Historia

Lokatorzy państwa Dolittle

Jak wyglądało życie Jana i Antoniny Żabińskich, bohaterów nowej hollywoodzkiej produkcji?

Jessica Chastain jako Antonina Żabińska Jessica Chastain jako Antonina Żabińska Youtube
Podczas wojny w domu Jana i Antoniny Żabińskich schronienie znalazło w sumie kilkuset Żydów. „Azyl” – hollywoodzka adaptacja ich historii – właśnie debiutuje w polskich kinach.

W listopadzie 1943 r. przed drzwiami willi dyrektora warszawskiego ogrodu zoologicznego stanęła Regina Kenigswein. Byli z nią sześcioletni syn Mieczysław i czteroletnia córka Stefania. Kilka tygodni wcześniej – kiedy rozpoczęły się masowe wywózki do Treblinki – cała trójka wraz mężem Samuelem uciekła z getta. Przez pewien czas mieszkali przy ul. Karolkowej, ale kiedy skończyły się im pieniądze, musieli szukać innej kryjówki. Mieczysław zapamiętał, jak ojciec powiedział do matki: „Spróbujmy w zoo”.

Kenigsweinowie znali Żabińskich na długo przed wojną. Ojciec Reginy był wieloletnim dostawcą warzyw i owoców do zoo. Zaprosił nawet dyrektorostwo na wesele córki, kiedy ta wychodziła za mąż za Samuela – znanego w Warszawie pięściarza żydowskiego klubu Makabi. Aby dostać się na drugą stronę Wisły (zoo było, jak i dziś, na Pradze), potrzebowali jednak pomocy. Dorożkę, w której się ukryli, zorganizował 19-letni Zygmunt Piętak. Aby zmylić żandarmów, oblał wóz oraz ubrania wódką i sam udawał pijanego. Na moście Kierbedzia stały dwa niemieckie posterunki, ale jakimś cudem żaden ze strażników nie zajrzał do środka.

Dorożka dojechała pod willę Żabińskich. Otworzyła im żona dyrektora Antonina. W jej wojennych wspomnieniach „Ludzie i zwierzęta” czytamy: „Przed moimi oczami stała Regina, zmieniona nie do poznania. Ale nie tyle wygląd jej, co bijący z oczu smutek wytrącił mnie z równowagi (…). Ogarnęło mnie piekące uczucie wstydu za własną bezsilność i lęk”. Żabińscy o nic nie pytali.

Dzieci trafiły do piwnicy w willi, a Samuel i Regina ukryli się w klatkach dla zwierząt. Kenigsweinowie nie wiedzieli, że nie są pierwszymi uciekinierami z getta, którzy przebywają w zoo. W czasie wojny bezpieczną kryjówkę pod skrzydłami Antoniny i Jana Żabińskich znalazło w sumie kilkuset Żydów i związanych z AK Polaków.

Pod zwariowaną gwiazdą

Antonina Żabińska, z domu Erdman, urodziła się w 1908 r. w Petersburgu. Dorastała jednak w Taszkiencie, ponieważ jej ojciec, inżynier, budował kolej transsyberyjską. Jej rodzice zginęli, kiedy w Rosji rozpoczęła się rewolucja. Po maturze Antonina przyjechała do Polski. W Warszawie poznała Jana Żabińskiego, 11 lat starszego zoologa i fizjologa, który został pierwszym dyrektorem warszawskiego ogrodu zoologicznego. Otwarty w 1928 r. ogród, na który stolica czekała od czasu odzyskania przez Polskę niepodległości, z dnia na dzień stał się wizytówką miasta.

Placówka rozwijała się znakomicie – powstały małpiarnia, słoniarnia i budynek dla żyraf. Dumą i chlubą placówki była słonica Tuzinka (jako dwunasty słoń na świecie, który urodził się w niewoli). Żabińscy mieszkali w modernistycznej willi na terenie ogrodu, gdzie zawsze roiło się od zwierzaków. Wśród domowników były m.in. kakadu, zając polarny, prosiak, mały borsuk i szczur piżmowy. Do obowiązków Antoniny należało karmienie oraz oporządzanie chorych i porzuconych stworzeń, które wraz z Janem przygarniali pod swój dach.

Ogród zoologiczny bardzo ucierpiał w czasie pierwszych bombardowań Warszawy we wrześniu 1939 r. Ptaszarnia i małpiarnia spłonęły, nad zoo krążyły uwolnione z wolier sępy i kondory, w pobliżu błąkały się jelenie, a foki dostały się do Wisły. Istniało niebezpieczeństwo, że drapieżniki wydostaną się na wolność. Antonina podjęła więc trudną decyzję o rozstrzelaniu groźnych podopiecznych. „Wszyscy milczeli, jeden z dozorców płakał” – powściągliwie pisała Żabińska. Początkowo Niemcy chcieli ogród zlikwidować. Co ciekawsze okazy miały zostać wywiezione do Berlina, Hanoweru i Wiednia, a reszta zwierząt – rozstrzelana. Całe przedsięwzięcie nadzorował Lutz Heck, dyrektor berlińskiego zoo i zarazem wielki faworyt Hitlera, owładnięty ideą odtworzenia wymarłego w XVII w. tura.

Kiedy zabrano już większość cennych okazów, łącznie ze słonicą Tuzinką, Heck zaprosił do ogrodu kilku gestapowców na prywatne polowanie. „Jak ozdrowieńca zwala z nóg nawrót gorączki, tak nas ścięło z nóg powtórne wykańczanie zwierząt” – czytamy w „Ludziach i zwierzętach”.

Ostatecznie władze okupacyjne zdecydowały, że na terenie zoo powstanie ferma świń. Żabiński znów mógł zatrudnić zwolniony wcześniej personel, hodowla dawała też nadzieję na pożywienie. Dyrektor – jako weteran wojny polsko-bolszewickiej – miał duże doświadczenie wojskowe i działał w konspiracji. Dokarmiał żołnierzy podziemia, przechowywał broń. Wokół ich domu stale kręciło się mnóstwo ludzi. Tuczarnia, a potem ogródki działkowe potrzebowały stałych dostaw; w ich działanie było zaangażowanych wiele osób. Zoo odwiedzali też niemieccy oficerowie i urzędnicy. Być może właśnie dzięki ciągłemu natłokowi ludzi willa Żabińskich – znana w podziemiu jako dom pod zwariowaną gwiazdą – była idealnym schronieniem dla tych, którzy nie chcieli być zauważeni.

Bażanty

Pierwszymi ludźmi, których przechowano w zoo, byli dwaj młodzi akowcy, którzy schronili się w bażanciarni. Od czasu ich pobytu każdy, kto tam się ukrywał, był nazywany bażantem. Ośmioletni Ryszard, najmłodszy syn Żabińskich, którego matka nazywała Rysiem, był głównym dostarczycielem żywności do kryjówek. Kiedy dostawał od mamy polecenie: zanieś śniadanie bażantom, doskonale wiedział, o kogo chodzi.

Jesienią 1940 r. Jan Żabiński wszedł w posiadanie niezwykłej kolekcji. Tuż przed przymusową przeprowadzką do getta dr Szymon Tenenbaum – wybitny entomolog – oddał mu pod opiekę zbiór liczący kilkaset tysięcy owadów, w sumie ponad 300 oszklonych pudeł. Wkrótce losami kolekcji zainteresował się kierownik Arbeitsamtu (niemieckiego urzędu pracy) w getcie, prywatnie zapalony miłośnik owadów. Przyjeżdżał do zoo parokrotnie, a Żabiński uzyskał od niego zgodę na wjazd do getta, kiedy tylko zajdzie potrzeba.

Miał stamtąd zabierać odpadki dla hodowanych w ogrodzie świń. Zamiast tego zabierał ludzi. Pierwszymi osobami, które wyprowadził z getta, były Irena i Eleonora, żona i córka Szymona Tenenbauma. Eleonora opowiadała później: „Ledwie minęliśmy bramę [getta] zobaczyłam dwóch strażników. Struchlałam. (…) Chciałam szepnąć doktorowi: »Biegnijmy! «. Ale on, jak na złość, zatrzymał się i schylił, żeby podnieść niedopałek papierosa. Potem spokojnie wziął mnie pod rękę i wolnym krokiem skierował się w stronę Wolskiej”. Sam Tenenbaum odmówił wyjścia z getta. Zmarł z wycieńczenia w czerwcu 1941 r. Jego kolekcja przetrwała jednak okupację – obecnie zbiory są digitalizowane przez Polską Akademię Nauk.

Szybko okazało się, że ogród może być azylem dla większej liczby osób – Jan Żabiński nawiązał kontakt z Żegotą (Radą Pomocy Żydom), a jego akcja nabierała rozmachu. Willa i ogród zoologiczny stały się miejscem przesiadkowym dla Żydów zbiegłych z getta. Zatrzymywali się tam do czasu wyrobienia nowych dokumentów albo znalezienia kolejnej kryjówki. Na terenie domu ukrywający się mieli do dyspozycji kilka pomieszczeń w piwnicach.

Prowadziły do nich wąskie schody z kuchni. Z piwnicy wiódł też tunel, którym mogli przedostać się do wolier z ptakami. Najtrudniejszą rzeczą było zapewnienie wyżywienia dla tej stale powiększającej się grupy. Antonina wykazała się na tym polu wielką pomysłowością: piekła chleb i wydawała obiady, w przydomowym ogródku uprawiała jarzyny, hodowała drób i króliki, a zastrzelone przez niemieckich żołnierzy gawrony potrafiła podać na obiad zamiast kuropatw.

Żabińscy wiedzieli, że muszą być nad wyraz ostrożni. Dyrektor dbał o zachowanie tajemnicy nawet przed personelem zoo. Córka Żabińskich Teresa w rozmowie z Beatą Kęczowską wspomina: „Mieliśmy opracowany sygnał – fragment z operetki Offenbacha »Piękna Helena«. Kiedy matka zaczynała grać na pianinie, nucić albo pogwizdywać »Jedź, jedź, jedź na Kretę...«, wszyscy musieli się natychmiast chować”. Pomimo różnych środków ostrożności losy azylu w zoo parokrotnie wisiały na włosku. Przechowywana przez Żabińskich Irena Mayzel wspominała, że jedna z córek Marcelego Lewi-Łebkowskiego była psychicznie chora i którejś niedzieli „dziewczyna dostała ataku – wydostała się na teren ogrodu. Wypadek miał miejsce latem, po południu, kiedy w zoo było mnóstwo ludzi”.

Dekonspiracji udało się jednak uniknąć. Żabińscy żyli w dużym napięciu, choć tego nie pokazywali. Dyrektor podziwiał spokój swojej żony i łączył go z jej umiłowaniem zwierząt: „Obserwacje zwierząt dały jej jakiś instynkt, który czynił ją nieustraszoną w obronie swojego własnego gatunku. A pewność siebie rozbrajała najbardziej nawet wrogich ludzi”.

Szpaki i wiewiórki

Ze względów bezpieczeństwa Kenigsweinowie zostali rozdzieleni. Dzieci mieszkały w podziemiach willi, a Regina z Samuelem w pobliskiej bażanciarni. Z relacji Antoniny wynika, że dzieci były „spoufalone z konspiracją”. Godzinami zachowywały absolutną ciszę, chodziły bezszelestnie, leżały bez ruchu. Po latach sześcioletni wówczas Mieczysław wspominał: „Myślałem o tym, co powiedział mi ojciec »Mieciu, żeby żyć, trzeba być bardzo cicho«”. Zakrywałem Stefci buzię, kiedy zaczynała płakać i tuliłem ją. Pamiętam, że zasypialiśmy ze zmęczenia, z tej bezczynności”.

Po kilku tygodniach Kenigsweinowie przygotowywali się do opuszczenia zoo. Antonina chciała rozjaśnić im włosy perhydrolem, ale zamiast blondu wyszła ognista czerwień. W efekcie rodzina otrzymała kryptonim Wiewiórki, a włosy trzeba było ściąć. Kenigsweinowie przeżyli wojnę, po 1945 r. zamieszkali w Dzierżoniowie. Później, w latach 50., wyjechali do Izraela.

Jeszcze przed rodziną Kenigsweinów w zoo schroniła się Magdalena Gross. Jej znajomość z Żabińskimi również sięgała lat 30. Jako rzeźbiarka zafascynowana światem zwierząt była w zoo częstym gościem, a dyrektor zachęcał ją do odwiedzin i traktowania ogrodu jako plenerowego studia. Podczas okupacji nie zamieszkała w getcie i ukrywała się pod przybranym nazwiskiem. Jako że jej twarz była jednak dość znana, zwróciła się o pomoc do Jana i Antoniny.

Dyrektor i jego żona nazwali ją Szpakiem. Magdalena Gross ukrywała się na strychu lub ściennej szafie. Bardzo zżyła się z Antoniną – wspólnie zajmowały się kuchnią, a rzeźbiarka ugniatała ciasto. Ten stan nie trwał długo – jeden z pracowników zoo zauważył jej obecność. Jan postanowił więc, że dla bezpieczeństwa wszystkich Szpak musi zmienić kryjówkę. Przez kolejne półtora roku mieszkała na Saskiej Kępie. Potajemnie wyszła za Maurycego Fraenkela, który ukrywał się u Żabińskich w tym samym czasie co ona. Po powstaniu warszawskim oboje przenieśli się do Lublina, a Gross rzeźbiła głowy kukiełek dla teatru lalkarskiego. Wojna nadszarpnęła jednak jej zdrowie – zmarła w 1948 r.

Rachela Auerbach była pisarką, dziennikarką i współpracowniczką Żegoty – jej „Pisma z getta warszawskiego” to niezapomniana kronika życia po tamtej stronie muru. Auerbach nie mieszkała u Żabińskich na stałe, ale często przyprowadzała do willi ludzi, którzy potrzebowali schronienia. Jedną z nich była Eugenia Sylkes, która bardzo słabo mówiła po polsku, Antonina zatrudniła ją więc jako krawcową i poleciła udawać niemowę.

Cisi bohaterowie

W sierpniu 1944 r., kiedy rozpoczęło się powstanie, Jan poszedł walczyć, a następnie trafił do oflagu. Antonina, która niedawno urodziła córkę Teresę, została sama. Wyjechała z Warszawy, schroniła się z dziećmi na wsi. Wróciła na początku 1945 r. Willa była cała, choć bez drzwi, podłóg i mebli. Od pierwszego dnia żona dyrektora zaczęła starać się o sprowadzenie zwierząt i ponowne otwarcie zoo. Wkrótce do Warszawy wrócił uwolniony Jan. Wojenne wspomnienia Antoniny kończą się radosną sceną, gdy w 1948 r. razem z synem odbierają w Gdyni zwierzęta, które przypłynęły do reaktywowanego ogrodu.

Szczęście nie trwało jednak długo. W 1951 r. Jan stracił posadę dyrektora. Jego niepodległościowa przeszłość nie była atutem w nowej rzeczywistości. Ożywiona działalność, jaką prowadził podczas wojny, również obróciła się na jego niekorzyść – rozpuszczano nawet plotki sugerujące współpracę Żabińskiego z Niemcami. Rodzina musiała wyprowadzić się z willi i przenieść do mieszkania na Mokotowie. Jan już nigdy nie przestąpił progu zoo, nie pozwalał też chodzić do ogrodu dzieciom. Pozostała mu praca w Polskim Radiu, gdzie prowadził bardzo popularne audycje o zwierzętach.

Najtrudniej zmianę przeżyła jednak Antonina. „Mama załamała się. Nagle skończyło się jej całe aktywne życie” – wspominała ich córka Teresa. Resztę życia spędziła na pisaniu książek, publikowała też w magazynach dla młodzieży, przygotowywała przekłady. Jej książki o zwierzętach: „Dżolly i s-ka”, „Rysice”, „Borsunio”, doczekały się niedawno wznowień wydawniczych. Zmarła w 1971 r., Jan trzy lata po niej.

Długi czas historia azylu w warszawskim zoo znana była jedynie w wąskich kręgach. Po raz pierwszy głośno o działalności Żabińskich zrobiło się w 2007 r., kiedy amerykańska pisarka Diane Ackerman napisała książkę o ich losach. „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo” – oparta na wspomnieniach Antoniny – stała się wydawniczym hitem. Dopiero w 2015 r. willa Żabińskich została zrewitalizowana i udostępniona zwiedzającym. Za sprawą książki Ackerman historią Żabińskich zainteresowało się też Hollywood. W debiutującym na ekranach polskich kin filmie „Azyl” w rolę Antoniny wcieliła się Jessica Chastain.

Antonina i Jan nigdy nie uważali, że dokonali bohaterskich czynów. Jan swoją działalność widział raczej jako konsekwencję „postępowo-humanistycznego wychowania”. Ich syn Ryszard w wywiadzie dla Polskiego Radia w 2009 r. mówił z kolei: „Tak, groziła nam śmierć, ale wydaje mi się, że to było naturalne zachowanie. (…) W tych czasach wielu ludzi ryzykowało życiem. Można powiedzieć – tak wyglądało życie”. W 1965 r. Jan i Antonina Żabińscy otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną