Zagłada węgierskich Żydów

Nad strasznym czarnym Dunajem
15 października 1944 r. rządzący Węgrami admirał Horthy odstąpił od sojuszu z Hitlerem. Radość na Węgrzech trwała krótko. Władzę wkrótce przejęli faszyści, którzy z zapałem przystąpili do eksterminacji Żydów.
Budapeszt 1944 r., deportacja Żydów do obozów zagłady
akg-images/EAST NEWS

Budapeszt 1944 r., deportacja Żydów do obozów zagłady

Prof. Paul Lendvai
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. Paul Lendvai

Jak widzisz, mój wódz naczelny nie zostawił nas na pastwę losu – powiedział uroczyście mój ojciec. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wyszliśmy na bulwary bez znienawidzonej żółtej gwiazdy. Jednak nasza radość trwała zaledwie kilka godzin.

Próba zmiany frontu przez Horthyego była dyletancka i operetkowa. Niemieckie siły okupacyjne i strzałokrzyżowcy – węgierscy faszyści – od dawna wiedzieli o podejmowanych krokach, których nie wsparto ani środkami wojskowymi, ani politycznymi. I natychmiast uderzyli. Sędziwy regent znowu się ugiął. Odwołał swą proklamację i nawet zalegalizował przejęcie władzy przez strzałokrzyżowców. Gdyby nie mianował ich przywódcy Ferenca Szálasiego premierem, to SS zamordowałaby jego młodszego syna. Wkrótce też złamany, objęty „aresztem prewencyjnym” szef państwa na zawsze opuścił swój kraj. A my pięć dni później już wiedzieliśmy, komu bije dzwon.

20 października 1944 r. nad ranem w „naszym”, opatrzonym sześcioramienną gwiazdą budynku pojawili się strzałokrzyżowcy z policjantami ze swastyką na opaskach. Zabrali wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn w wieku od 16 do 48 lat. Moja zrozpaczona matka została sama. Ojcu po ośmiu dniach udało się uciec ze zbiorczego obozu w jakimś budapeszteńskim budynku szkolnym. Ja przeżycie zawdzięczam żonie stróża.

Do dziś nie wiem, jak tej rezolutnej i godnej zaufania kobiecie udało się odnaleźć mnie i mego kolegę z naszego domu. W każdym razie któregoś dnia pojawiła się o zmierzchu w miejscowości Pécel i wdała się w rozmowę z dwoma starszymi, dość przystępnymi strażnikami. Równocześnie nam dała znak, byśmy uciekali. Gdybyśmy byli starsi, pewnie byśmy się zawahali. A tak bez zastanowienia skoczyliśmy w krzaki. Tym sposobem uniknąłem dalszego marszu śmierci do granicy węgiersko-austriackiej. W jego trakcie esesmani i fanatyczni zwolennicy Szálasiego, czy też podobni im bojówkarze austriaccy, wymordowali około 40 tys. ludzi.

Wyrwanie się z marszu śmierci zapewniało jedynie chwilę wytchnienia. Ledwo poczuliśmy się względnie bezpieczni w budynku z żydowską gwiazdą, gdy faszyści znów uderzyli. W międzyczasie utworzono w Budapeszcie getto. Tym samym Żydzi zostali wystawieni na terror zarówno Niemców, jak i strzałokrzyżowców. Połowa budapeszteńskich Żydów zawdzięcza przetrwanie zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną. Jednak byłoby ich o wiele mniej, gdyby nie bezprzykładna humanitarna interwencja garści odważnych dyplomatów. Świat wprawdzie zna historię Raoula Wallenberga, który zniknął bez śladu po wejściu Armii Czerwonej. Natomiast niemal całkiem nieznane są bohaterskie czyny dwóch innych osób. Jeden, Carl Lutz, był szwajcarskim dyplomatą. Drugi, Giorgio Perlasca, włoskim przedsiębiorcą z fałszywym paszportem hiszpańskim.

Szwajcaria odgrywała rolę kluczową, bo poselstwo szwajcarskie, a konkretnie konsul Lutz, miał prawo 788 rodzinom wydać certyfikaty imigracyjne do Palestyny (wówczas brytyjskie terytorium mandatowe) i 7800 paszportów chroniących ich właścicieli. Za zgodą Lutza wydano jednak 30 tys., a może i więcej, takich paszportów. Młodzi syjoniści pracujący w poselstwie z narażeniem życia dostarczali autentyczne i fałszywe paszporty lokatorom domów z sześcioramienną gwiazdą. Te dokumenty chroniły także przed przymusową pracą. Aby wprowadzić w błąd strzałokrzyżowców, każdy paszport zaopatrywano w kolejny numer, których serie tak zmieniano, by żaden nie był wyższy niż dozwolony pułap 7800.

Gdy ja jeszcze kopałem rowy, ojciec wystarał się o taki dokument szwajcarski. Do dziś nie wiem, czy był autentyczny czy fałszywy. Ponieważ od 15 listopada wszyscy Żydzi, a także chrześcijanie uznani na mocy ustaw rasowych za Żydów, mieli być zgromadzeni w międzynarodowym getcie pod opieką różnych państw neutralnych, więc taki dokument był konieczny do uzyskania niezbędnego dla przeżycia przydziału na miejsce zamieszkania. Na międzynarodowe getto składało się 125 domów. Większość ich lokatorów, około 17 tys., mieszkała w tak zwanych budynkach szwajcarskich, 4,5 tys. w szwedzkich, reszta w hiszpańskich, watykańskich i portugalskich.

W połowie listopada zaprowadzono nas, właścicieli takiego paszportu ochronnego, z niewielkim bagażem do pobliskiego domu nr 47 w zaułku Hollána. Getto międzynarodowe było bezpieczniejsze niż wielkie getto, które zamknięto 10 grudnia 1944 r., a w nim 65 do 70 tys. ludzi. Zarówno w getcie, jak i w domach ochronnych poupychano 30, a czasem nawet i 50 osób w dwu-, trzypokojowych mieszkaniach. Różnica polegała na tym, że nieżydowskim przyjaciołom łatwiej było dostarczać żywność i lekarstwa do domów ochronnych niż do lepiej pilnowanego getta węgierskiego.

Jeszcze istotniejsza była kwestia bezpieczeństwa. Wszędzie szalały bandy strzałokrzyżowców i ich urzędniczych pomagierów. Plądrowano, rabowano, mordowano, nie hamując się także przed domami pod międzynarodową ochroną, szpitalami czy domami dziecka. Wszyscy żydowscy mieszkańcy wciąż bali się o swe życie, przy czym jednak dyplomaci i ich węgierscy współpracownicy mogli lepiej chronić mieszkańców domów będących pod ich opieką.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną