmioty znajdowane w bagażu pomordowanych. Przed wyzwoleniem obozu SS paliło w nim kompromitujące dokumenty, m.in. kartoteki zmarłych więźniów. Na strychu krematoriów odzyskiwano surowiec wtórny – suszono obcięte włosy zagazowanych kobiet.

W listopadzie 1944 r., na ustny rozkaz Himmlera, zaprzestano gazowania.

Gdy po dwudziestu dwóch dniach od kapitulacji III Rzeszy, 30 maja 1945 r., amerykańska policja wojskowa przeprowadziła powierzchowne śledztwo, aresztowała tylko jedną osobę – Karla Prüfera. Obawiając się, że inżynier powie zbyt wiele, Ludwig Topf, właściciel firmy Topf und Söhne, w nocy z 30 na 31 maja popełnił samobójstwo. Niepotrzebnie, 13 czerwca Karla Prüfera zwolniono, a Amerykanie złożyli u niego kolejne zamówienie.

Karla Prüfera, jak i dwóch jego współpracowników, Schultzego i Brauna, przesłuchiwali także Rosjanie. Wszyscy trzej zostali skazani na 25 lat gułagu. Karl Prüfer zmarł na porażenie mózgowe podczas odsiadywania wyroku w 1952 r., a w październiku 1955 r. na skutek amnestii dla niemieckich więźniów zwolniono Schultzego i Brauna. Ernst Wolfgang Topf, syn Ludwika, starał się od 1947 r. na nowo stworzyć firmę w Wiesbaden. Jednak mimo kilku milionów marek zarobionych na współpracy z KL Auschwitz-Birkenau, firma wpadła w tarapaty finansowe i jej podstawowa działalność została zawieszona. W późniejszych latach firmę reaktywowano i jedna z jej filii do dziś istnieje w Erfurcie i produkuje urządzenia do browarnictwa. W wywiadzie dla telewizji BBC syn Gustawa Brauna, obecny dyrektor firmy, mówił: „Przejęliśmy wszystkie budynki od Topfa. Można powiedzieć, że po naszych ojcach. Historycy, żeby pójść naprzód, muszą patrzeć wstecz. Ale ja nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Zadaję sobie tylko jedno pytanie: jaki będzie mój zysk? Gdybym cały czas zastanawiał się nad krzywdą, jaką niegdyś wyrządziła ta firma, zbankrutowałbym. Rzeczywistość jest dość trywialna”.

Trywialne były także powojenne losy pozostałych budowniczych krematoriów. Szef biura Zentralbauleitungu Karl Bischoff zmarł, nie pociągnięty do odpowiedzialności, w 1950 r. Spośród członków Bauleitung tylko dwaj austriaccy podporucznicy SS Walter Dejaco i Fritz Ertl byli sądzeni. Kierownikowi sekcji projektowej Walterowi Dejaco postawiono zarzut nadzorowania wszelkich projektów, w tym projektów krematoriów. Fritz Ertl miał odpowiadać za prowadzenie słynnego zebrania z 19 sierpnia 1942 r. oraz za podpisanie kilku planów pierwszego krematorium. Proces dwóch architektów rozpoczął się w styczniu 1972 r. w Wiedniu.

Oskarżenie brzmiało: „Walter Dejaco i Fritz Ertl winni współudziału w mordzie masowym, zamierzonego wyniszczania ludności pochodzenia polskiego, rosyjskiego i żydowskiego przy użyciu cyklonu B w komorach gazowych”. Zdaniem oskarżycieli ich udział polegał na planowaniu, tworzeniu i ciągłym nadzorowaniu komór gazowych w bunkrze I i II, jak i w krematoriach I, II, III, IV i V. Zarzucano im, że swoją fachową wiedzę wykorzystywali do stworzenia obiektów, w których możliwa była eksterminacja na skalę przemysłową. Walter Dejaco został dodatkowo oskarżony o mordowanie więźniów z premedytacją.

Mimo tak mocnych zarzutów architekci zostali uniewinnieni. Dlaczego? Prawdopodobnie materiał dowodowy nie został odpowiednio wykorzystany. Sędziowie ani naukowi eksperci nie potrafili w tamtym czasie odpowiednio zinterpretować dowodów dostarczonych przez Polaków i Rosjan. Podczas procesu po raz pierwszy wykorzystano dokumenty pochodzące z archiwum w Moskwie. Także świadkowie, po prawie trzydziestu latach, nie potrafili w oskarżonych rozpoznać osób, które widzieli na placach budowy albo których znali tylko ze słyszenia. Ich zeznania były sprzeczne – inaczej mówili więźniowie pracujący w biurach kreślarskich, inaczej pracownicy cywilni zatrudnieni przy budowie krematoriów. Pracownicy Zentralbauleitung podkreślali poprawny stosunek oskarżonych do więźniów. Niektórzy, jak Eugeniusz Nosal, polski inżynier rysujący plany, wspominali, że architekci mówili do nich per „pan”, dbali o dobrą atmosferę w biurze, a nawet opowiadali dowcipy. Całkowicie inne było zeznanie Stanisława Kapłonka, zatrudnionego przy budowaniu krematoriów: „Latem 1942 r. Dejaco podszedł do czterech więźniów koło bloku 19 i zapytał, dlaczego nie pracują. Gdy usłyszał, że są chorzy, kazał pokazać zaświadczenia lekarskie. Więźniowie nie posiadali takich zaświadczeń, więc Dejaco zaczął ich bić pałką, którą zawsze nosił przy sobie. Kiedy upadli na ziemię, Dejaco wziął pistolet i zastrzelił wszystkich czterech”.

Na wiedeńskiej sali sądowej w styczniu 1972 r. ośmiu przysięgłych odrzuciło główny zarzut postawiony architektom Oświęcimia. „Ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” było jednak możliwe tylko dzięki sprawnej maszynerii zagłady. Także w sensie najbardziej dosłownym. Dejaco i Ertl znakomicie oliwili jej tryby. Bezkarnie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama