Jurij stoi na rękach i czyta z kartki, która leży przed nim na podłodze. Leży do góry nogami, a wcześniej leżała bokiem, żeby było trudniej. Jeśli Jurij się pomyli, będzie musiał kupić koledze obiad w stołówce. Zakład to zakład. Jurij nie chce się pomylić, nie chodzi jednak o obiad, ale o wyzbycie się akcentu z prowincji. Walczy z nim wiele godzin dziennie, inaczej nie zostanie spikerem. Wcześniej chciał być aktorem i rozdawać autografy, ale gdy stawił się przed komisją w szkole aktorskiej, ta przepędziła go na cztery wiatry – z takim akcentem się nie nadawał. Spróbował jeszcze zdać egzamin na spikera, zostać aktorem, którego nie widać. Tym razem komisja go nie przepędziła, ale jeszcze nastoi się na rękach. Na razie dostał się na staż do radia, gdzie zlecają mu podrzędne fuchy. Roznosi herbatę i kanapki zdolniejszym od siebie, sypia w siedzibie radia, w pokoju z płytami gramofonowymi.
Jurij stoi na rękach, bo we Włodzimierzu, skąd pochodzi, wszyscy mają taki akcent. Przyszedł na świat w 1914 r. w rodzinie krawca Borisa. W rzeczywistości jego ojciec miał na imię Berek, a Jurij – Juda. Byli Żydami, a na domiar złego ojciec szył czasem mundury carskim oficerom. Już kilka lat później okazało się, że szycie mundurów carskim oficerom było kiepskim pomysłem: Boris będzie prześladowany przez komunistyczne władze, a jego syn w ankiecie skłamie i wpisze pochodzenie robotnicze. Zanim jednak Jurij wyjedzie do Moskwy, żeby zrobić karierę, sąsiadki i nauczyciele proszą go, by stawał nad płynącą przez Włodzimierz rzeką Klaźmą i wołał dzieci bawiące się na drugim brzegu. Oni mają za słaby głos, a chłopak Lewitanów tak donośny, że nazywali go Jurka-trubka, czyli trąbka.