Zagłada węgierskich Żydów

Nad strasznym czarnym Dunajem
Budapeszt 1944 r., deportacja Żydów do obozów zagłady
akg-images/EAST NEWS

Budapeszt 1944 r., deportacja Żydów do obozów zagłady

Prof. Paul Lendvai
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. Paul Lendvai

Tacy aniołowie stróżowie, jak Wallenberg i Lutz, czy nuncjusz papieski Angelo Rotta, uratowali tysiące ludzi. Jednak najodważniejszym był chyba Giorgio Perlasca. Ten włoski przedsiębiorca był pierwotnie faszystą i w czasie hiszpańskiej wojny domowej poznał późniejszego ambasadora Hiszpanii w Budapeszcie. Drugą fazę wojny spędził na Węgrzech. Nawet otrzymał hiszpański paszport. Gdy hiszpański ambasador wraz z innymi dyplomatami opuścił okrążone przez Armię Czerwoną miasto, Perlasca zamiast zająć się ratowaniem własnej skóry, udawał nowego oficjalnego przedstawiciela Hiszpanii. Wkrótce opowiadano legendy o dyplomacie z faszystowskiej Hiszpanii Jorge Perlasce, osobiście angażującym się na rzecz zagrożonych Żydów i przyjmującym ich do domów pod hiszpańską opieką. Innych ratował, gdzie się tylko dało, uporczywie negocjując i grożąc zarówno Węgrom, jak i Niemcom. Według oficjalnych danych temu niezwykłemu człowiekowi zawdzięcza życie około 3 tys., a nieoficjalnych ponad 5 tys. Żydów. Po wojnie Perlasca wrócił do Włoch, gdzie prowadził niepozorne życie, uratowani Żydzi odnaleźli go przez przypadek dopiero po latach. Ta fantastyczna historia „banalności dobra” została następnie sfilmowana przez włoską telewizję i opisana w książce. W 1990 r. Perlasca otrzymał wysokie odznaczenia na Węgrzech, w Izraelu i we Włoszech.

Jeszcze jako starzec Perlasca dobrze pamiętał okrucieństwa, zwłaszcza masowe egzekucje na nabrzeżu Dunaju: „Setki, a właściwie tysiące ludzi spędzano wtedy na nabrzeże. Gdy zapędzono ich na nabrzeże, gdzie ich rozstrzeliwano, wołali, błagając o pomoc. Musieli zdjąć buty i byli wiązani za ręce dwójkami czy trójkami. Strzelano tylko do jednego, który padając, wciągał pozostałych do lodowatej wody!!!”.

Umundurowani strzałokrzyżowcy zatrzymywali na ulicy Żydów lub osoby podejrzane i z mostów wrzucali do lodowatego Dunaju. Również my z zaułku Hollána słysząc w okolicy – a mieszkaliśmy kilkaset metrów od nabrzeża – rozwrzeszczane kolumny marszowe węgierskich nazistów, drżeliśmy o nasze życie. W czasie jednego z takich nalotów na dom pod międzynarodową ochroną dosłownie w ostatnim momencie pojawił się neutralny dyplomata z węgierskim tłumaczem. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy był to Wallenberg, Lutz czy Perlasca, ale jego interwencja była skuteczna.

Wszystkie kroniki tej strasznej zimy, również wspomnienia Perlaski, odnotowują, że w czasie, gdy mordowano tysiące ludzi, a ze wschodnich przedmieść Budapesztu dochodziła kanonada artyleryjska, na budapeszteńskich stadionach rozgrywano mecze piłkarskie, otwarte też były kina, teatry, restauracje i kawiarnie. Tuż przed Bożym Narodzeniem plakaty w księgarniach zapowiadały nowości. Perlasca opowiada, że choć do ostatniej chwili trwały egzekucje, to kluby nocne i winiarnie były pełne. On sam nigdy nie zapomniał takiej oto sceny: „Ja sam widziałem, jak ofiary (wiele setek ludzi) musiały powiązane parami, bez butów i całkowicie nago przesuwać się przez około dwa kilometry. Potem kazano im uklęknąć przed kawiarniami Hungaria i Negresco, gdzie zabijano ich strzałem w potylicę”.

Budapeszt zapłacił wysoką cenę za rozkaz Hitlera obrony każdego domu w twierdzy Budapeszt. Peszteńska strona Budapesztu została wyzwolona 18 stycznia – my przy zaułku Hollána już 13 stycznia. W nocy 18 stycznia Niemcy wysadzili wszystkie mosty na Dunaju. Jednak dla nas i dla wielu innych po peszteńskiej stronie wojna trwała nadal, ponieważ byliśmy ostrzeliwani ze wzgórz w Budzie po drugiej stronie Dunaju. Dopiero 13 lutego bezsensowne walki zakończyły się także w dzielnicy zamkowej.

W Budapeszcie broniony jest Wiedeń, pisał wówczas nazistowski tygodnik „Das Reich”. Na skutek taktyki spalonej ziemi musiało zginąć 20 tys. ludności cywilnej oraz dziesiątki tysięcy węgierskich, niemieckich i radzieckich żołnierzy. Zniszczone zostały całe dzielnice – 30 tys. budynków.

Mimo słabości węgierskiego ruchu oporu trzeba jednak doceniać fakt, że w Budapeszcie mogło przetrwać 25 tys. ludzi – jedni na fałszywych papierach, inni przechowani przez nieżydowskich przyjaciół i krewnych. I tak dopiero po wojnie dowiedziałem się, że dyrektor mojego gimnazjum dr József Hittrich w bunkrze przeciwlotniczym i innych pomieszczeniach naszej szkoły przez pewien czas ukrywał ponad pięćdziesiąt osób: Żydów, dezerterów, członków ruchu oporu.

Ogromna większość tych Węgrów, którzy nie występowali ani przeciwko niemieckiej władzy okupacyjnej, ani przeciwko terrorowi strzałokrzyżowców, ani nie brali udziału w aryzacji czy późniejszych grabieżach, odwracała wzrok i zatykała sobie uszy, nie przykładając rąk do procesu zagłady. Równocześnie deportacje 440 tys. ludzi, a także marsz śmierci nigdzie nie spotkały się z wyraźnym protestem.

Jeszcze w ostatnich miesiącach i tygodniach straszliwych rządów strzałokrzyżowców w Sopronköhida przy granicy z Austrią zamordowano politycznych i wojskowych przywódców niekomunistycznego podziemia, a wielu intelektualistów i duchownych aresztowano, wśród nich biskupa Veszprém, Józsefa Mindszentyego.

***

Prof. Paul Lendvai, pochodzący z Węgier publicysta austriacki, jest jednym z najwybitniejszych znawców Europy Środkowo- i Południowo-Wschodniej. Po polsku właśnie ukazała się jego książka „Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach”. Powyższy szkic jest fragmentem książki „Na czarnych listach”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną