Historia

Piramida propagandowej przyjaźni

Warszawski Pałac Stalina ma już 60 lat

PKiN w budowie PKiN w budowie Stanisław Dąbrowiecki / PAP
Dla Tadeusza Konwickiego był to „pomnik pychy, statua niewolności”. Przed 60 laty otworzył podwoje warszawski Pałac Kultury i Nauki, reklamowany jako „dar narodów radzieckich dla polskiego narodu”.
Prezydent stolicy Stefan Starzyński prezentuje plany rozbudowy miasta (1936 r.) Na makiecie widoczna „pałacowa” budowla.Narodowe Archiwum Cyfrowe Prezydent stolicy Stefan Starzyński prezentuje plany rozbudowy miasta (1936 r.) Na makiecie widoczna „pałacowa” budowla.
Niemal gotowy PKiNRoman Burzyński/Reporter Niemal gotowy PKiN
Imienne zaproszenie na uroczystość otwarcia PKiN im. Józefa Stalina w Warszawie dla operatora Polskiej Kroniki FilmowejArchiwum Szczecińskich/EAST NEWS Imienne zaproszenie na uroczystość otwarcia PKiN im. Józefa Stalina w Warszawie dla operatora Polskiej Kroniki Filmowej

Artykuł w wersji audio

Idea budowy wysokościowca w kształcie schodkowej piramidy nie była obca polskim architektom. Zachowało się zdjęcie z wystawy „Warszawa przyszłości” z 1936 r., na którym prezydent Stefan Starzyński grupie oficjeli z prezydentem Ignacym Mościckim pokazuje makietę rozbudowy miasta przed planowaną na 1943 r. wystawą światową. Widać na niej model gmachu, którego bryła łudząco przypomina PKiN. Była to zaprojektowana przez Juliusza Nagórskiego 250-metrowa Wieża Niepodległości z nadajnikami radia (miała stanąć opodal ronda Waszyngtona). Schodkowej piramidy można się też doszukać w przedwojennym projekcie Świątyni Opatrzności Bożej, autorstwa prof. Bohdana Pniewskiego (na Polu Mokotowskim).

Projekty wieży i świątyni pozostały na papierze. Stanął za to Pałac Kultury i Nauki, który w skromnej skali zmaterializował hojną obietnicę Józefa Stalina z lutego 1945 r., że Związek Sowiecki pokryje połowę kosztów odbudowy Warszawy. W dowód wdzięczności polski rząd zdecydował o przemianowaniu warszawskich Alei Ujazdowskich na Aleje Marszałka Józefa Stalina, a polscy architekci moskiewską obietnicę zaczęli przymierzać do warszawskich realiów.

Jak pisał współzałożyciel Biura Odbudowy Stolicy prof. Zygmunt Skibniewski, przygotowano różne propozycje budów: pierwszej linii metra, dzielnicy mieszkaniowej na Muranowie bądź Wierzbnie, dzielnicy ministerstw przy Kruczej i uniwersytetu na Sielcach.

Pomysły trafiły jednak do szuflady, a sześć lat później w Moskwie zaczęto kreślić rysunki Pałacu Kultury i Nauki, „daru narodów radzieckich dla narodu polskiego”, wzorowanego na moskiewskich wysokościowcach w socrealistycznym stylu, w których ulokowano m.in. uniwersytet, siedzibę MSZ, hotele i mieszkania. Z pięciu lokalizacji takiego daru władze PRL wybrały rejon po nieparzystej stronie ul. Marszałkowskiej, między Alejami Jerozolimskimi i ul. Świętokrzyską. Na architektonicznych planach już w 1949 r. rysowano tu Centralny Dom Kultury, przypominający z wyglądu obecny Pałac Kultury i Nauki.

Budowa PKiN była – jak to wówczas nazywano – wielką budową socjalizmu, podobną do Nowej Huty, ale propagandowo o wiele ważniejszą. W książkach, gazetach, audycjach radiowych i w kronikach filmowych wyrażano zachwyt nad sowiecką myślą techniczną i organizacją pracy. Snuto opowieści o sowieckich inżynierach wiozących w walizeczkach urobek z wierceń geologicznych do laboratorium w Moskwie, by tam potwierdzić, czy na warszawskim gruncie stanąć może wysokościowiec. Zachwycano się latającym wzdłuż Marszałkowskiej kukuruźnikiem z doczepionym balonem. Tą prostą metodą, stojąc na praskim brzegu Wisły, architekci określili optymalną wysokość gmachu PKiN, by nie zakłócił on historycznej panoramy miasta. Stanęło na tym, że gmach z wieżą i iglicą osiągnie ok. 220 m. Przeforsowali to Polacy; dla Rosjan każdy metr w górę oznaczał wyższe koszty budowy. Architekt Józef Sigalin wspominał: „Nas (...), marzących o przyszłej wielkości swego miasta warszawiaków, ogarnął niepojęty amok wysokości – po każdym nawrocie samolotu dyspozycja: »Wyżej!«”.

Ówczesna prasa nie podawała szczegółów roboczych dyskusji architektów, kiedy to – zdaniem historyka sztuki prof. Waldemara Braniewskiego – starano się „wyretuszować zbyt moskiewski charakter pierwotnych wersji projektu”. A spierano się (acz nieśmiało) o kształt gmachu, proporcje między niższymi i wyższymi partiami, o detale wieńczące i zdobiące pałac, które miały sprawić, by był on „socjalistyczny w treści i narodowy w formie”, o usytuowanie wejść i szerokość placu między PKiN a ul. Marszałkowską – miejsca przyszłych defilad i manifestacji.

Podczas końcowych konsultacji projektu 18–19 kwietnia 1952 r. w wypowiedziach polskich architektów przeważały już pochwały i rewolucyjny entuzjazm. Czy w Polsce budującej dopiero podstawy socjalizmu „nie za wcześnie powstaje to pierworodne dziecię komunizmu – Pałac Kultury i Nauki?” – pytał Szymon Syrkus, przywołując pisarza Walentina Katajewa, który mianem tym określił moskiewskie wysokościowce. I sam odpowiadał, że wątpliwości są zbyteczne, gdyż gmach będzie m.in.: „niewzruszalną gwiazdą przewodnią na naszej drodze przeobrażania starej Warszawy (...) w Warszawę socjalistyczną”. W dwa dni po konferencji prezydium rządu zaaprobowało architektoniczny projekt pałacu, wyrażając autorom uznanie „za niezwykle trafne i piękne ujęcie”.

A prace wstępne trwały już od ponad pół roku. Ze strony sowieckiej kierował nimi wiceminister budownictwa Georgij Karawajew, a z polskiej – naczelny architekt Warszawy Józef Sigalin, od końca 1951 r. także pełnomocnik rządu ds. budowy PKiN. Comiesięczne poufne sprawozdania Sigalina, pisane tylko dla prezydenta Bolesława Bieruta, premiera Józefa Cyrankiewicza, wicepremiera Stefana Jędrychowskiego, ministra budownictwa miast i osiedli Romana Piotrowskiego oraz I sekretarzy warszawskiego KW PZPR Władysława Wichy, a potem Władysława Matwina, bez propagandowego lukru pokazują realia budowy, udział w niej Polaków i kulisy współpracy.

Polityczny biznesplan

Bierutowski dekret wywłaszczający właścicieli warszawskich gruntów ułatwił oczyszczenie terenu pod PKiN i nowy plac. Stały tu ruiny Dworca Głównego i czynszowe kamienice, z których część przetrwała wojnę. Wszystkie wyburzono, wysiedlając z nich 1450 osób do 960 izb mieszkalnych w innych dzielnicach Warszawy. Sporo rodzin wysiedlono też z włączonego w granice Warszawy osiedla Jelonki. Tam wybudowano stację towarową i bazę produkcyjno-składową dla potrzeb PKiN. Stanęła tu też kolonia mieszkaniowa nazwana Osiedlem Przyjaźni, dla ok. 3 tys. sowieckich robotników i personelu inżynieryjno-technicznego (ponad 170 drewnianych baraków i domków, a także stołówka, łaźnia, fryzjernia, przedszkole, sklepy, poliklinika z porodówką, klub, kino, szkoła wieczorowa, stadion itd.). Budowniczym pałacu oddano ośrodek wypoczynkowy w Zegrzynku, a kadrze kierowniczej wręczono klucze do kilkudziesięciu mieszkań w nowej Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej.

„Budowla była podarunkiem niezwykłym, pomijając nawet jej rozmiary i symbolikę. Stało się tak, ponieważ obdarowany, czyli państwo polskie, uczestniczył w części kosztów prezentu” – napisał w publikacji „Zbudować Warszawę piękną...” historyk IPN dr Konrad Rokicki. Strona polska poniosła koszty przygotowania placu budowy (przesiedleń mieszkańców, wyburzenia kamienic, usunięcia starego i założenia nowego uzbrojenia terenu, prac geologicznych i geodezyjnych, a także ochrony fizycznej i przeciwpożarowej placu budowy oraz bazy i osiedla na Jelonkach); zbudowała też hotele robotnicze dla 2,5 tys. polskich pracowników przy ul. Elekcyjnej oraz stację kolejową z bocznicą, komisariat milicji i budynek straży pożarnej na Jelonkach.

Rządowa umowa przewidywała, że budowniczych z ZSRR wesprze 4 tys. polskich pracowników. Delegowały ich przedsiębiorstwa. W maju 1953 r. Sigalin pisał do ministra Piotrowskiego, że wykorzystują to one do „wyzbycia się najsłabszego elementu roboczego, jak np. ludzi chorych, głuchych, starszych”. Załączył odpisy oświadczeń pisanych zapewne ręką robotników: „Nie mogę pójść na Pałac Kultury z powodu nerw, chore oczy. Możecie mnie zwolnić” (Kotkowski), „Nie mogę pójść na Pałac Kultury bo jestem po operacji (żołądek, głowa) jestem chory – drze mnie prawa ręka” (Wacław Tyczyński) itd. Nie udał się nabór na budowę PKiN przez Związek Młodzieży Polskiej. „Element kierowany na budowę okazał się politycznie słabo przygotowany” – werbunek wstrzymano.

Polscy robotnicy narzekali na zarobki. W październiku 1953 r. kamieniarze zarabiali 2400–5100 zł, murarze 2000–2500 zł, a tynkarze 1700–2500 zł, ale w tym celu musieli wykonywać do 350 proc. normy. Robotnicy skarżyli się na przestoje i braki w dokumentacji, która do tego była w języku rosyjskim. Niższych zarobków nie rekompensował 15-proc. dodatek za prace wysokościowe. Poufna analiza potwierdziła, że „nie płaci się za wszystkie roboty i pracownicy polscy kierowani są do najcięższych robót”. Nie pomagały korzystne zmiany „pod względem bytowym i kulturalnym” (robotnikom m.in. przydzielono ponad 300 samochodów drewnianych odpadów i 420 par skórzanych butów po państwowej cenie, a do klubu w hotelu robotniczym kupiono radio, adapter i 40 płyt).

Na rozliczenia z sowieckim Zarządem Budowy skarżyli się polscy dostawcy, a także przedsiębiorstwa, którym zlecono prace na budowie PKiN. Zarząd nie godził się na polskie ceny materiałów i usług. Sigalin w sprawozdaniach podaje, że w niektórych miesiącach różnica między złożonymi a rozliczonymi rachunkami sięga 20 proc. Robocizna w Polsce była droższa niż w ZSRR i Zarząd Budowy starał się tę różnicę niwelować, co, jak zauważa dr Rokicki, było niezgodne z ustaleniami umowy o budowę pałacu, która przewidywała wynagrodzenia „według norm i stawek obowiązujących w Warszawie”. Bez sowieckiej dokumentacji wywiezionej do Moskwy nie da się więc ani określić całkowitej wartości PKiN, ani tych kosztów, które ZSRR po bratersku przerzucił na stronę polską.

W tle kwestionowanych rozliczeń kryć może się inny interes Zarządu Budowy, który równocześnie stawiał gmach ambasady ZSRR przy ul. Belwederskiej. Oddelegowano na nią m.in. 500 sowieckich robotników z placu budowy PKiN. Jej wnętrza urządzała duża grupa polskich kamieniarzy i sztukatorów, a poprzez biuro Sigalina trafiło tam kilka tysięcy metrów kwadratowych granitu i piaskowca.

Ludzkie koszty budowy

Tak politycznie ważną budową musiało się interesować Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Wszelkie sygnały dotyczące „przejawów wrogiej działalności wśród personelu polskiego (...) oraz wśród elementów wrogich poza budową” przekazywano do Departamentu IV MBP. Na wniosek organów bezpieczeństwa do pracy na budowie nie dopuszczano bądź z niej usuwano pracowników niepewnych „politycznie i moralnie” (w niektórych miesiącach po kilkadziesiąt osób). Po skargach sowieckiego Zarządu Budowy na kradzieże, na wniosek MBP wszystkim pracownikom zmieniono przepustki i wymieniono prawie całą obsadę ponad 200-osobowej Straży Przemysłowej.

W archiwum IPN zachowały się m.in. akta postępowania z lat 1952–53 wobec Jerzego Czechowskiego. Rocznik 1909, żonaty z hrabianką, przed wojną oficer kawalerii, potem w AK, a po wojnie przed zjednoczeniem z PPR wydalony z PPS jako „wróg klasowy”. Kierował sekcją transportu u podwykonawcy budowy. W teczce są donosy do UB podpisane przez dyrektora, sekretarza POP i szefa Rady Zakładowej oraz protokoły przesłuchań kolegów z pracy. Czechowski o dyrektorze wyrażał się „idiota”, ale śledczych bardziej interesowało, co mówił o PKiN. „To lipa, żaden dar narodów ZSRR, to praca robotnika i chłopa polskiego”. Przysłani z ZSRR pracownicy mieli być zamaskowanymi wojskowymi specjalistami. Uchybienia przy budowie złośliwie komentował: „wiadomo, radzieckie głowy”. W większym gronie, na pytanie, ilu ludzi zmieściłoby się w wykopie pod PKiN, miał odpowiedzieć, że na pewno z pół Warszawy. „Można było wywnioskować, że ob. Czechowski miał na myśli »Katyń«, aczkolwiek słowo to nie było wypowiedziane” – zeznał jeden z kolegów. W teczce są trzy brudnopisy wniosku o zezwolenie na areszt, kierowane do wiceministra bezpieczeństwa publicznego gen. Romana Romkowskiego. Zbiór akt zamyka karta z adnotacją „Archiwum 21 marca 1955 r.”.

Milicja ścigała też Polaków, którym zarzucano spekulację towarami na Osiedlu Przyjaźń. 16 listopada 1952 r. zastępca komendanta komisariatu zatrzymał strażnika przemysłowego Józefa C.; „miał przy sobie niedużą paczkę, z której wystawał kawałek materiału” – napisał w służbowej notatce. W paczce były trzy kupony szarego materiału. Józefowi C. pieniądze na zakup materiału na kostiumy dały żona, teściowa i bratowa. Cywil sprawdzający przepustki nie wpuścił go do sklepu. Wtedy o kupno po kuponie materiału poprosił trzech kolejnych Rosjan. Przyznał, że raz tak na własne potrzeby kupił żyletki, a innym razem dwa kawałki mydła do prania. Prokurator we wniosku o tymczasowy areszt napisał: „Zajmował się handlem łańcuszkowym, kupując rozmaite materiały tekstylne celem dalszej odsprzedaży po cenach spekulacyjnych”, za co wówczas osadzano w obozie pracy. „Należy ukarać wymienionego, by przeciąć raz na zawsze szerzącą się spekulację wśród strażników PKiN” – pisał prowadzący postępowanie st. sierżant milicji.

Z ukarania nic nie wyszło, bo zeznania członków rodziny i krawca, który miał uszyć kostiumy, potwierdziły, że Józef C. nie był spekulantem i prokuratura postępowanie umorzyła. Strażnika mogła też objąć ogłoszona w końcu 1952 r. amnestia. Z jej dobrodziejstwa skorzystali trzej pracownicy z Osiedla Przyjaźń, których prokurator Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym chciał wsadzić do obozu pracy na 14 miesięcy. Dwaj ukradli z magazynu skrzynkę z 24 kg tłuszczu roślinnego. Wszyscy trzej „systematycznie wykupywali w radzieckich stoiskach na Osiedlu Robotniczym Przyjaźń artykuły mięsne”, które sprzedawali z zyskiem na bazarze Różyckiego. Tam też sprzedawali flakony perfum „marki radzieckiej”.

Były również fizyczne ofiary bratniej inwestycji. Na wydzielonej kwaterze cmentarza prawosławnego na Woli spoczywa 13 sowieckich budowniczych – ofiar wypadków przy wznoszeniu budowli. Poza tym jednego przejechał pociąg, robotnica utonęła w Wiśle, a na strychu baraku na Jelonkach powiesił się Iwan Konskij, 19-letni robotnik ze wsi Gorki, w obwodzie dniepropietrowskim. „Jak ustalono w wyniku rozpytania obywateli radzieckich Konskij przed popełnieniem samobójstwa popadł w melancholię na skutek otrzymania wiadomości o śmierci matki” – napisał prowadzący śledztwo st. sierżant MO.

Z danych Biura Sigalina wiemy, że w 70 wypadkach śmierć poniosło także siedmiu polskich pracowników, m.in. czadem zatruł się palacz w kotłowni na Jelonkach, robotnik transportowy zginął uderzony w głowę ramieniem dźwigu, a murarz z pomocnikiem ponieśli śmierć po upadku z załamanego rusztowania. Doszło też do 97 wypadków samochodowych, w tym trzech śmiertelnych. W czerwcu 1952 r. kierowca sowieckiej ciężarówki przejechał polskie dziecko. „Rodzicom dziecka Zarząd Budowy PKiN wypłacił odszkodowanie. Prezydium Rady Narodowej m.st. Warszawy w pierwszej połowie lipca br. przydzieli rodzinie dziecka nowe, obszerniejsze mieszkanie” – raportował Sigalin. W tym trybie przydzielono cztery mieszkania, a Zarząd Budowy wypłacił w sumie 170 tys. zł odszkodowań polskim instytucjom i obywatelom.

Po co iglica?

Mimo tych przeszkód i wmurowania w PKiN około miliona sztuk cegieł, zdyskwalifikowanych na początku ze względu na jakość, pałac stanął w trzy lata. Już w 1954 r. zaczęto wyposażać wnętrza. Za to płaciła już Polska (w 1955 r. limit wynosił 40 mln zł). Projekty zamówione u najlepszych architektów wnętrz oceniała specjalna komisja. Jej członkowie zakwestionowali m.in. wyłożenie ścian gabinetu dyrektora Muzeum Techniki jedwabiem milanowskim, a w klubie Instytutu Nauk Społecznych fortepian nakazali przesunąć do bocznej wnęki i na jego miejsce wstawić stół do ping-ponga. Profesorowie Zachwatowicz i Nita odrzucili też, z uwagi na „wybitnie buduarowy charakter”, projekt mebli w osobistym gabinecie Bieruta w kongresowej strefie pałacu.

Kiedy 21 lipca 1955 r. premier Cyrankiewicz i ambasador Ponomarienko pozłacanymi nożyczkami przecięli wstęgę u wejścia do pałacu, propagandowym zachwytom nie było końca. Nie podzielała ich warszawska ulica, pytając np., dlaczego pałac wieńczy iglica? I odpowiadała: Inaczej Polacy mieliby go w d... Poeta Władysław Broniewski, który sam za kołnierz nie wylewał, nazwał ponoć pałac „koszmarnym snem pijanego cukiernika”. Dla Tadeusza Konwickiego był to „pomnik pychy, statua niewolności”.

Zachwytów nie podzielali też autorzy „Przeglądu Budowlanego”. W 1955 r. ukazały się tam dwa artykuły nawiązujące do ostrej krytyki sowieckiego budownictwa, dokonanej przez I sekretarza KPZR Nikitę Chruszczowa w grudniu 1954 r. na Wszechzwiązkowej Konferencji Budowlanych. Eugeniusz Stryjkowski i Stefan Kurowski napisali: „Dostało się przy tej okazji także wieżowcom moskiewskim, do niedawna uważanym za jedno ze szczytowych osiągnięć radzieckiego budownictwa i wzór godny naśladowania. Rzeczowa i konkretna analiza Chruszczowa zdyskredytowała całkowicie tak od strony estetycznej, jak i ekonomicznej owe iglicowate twory niezdyscyplinowanej wyobraźni”. Cenzor puścił te słowa cztery miesiące przed przekazaniem Polsce „daru narodów radzieckich dla polskiego narodu”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną