Historia

Urny zdalnie sterowane

Tak się głosowało w PRL

Drugie po wojnie wybory do Sejmu. Głosowanie w klinice położniczej przy ul. Karowej w Warszawie, 26 października 1952 r. Drugie po wojnie wybory do Sejmu. Głosowanie w klinice położniczej przy ul. Karowej w Warszawie, 26 października 1952 r. Andrzej Piwoński / PAP
W 2019 r. czeka nas maraton wyborczy. Warto przypomnieć, jak wyglądały głosowania w PRL.
Władysław Gomułka (w kapeluszu) wraz z żoną Zofią (po lewej) wraca do domu po głosowaniu w wyborach do Sejmu, styczeń 1957 r.Tadeusz Kubiak/CAF/PAP Władysław Gomułka (w kapeluszu) wraz z żoną Zofią (po lewej) wraca do domu po głosowaniu w wyborach do Sejmu, styczeń 1957 r.

Powojenne rządy PPR, a następnie PZPR nigdy nie miały demokratycznej legitymacji. Podobnie jak w ZSRR i innych krajach socjalistycznych, w PRL regularnie organizowano co prawda wybory do organów władzy przedstawicielskiej (do Sejmu i rad narodowych), które nie miały jednak wiele wspólnego z demokratycznymi procedurami wyłaniania reprezentacji. Swoistym paradoksem państw bloku wschodniego pozostawał fakt, iż imitowały one jedną z podstawowych procedur życia politycznego zachodnich demokracji liberalnych, w stosunku do których stały w opozycji.

„Jak uczy doświadczenie – stwierdził 11 stycznia 1957 r. w rozmowie z chińskim premierem Zhou Enlaiem Władysław Gomułka – komuniści w żadnym kraju nie zdobyli władzy państwowej na drodze wyborów parlamentarnych, tym bardziej więc nikt nie może liczyć na to, że na tej drodze można ich od władzy odsunąć”. Pierwszy sekretarz KC PZPR doskonale wiedział, co mówi. Mógł odwołać się przy tym do własnych doświadczeń. Jako sekretarz generalny PPR nadzorował przygotowania i przebieg tzw. referendum ludowego z czerwca 1946 r. oraz wyborów do Sejmu Ustawodawczego ze stycznia 1947 r. Podczas poprzedzających je kampanii wyborczych dokonano brutalnej rozprawy z działającą jeszcze legalnie opozycją – Polskim Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Pracy, zaś wyniki obu głosowań sfałszowano.

Kolejne wybory odbyły się w październiku 1952 r., trzy miesiące po uchwaleniu nowej, „ludowej” konstytucji. Po raz pierwszy wyłoniono wówczas Sejm PRL. Wyboru posłów nie dokonali jednak ludzie przy urnach. Było to bodaj najbardziej kuriozalne głosowanie spośród wszystkich przeprowadzonych w Polsce pod rządami PZPR: o 425 mandatów poselskich ubiegało się dokładnie tylu kandydatów. Dla obywateli aż po 1985 r. decyzja w wyborach sejmowych sprowadzała się przede wszystkim do tego, czy w nich uczestniczyć.

Pod głosowanie poddawano tylko jedną listę wyborczą. W 1952 r. była to lista Frontu Narodowego, w latach 1957–80 Frontu Jedności Narodu, a w 1985 r. Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Ordynacje wyborcze zakładały możliwość rejestracji wielu list, spośród których wyborcy mogliby dokonywać wyboru podczas głosowania, jednak nigdy do tego nie doszło. Większe znaczenie miały przepisy zakładające, że ważne są także głosy wrzucone do urn bez jakichkolwiek ingerencji wyborców (i tak w istocie zazwyczaj głosowano). Lista posłów znana była więc de facto już przed wyborami. Projektowano ją według klucza politycznego i społeczno-zawodowego podczas układania list FN/FJN/PRON w gremiach kierowniczych PZPR. Posłami zostawali kandydaci z tzw. miejsc mandatowych. Tylko raz w całej historii PRL – w 1957 r. w okręgu nowosądeckim – wydarzyło się, że osoba zamieszczona na takim miejscu nie uzyskała wymaganej bezwzględnej większości głosów.

W tej sytuacji wskaźnikami, które pozwalały władzom mówić o sukcesie wyborczym, były frekwencja oraz liczba głosów oddanych bez skreśleń. Liderzy PZPR przykładali dużą wagę do mobilizacji wyborczej. Wyniki miały świadczyć o jednomyślności socjalistycznego społeczeństwa i zjednoczeniu wszystkich obywateli, także bezpartyjnych, wokół celów wytyczanych przez kolejne zjazdy partii.

Oficjalne dane na temat frekwencji wyborczej w wyborach do Sejmu PRL w latach 1952–80 oscylowały między 94 a 99 proc., zaś na listy FN/FJN padało zawsze blisko 100 proc. głosów. Dla porównania średnia frekwencja wyborcza w latach 1979–95 w krajach zachodnioeuropejskich, w których udział w głosowaniach był obowiązkowy (prawnego obowiązku głosowania nie mieli obywatele PRL) – w Austrii, Belgii, Luksemburgu oraz we Włoszech – kształtowała się na poziomie od 78 do 93,9 proc. Nieco mniejszą frekwencję – 78,86 proc. – ogłoszono po wyborach do Sejmu PRL w 1985 r. Miały na to wpływ działania podjęte przez działaczy podziemnej Solidarności, którzy nawoływali do bojkotu oraz ogłosili, że będą wybory bacznie obserwować. Onieśmieliło to członków obwodowych komisji wyborczych do podejmowania na szeroką skalę działań, za pomocą których poprawiano wyniki peerelowskich wyborów we wcześniejszych latach.

Manipulacje

To właśnie w obwodach, na najniższym szczeblu liczenia głosów, dopuszczano się największych fałszerstw. Wynikało to z jednej strony z odgórnych nacisków władz centralnych, które nie chciały same ingerować w dokumentację wyborczą, z drugiej – inwencji lokalnych działaczy, którzy chcieli wykazać się przed swoimi politycznymi zwierzchnikami. „Liczyły się – wspominał wybory w 1976 r. były I sekretarz KW PZPR w Radomiu Janusz Prokopiak – końcowe rezultaty i frekwencja, i ilość skreśleń, a więc, czy dziewięćdziesiąt osiem i pół procenta czy dziewięćdziesiąt dziewięć i jedna dziesiąta. Na takim poziomie rozgrywała się swoista rywalizacja między województwami. Ważne były dziesiąte części procenta, do osobliwej statystyki, która zawsze była podstawą politycznej oceny, a każdy chciał wypaść celująco. (…) Dyżurni KC nie ujawniali frekwencji w innych województwach. Zawsze informowano nas: »ciągniecie się w ogonie«. To była taka swoista mobilizacja”. Kiedy w 1980 r. dane o frekwencji wyborczej w województwie gdańskim okazały się nieznacznie niższe od średniej w całym kraju (różnica wynosiła niespełna 4,5 proc.), I sekretarza KW w Gdańsku Tadeusza Fiszbacha wezwano na rozmowę dyscyplinującą do KC.

Starania aktywu terenowego o zapewnienie zadowalających władze rezultatów wyborów rozpoczynały się na długo przed dniem głosowania. Ich pierwszym etapem było odpowiednie przygotowanie spisów wyborców. Prezydia rad narodowych wykreślały z nich osoby, co do których spodziewano się, że nie wezmą udziału w wyborach. Podstawą do wykreślenia mogło być wystawienie fikcyjnego zaświadczenia o prawie głosowania poza miejscem zamieszkania. Wyborca, na którego wystawiono taki dokument, był wykreślany ze spisu w swoim miejscu zameldowania i nawet jeśli nie wziął udziału w głosowaniu gdzie indziej, jego nieobecność nie obniżała frekwencji. Skali tego zjawiska nie można już dziś odtworzyć. Część bowiem zaświadczeń wydawana była legalnie, na prośbę samych zainteresowanych. Samowolne wykreślanie wyborców ze spisów przez urzędników wykrywała niekiedy inspekcja PKW. Zdarzyło się tak m.in. w 1972 r. we Wrocławiu, Ełku i Krakowie.

Jednym z wielu interesujących, wykrytych i zastopowanych przez inspektorów przypadków był konkurs ogłoszony przez Dzielnicowy Komitet FJN Wrocław-Krzyki w 1976 r. Jednym z kryteriów, na których podstawie planowano oceniać w nim pracę obwodowych komisji wyborczych, była wysokość frekwencji osiągnięta w poszczególnych obwodach.

Głosowanie w zastępstwie

Popularną metodą zawyżającą frekwencję było umożliwianie wyborcom przez obwodowe komisje wyborcze głosowania w zastępstwie. „Dnia 23 marca 1980 r. – opisywał swoje doświadczenia w tym zakresie w liście do przewodniczącego PKW Mieczysław Bielecki z Łopiennika Górnego – o godzinie 15 przybył do mnie samochodem miejscowy sołtys wsi Łopiennik Podleśny (…) ażebym pojechał oddać głos. Temuż sołtysowi oświadczyłem, że za chwilę przyjadę rowerem tylko zjem obiad, bo jestem głodny. Lecz sołtys oznajmił, że już wszyscy oddali głos, tylko ja zostałem i nie mogą podsumować wyniku. Wobec tego oświadczyłem sołtysowi, ażeby w moim imieniu zagłosował. Upoważniłem tegoż sołtysa, ażeby za mnie wrzucił kopertę do urny bez skreśleń, na co sołtys wyraził zgodę. W ubiegłych okresach podczas głosowania widziałem naocznie, jak niektórzy głosowali za swych znajomych, sąsiadów lub rodziny, na co mężowie komisji wyrażali zgodę i z tych powodów upoważniłem sołtysa do oddania głosu w moim imieniu. Teraz słyszałem, że mój głos w ogóle nie był oddany, jakbym odmówił głosowania, że mężowie komisji w Łopienniku Dolnym celowo to uczynili, ażeby podważyć moją opinię i zaszkodzić mnie w innej sprawie. Nie wiem, czy to jest prawda, wobec tego zwracam się do przewodniczącego PKW o sprawdzenie, czy głosowałem 23 marca. Ta sprawa jest dla mnie ważna, zależy mi na dobrej opinii, więc proszę o wyjaśnienie”. W odpowiedzi dyrektor Biura Rad Narodowych Kancelarii Rady Państwa stwierdził, że nie można nikogo upoważnić do głosowania.

Tymczasem po kolejnych wyborach sejmowych inny wyborca – Józef Puzyniak ze Staszowa – skierował do Urzędu Gminnego w Kondratowicach pismo następującej treści: „Doszła do mnie wiadomość, że Komisja Wyborcza w pkt Żelewice doliczyła się frekwencji wyborczej w swoim punkcie wyborczym 100 procent w wyborach do Sejmu, które odbyły się w dniu 13 X 1985 r. Wobec powyższego proszę [o] poinformowanie mnie, kto głosował za mnie i za moją rodzinę: [w tym miejscu autor pisma wymienił z imienia i nazwiska pięciu członków rodziny]. Jak wiadomo mnie, ze Staszowa oprócz w/w 5 osób nie brało udziału jeszcze innych 15 osób. O ile ktoś za mnie głosował, to proszę mnie poinformować, kto to taki był, abym mógł mu podziękować”. Szansy na złożenie podziękowań autor pisma jednak nie otrzymał, gdyż nie doczekało się ono żadnej odpowiedzi. Nie jest zresztą powiedziane, że faktycznie miał komu być wdzięczny. Jeśli wymienione przez niego osoby nie zostały wcześniej wykreślone ze spisu wyborców przez urzędników z miejscowej rady narodowej, mogła to zrobić już w dniu głosowania obwodowa komisja wyborcza. Dowody obniżania liczby uprawnionych do głosowania zawierają zachowane protokoły obwodowych komisji wyborczych z różnych lat. Ich analiza jest zadaniem bardzo żmudnym – to dziesiątki tysięcy kart dokumentów pokrytych liczbami, sporządzanych według podobnego wzoru – prowadzi jednak także do innych ciekawych wniosków.

Bardzo często dokumentacja wyborcza była spisywana ołówkiem, co znacząco ułatwiało ewentualne fałszerstwa. Na niektórych protokołach widnieją ślady wymazywania pierwotnie wpisanych liczb i zastępowania ich innymi, niekiedy pierwotne dane po prostu wykreślano. Zmiany tylko czasami były parafowane przez członka komisji. Oprócz zmniejszania liczby wyborców liczne zmiany w dokumentacji widnieją także w rubrykach określających liczbę oddanych głosów nieważnych, które były przekwalifikowywane na głosy ważne. Zdarzało się, że osoby sporządzające protokoły wyraźnie gubiły się w ich treści. Np. według pierwotnej wersji protokołu komisji obwodowej nr 137 w okręgu wyborczym nr 36 w województwie gdańskim z 1952 r., w obwodzie obejmującym 1187 uprawnionych do głosowania oddano 1402 ważne głosy. W ostatecznej wersji dokumentu wpisano ołówkiem, że ważnych głosów padło 1185. Zmiana nie została opatrzona podpisem ani żadnym komentarzem. Wiele protokołów zawiera natomiast adnotacje dostarczające dodatkowych informacji o naciskach, które wywierano na wyborców – np. szczegółowe dane o powodach absencji wyborczej osób, które oparły się namowom do udziału w wyborach wysyłanych do ich domów aktywistów (w niektórych przypadkach niegłosujących wskazywano z imienia i nazwiska).

Ze strachu

To właśnie wspomniane naciski oraz wszechogarniająca propaganda i ogólna atmosfera kampanii wyborczych miały największy wpływ na frekwencję w peerelowskich głosowaniach. Fałszowaniem dokumentacji podnoszono ją jedynie o kilka, góra kilkanaście procent. Największa presja mobilizacyjna miała miejsce przed wyborami do Sejmu PRL I kadencji, które odbywały się w apogeum stalinizmu w Polsce. Za kratki można było wówczas trafić za opowiedzenie politycznego kawału czy słuchanie w domowym zaciszu zachodnich audycji radiowych. Udział w wyborach u wielu wyborców wynikał z obaw przed reperkusjami zachowań sprzecznych z oczekiwaniami rządzących. Później realne zagrożenie represjami znacząco zmalało, zaś wielu ludzi dało się przekonać, że głosowanie jest obywatelskim obowiązkiem. Władze wciąż jednak umiejętnie podtrzymywały obawy społeczne przed domniemanymi konsekwencjami absencji wyborczej. Na naradzie z pierwszymi sekretarzami komitetów wojewódzkich PZPR w kwietniu 1961 r. Władysław Gomułka radził, aby w celu zwiększenia frekwencji doklejać na plakatach i obwieszczeniach wyborczych „anonimowe” dopiski o treści: „kto nie głosuje, ten na liście figuruje”. „Wyborca sobie pomyśli – tłumaczył swój pomysł zgromadzonym – może na liście podatkowej albo do redukcji? Taki maleńki maszynopis można gdzieniegdzie przylepić, nic w tym złego”.

Działania władz podczas wyborów były tematem licznych skarg i listów wysyłanych przez obywateli do instytucji zaangażowanych w ich organizację. „Górnicy w Zabrzu opowiadają – relacjonował w liście do przewodniczącego PKW z 1980 r. anonimowy wyborca – i sam też to widziałem w 1976 r., że w lokalach wyborczych w składzie komisji albo obok komisji siedzi taki obserwator, który zapisuje tych wszystkich, co idą za kotarę i że tacy potem mają kłopoty w pracy z awansem i lepszą pracą. Że tacy obserwatorzy są, to mówili też członkowie komisji w lokalach wyborczych. Podobno wybory są tajne. Takie sprawy uchylają tajność”.

Koniec starych praktyk

Z różnych kręgów wychodziły propozycje zmiany formuły wyborów. Zazwyczaj po kolejnym kryzysie mówiono o „demokratyzacji”. Zmiany w ordynacjach miały jednak nikły wpływ na praktykę wyborczą. W 1957 r. za zamieszczeniem na liście wyborczej FJN liczby kandydatów większej od wybieranej liczby posłów poszło wezwanie do rezygnacji z wyboru poprzez głosowanie jawne i bez skreśleń. Ówczesne wybory różniły się jednak od wszystkich innych w PRL. Odbyły się bezpośrednio po burzliwych wydarzeniach Października ’56, kiedy do władzy powrócił Władysław Gomułka, cieszący się wówczas ogromną popularnością i autorytetem. Stały się swoistym plebiscytem poparcia dla nowej ekipy rządzącej i przede wszystkim – samego Gomułki.

Rozważane po kolejnej zmianie ekipy rządzącej koncepcje reform wyborczych po prostu się rozmyły. „Kiedy we wrześniu ubiegłego roku rozmawiałem z Gierkiem – zapisał pod datą 1 lutego 1972 r. w swoich dziennikach Mieczysław Rakowski – to m.in. poruszył tę kwestię [ordynacji wyborczej], mówiąc, że musimy mieć takie wybory, w których ludzie będą mogli »wybierać między Gierkiem a Rakowskim«. Od tej rozmowy minęło kilka miesięcy i już wszystko się zmieniło. Zachowano starą ordynację; rzekomo nie było czasu na opracowanie nowej. Jest to wierutna bzdura. Kierownictwo partii po prostu cofnęło się przed decyzją, która mogła zmienić sytuację polityczną w kraju. Ordynacja wyborcza, zawierająca alternatywę dla obywatela, mogłaby doprowadzić do wyeliminowania wielu partyjnych bonzów, którzy prawem kaduka roszczą sobie prawo do rządzenia krajem. Jak widać, kierownictwo partii zaczyna powoli, ale bez zahamowań, wracać do starych praktyk”.

Bez echa pozostał list otwarty adresowany do Gierka, podpisany m.in. przez byłego I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba oraz byłych sekretarzy KC Jerzego Albrechta i Jerzego Morawskiego (przed wyborami w 1957 r. członków sztabu kierującego kampanią wyborczą) z października 1977 r., opublikowany m.in. na łamach niemieckiego „Der Spiegel”. Jego autorzy wśród szeregu potrzebnych Polsce reform wskazywali zmiany w prawie, które umożliwiłyby obywatelom wolny, demokratyczny wybór Sejmu, rad narodowych i zarządów organizacji społecznych. Nowa ordynacja z 1985 r. w zderzeniu z rzeczywistością polityczną również nie doprowadziła do demokratyzacji procesu wyborczego – skład polityczny Sejmu PRL IX kadencji odpowiadał w 100 proc. opracowanym na kilka miesięcy przed dniem wyborów założeniom Wydziału Organizacyjnego KC PZPR, w myśl których 245 miejsc w ławach sejmowych zarezerwowano dla reprezentantów samej partii, 106 – przedstawicieli Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, 35 – Stronnictwa Demokratycznego, 74 – dla bezpartyjnych.

Wybory w PRL nie miały właściwie żadnego wpływu na kształt najwyższych władz kraju. Kiedy po kilkudziesięciu latach Polacy otrzymali wreszcie możliwość faktycznie demokratycznego wyboru 35 proc. składu Sejmu oraz przywróconego na podstawie ustaleń Okrągłego Stołu Senatu, okazało się, że jest tym zainteresowanych jedynie 62 proc. uprawnionych. Tyle właśnie wzięło udział w wyborach z 4 czerwca 1989 r., zaś w pierwszej turze wymaganą bezwzględną większość głosów uzyskało tylko dwóch kandydatów PZPR.

***

Autor jest doktorem nauk społecznych w dyscyplinie nauki o polityce. Wydał książkę „Bez wyboru. Głosowania do Sejmu PRL (1952–1989)”.

Polityka 3.2019 (3194) z dnia 15.01.2019; Historia; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Urny zdalnie sterowane"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną