Galicyjscy uchodźcy wielkiej wojny

Wygonieni z Galicji
Galicyjscy uchodźcy w obozie dla przesiedleńców
Franz Hubmann/Imagno/AKG/BEW

Galicyjscy uchodźcy w obozie dla przesiedleńców

Żydowska rodzina w drodze na obczyznę, 1915 r.
Austrian Archives/Imagno/AKG/BEW

Żydowska rodzina w drodze na obczyznę, 1915 r.

Uchodźcom z pomocą spieszyły także różnorakie organizacje społeczne. Najważniejszą był z pewnością powołany w styczniu 1915 r. Książęco-Biskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny pod przewodnictwem biskupa krakowskiego Adama Stefana Sapiehy. Poza tym istniały m.in. Centralny Komitet Opieki Moralnej dla Wychodźców Polskich z Galicji, Komitet Opieki nad Polskimi Wychodźcami, Komitet Doraźnej Pomocy dla Ewakuowanych, Komitet Ratunkowy dla Internowanych Polaków z Królestwa Polskiego. Dla uchodźców zakładano szkoły, organizowano kursy zawodowe, np. szycia, pomagano w poszukiwaniach pracy. Polscy politycy składali do władz petycje, wizytowali obozy, zbierali pomoc materialną i finansową, nagłaśniali los uchodźców w prasie i interweniowali na rzecz Polaków u lokalnych władz, korzystając także z prywatnych kanałów. Po otwarciu w maju 1915 r. obrad parlamentu polscy posłowie wielokrotnie interpelowali w sprawie warunków panujących w obozach, domagając się ukarania winnych nadużyć. Losem polskich uchodźców udało się zainteresować członków rodziny cesarskiej. Szczególną energią w tej kwestii wykazał się poseł, ludowiec Zygmunt Lasocki.

Władze austriackie usiłowały powstrzymać niekontrolowany napływ uchodźców do stolicy państwa i rozmieścić ich w kraju bardziej równomiernie. Pociągi z uchodźcami kierowano najpierw na morawskie stacje Ungarisch Hradisch (Uherské Hradiště) i Prerau (Přerov). Tam dokonywano ich rejestracji, selekcji i rozdziału przybyszów. Byli oni dzieleni według kryteriów etnicznych i religijnych. Osobom z wyższych warstw społecznych, posiadającym wystarczające zasoby finansowe, pozwalano na samodzielne wybranie miejsca zamieszkania. Biedniejszych i należących do niższych warstw społecznych, po kontroli policyjnej i sanitarnej, kierowano do małych miasteczek i obozów; Polaków głównie w Czechach. Co trzeci z nich trafił do Krainy w dzisiejszej Słowenii.

Obozy wznoszono naprędce jesienią 1914 r. Pierwsi przybysze musieli koczować na gołej ziemi pod niebem. Dopiero po kilku dniach dawano im nieco słomy, a jeszcze później namioty. Przebywającym tam ludziom doskwierały m.in. niedożywienie, chłód, brud, robactwo, choroby zakaźne, przeludnienie, brak prywatności czy tęsknota za stronami rodzinnymi. Straż obozowa potrafiła okradać mieszkańców, znęcać się nad nimi. Molestowano także kobiety. Podczas dezynsekcji wiele godzin musiały one stać nagie w jesienne dni, narażając się na drwiny i komentarze wojska. Jak Helena Gąsiorowska żaliła się w 1916 r. listownie Zygmuntowi Lasockiemu, w jej obozie podczas badania kobiet lekarz „przytrzymywał kształtniejsze i poklepał to uszczypnął w pierś dziewczynę, a która stara brzydka wieśniaczka, to nazwał potworą zatraconą”. W czasie kąpieli kobiet po łaźni kręcili się niby przypadkiem mężczyźni.

Wieści o złych warunkach panujących w obozach spowodowały, że ludzie nie chcieli tam iść. Z ust do ust przekazywano sobie nierzadko zupełnie absurdalne historie. W Thalerhofie koło Grazu, gdzie siedzieli głównie podejrzewani o prorosyjskie sympatie Rusini, żołdacy mieli zamordować bagnetami rodzącą tam hrabiankę, śmiejąc się z tego do rozpuku. Przed pluton egzekucyjny miał trafić ksiądz, podczas procesji błogosławiący wiernych Najświętszym Sakramentem, gdyż straż obozowa dostrzegła w tym geście sygnały dawane rosyjskim szpiegom.

W połowie 1915 r. w obozach przebywało łącznie ok. 200 tys. osób. W maju 1915 r. zasiłki pobierało 169 666 Polaków, 71 690 Rusinów i 266 136 Żydów. W miejscowości Chotzen (Chocen) w Czechach założono obóz dla 22 tys. Polaków. Wzniesiono w nim 37 baraków, każdy o powierzchni 878 m kw., przeznaczonych dla 530 ludzi. W barakach zainstalowano po dwa piece, niezdolne do ogrzania wszystkich drewnianych boksów o wysokości 1,5 m, od korytarza zasłoniętych zasłonkami, w których mieszkały poszczególne rodziny. W niedogrzanych, niedoświetlonych, niewystarczająco wentylowanych wnętrzach panowała wilgoć, zgnilizna i smród. Płacz dziecka, głośniejsze rozmowy czy kłótnie – o co w takich warunkach nie trudno – roznosiły się po całym baraku, który wypełniała niemal nieustanna wrzawa.

Na obozowe menu składały się: 20 dkg chleba oraz cienka, osłodzona kawa na śniadanie, cienka zupa, ziemniaki, fasola, mamałyga lub pęczak na obiad i herbata z rumem na kolację. „Umywalnia składa się z pompy wbitej w ziemi każdego baraku, a pod pompą z drewnianego basenu, średnicy około jednego metra. W jaki sposób ma się wobec tego prymitywnego urządzenia umyć codziennie z rana 350 osób, pozostaje tajemnicą administracji barakowej” – donosiła 21 stycznia 1915 r. swym czytelnikom ukazująca się w okupowanym Lwowie endecka „Gazeta Narodowa”.

Za sanitariat służył długi na kilkanaście metrów, otoczony parkanem, dół kloaczny z okrągłym drągiem do siadania. Gdy w obozie stwierdzono wszy, zarządzano przymusowe golenie włosów na całym ciele u wszystkich mieszkańców. Przeprowadzali je mężczyźni i chłopcy, strojąc sobie przy okazji niewybredne żarty z kobiet. Zresztą wiele z nich uważało obcięcie włosów za symbol hańby i szczególne upokorzenie. Początkowo brakowało izolatek dla osób chorych, co przyczyniało się do rozprzestrzeniania chorób zakaźnych, np. tyfusu plamistego. Przez obóz w Choceniu w latach 1914–17 przewinęły się 80 122 osoby, z czego 4707 zmarło. Wysoką śmiertelność notowano zwłaszcza u dzieci.

Obozy dla uchodźców – poza zapewnieniem im schronienia – miały także izolować uchodźców od ludności miejscowej. Jego mieszkańcy stali się de facto więźniami. Przybysze z Galicji byli postrzegani jako niechciani obcy, konkurenci na rynku pracy i w walce o dramatycznie niewielkie zasoby żywności. Podczas żniw w 1917 r. w Austro-Węgrzech zebrano zaledwie 40 proc. zboża z okresu przedwojennego. Z kolei w Czechach w 1918 r. siła nabywcza płacy spadła do poziomu 35 proc. z okresu przedwojennego. Szczególnie dramatyczna sytuacja aprowizacyjna była w Wiedniu, gdzie mleko nazywano białym złotem, a ziemniakami obsadzono nawet koszary Rudolfa położone w centrum miasta. To po części tłumaczy wrogość wobec przybyszów z północnego-wschodu. W warunkach wieloetnicznej monarchii habsburskiej głód przyczynił się do podkopania legitymizacji władz, zaniku poczucia ponadregionalnej solidarności, fragmentaryzacji społeczeństwa, wzrostu waśni narodowych i w konsekwencji rozpadu państwa.

Poza względami materialnymi mieszkańcy zachodnich, bardziej rozwiniętych prowincji ck monarchii nie odczuwali emocjonalnej więzi i solidarności z Galicją. „Kraj ten był peryferyjną posiadłością imperialną. Żadna romantyczna historia nie łączyła jego mieszkańców z resztą dziedzictwa Franciszka Józefa I. Dla jego poddanych z bardziej rozwiniętego zachodu galicyjski konserwatyzm i bieda kojarzyły się bardziej z barbarzyńską Azją niż Austrią czy Europą” – pisze w swej najnowszej książce brytyjski historyk Alexander Watson. Z kolei wojsko bało się, że w tłumie uchodźców znajdują się rosyjscy dywersanci i szpiedzy chcący przeniknąć do większych miast w głębi kraju.

Po wyzwoleniu większości Galicji, z wyłączeniem okolic Tarnopola, co nastąpiło wiosną 1915 r., można było wracać w strony ojczyste. Wielu uchodźców nie miało jednak do czego, gdyż straciło cały swój majątek i podstawę egzystencji. W trakcie działań wojennych szereg galicyjskich wsi i miasteczek zostało dosłownie zmiecionych z powierzchni ziemi.

W Galicji naliczono ok. 10 tys. zniszczonych domów, np. w powiecie przemyskim 7246, a jarosławskim 5454. Do kwietnia 1916 r. w ramach prowadzonej przez państwo odbudowy w Galicji wzniesiono 651 baraków i 8537 jednoizbowych domów, ale nie zaspokajało to wszystkich potrzeb. Jeszcze wiosną 1918 r. byli ludzie wciąż mieszkający w ziemiankach. Zatem perspektywa powrotu nie zawsze była kusząca, zwłaszcza że warunki pobytu w obozach dla uchodźców z czasem znacząco się poprawiły.

Od lata 1915 r. władze na różne sposoby starały się zachęcać uchodźców do powrotu. Obiecywano im dalsze wypłacanie zasiłków, darmowe bilety na przejazdy, zniżki na bilety za bagaż. Nie zawsze to skutkowało. Pod koniec 1915 r. austriackie MSW szacowało, że na terenie Austrii przebywało 385 tys. uchodźców, z czego 41 proc. stanowili Żydzi. W maju 1917 r. w wewnętrznych prowincjach monarchii habsburskiej pozostawało jeszcze ponad 22 tys. wymagających wsparcia finansowego państwa Polaków, z których 7,5 tys. mieszkało w obozach dla uchodźców. Według stanu na 1 lutego 1918 r. w Przedlitawii wciąż przebywało 7645 Polaków i 28 411 Ukraińców, z czego odpowiednio 1200 i 17 500 w obozach. Część z nich wróciła w rodzinne strony dopiero po wojnie.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną