Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Historia

Sezamowy sezon

Pozostłości Ptolemais są równie wielką atrakcją dla archeologów, jak i dla turystów Pozostłości Ptolemais są równie wielką atrakcją dla archeologów, jak i dla turystów DAVID HOLT / Flickr CC by SA
Polscy archeolodzy wydobyli w tym roku w libijskim Ptolemais 1,5 tys. zabytków! Dzięki nim budują coraz dokładniejszy obraz życia mieszkańców miasta, które w późnym antyku było jednym z ważniejszych ośrodków rzymskiej Afryki. A dla współczesnych stało się sezamem pełnym skarbów.

Archeolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego prowadzą w Ptolemais prace wykopaliskowe od 2001 r. Ich największym dotychczasowym osiągnięciem było odnalezienie rzymskiej willi ze wspaniałymi mozaikami. W tym roku również, w tzw. Pałacu Leukaktiosa, odsłonięto kolejną, trzynastą już mozaikę. Jednak to nie ona stała się największym hitem sezonu, odkryć było bowiem znacznie więcej. Archeolodzy znaleźli pod pałacem sześć cystern, a w nich pozostałości kolekcji rzeźb antycznych. Sam fakt, że cystern było aż tyle, nie jest niczym wyjątkowym. W nadmorskim Ptolemais pozbawionym źródeł słodkiej wody takie cysterny znajdowały się wszędzie. Gromadzona w nich woda była mieszkańcom miasta niezbędna do życia podczas trwającej ponad pół roku pory suchej. Na cembrowinach cystern widać wyraźne ślady ich używania, a ze środka wydobywane są naczynia, którymi czerpano wodę.

Rzeźby w dobrym tonie

W tym roku, nieomal równie często co zagubione naczynia, wyciągano z cystern fragmenty rzeźb. Do cysterny pod willą trafiły fragmenty posążku Afrodyty, grupy przedstawiającej satyra goniącego menadę, pozbawione głowy popiersie któregoś z władców, części posążku Asklepiosa i cyrenajskiego bóstwa Zeusa-Amona (przedstawionego z baranem na głowie), a także mała hellenistyczna główka portretowa (być może Aleksandra Wielkiego), główka wczesnoklasycznej rzeźby Ateny oraz piękna głowa Afrodyty. Najprawdopodobniej uszkodzone marmury wyrzucił ktoś do nieużywanej już cysterny.

– W połowie XX w. włoscy archeolodzy znaleźli w pobliskim Palazzo delle Collonne niezwykłą kolekcję dzieł sztuki hellenistycznej i staroegipskiej – przypomina prof. Tomasz Mikocki, szef wykopalisk w Ptolemais. – Kto wie, może również któryś z właścicieli „naszej” willi był zbieraczem rzeźby. Posiadanie w domu posągów należało do dobrego tonu, było wyrazem mody, a także dowodem wysokiej pozycji społecznej. W przypadkach kolekcjonowania grup erotycznych (a fragmenty takich marmurów również znaleźliśmy) mogło być też rodzajem antycznej pornografii na najwyższym poziomie. Z pewnością na takie hobby mógł sobie pozwolić tylko bogacz.

Zresztą mieszkańcy Ptolemais dbali o kulturę i wychowanie. Chłopcy pobierali nauki m.in. w gimnazjonie. W pobliżu takiego obiektu, zlokalizowanego w trakcie poprzedniej kampanii wykopaliskowej, znaleziony został m.in. dwumetrowy słup. Zapisano go z czterech stron nazwiskami urzędników organizujących zawody sportowe. Rejestr ów prowadzono ponad 150 lat, świadczą o tym różnice w kroju liter poszczególnych pozycji.

– Ludziom tym zależało na uwiecznieniu swoich imion z czystej pychy i pragnienia popularności – mówi prof. Ewa Wipszycka z Uniwersytetu Warszawskiego, która w tym roku dołączyła do zespołu badawczego. – Obecność imienia przodka na stojącym w publicznym miejscu słupie zapewniała też jego potomkom wysoką pozycję i ułatwiała im starania o urzędnicze stanowiska w mieście obsadzane w drodze wyborów. Wprawdzie grono elity miejskiej było szczupłe, ale walka między jej członkami bardzo ostra. Upajająca satysfakcja ze zwycięstwa w rywalizacji kompensowała przykrość natury finansowej: za pełnienie funkcji publicznych nie płacono, odwrotnie, trzeba było wykładać z własnej kieszeni pieniądze na organizacje igrzysk. Może to właśnie któryś z nauczycieli gimnazjonu był wielbicielem sztuki dawnych mistrzów i zaszczepił w swoich uczniach miłość do rzeźby?

Rzymska kasa sklepowa

Kolejne odkrycie czekało na archeologów przy ulicy przylegającej do willi. W szeregu pomieszczeń służących zapewne jako warsztaty lub sklepy, tuż obok warsztatu metalurgicznego (z zachowanym piecem do wytopu metalu), znajdował się niewielki kantorek. Natrafiono w nim na niezwykły skarb: górę rzymskich monet. – Na poziomie posadzki znaleźliśmy 566 monet ważących 12,5 kg – mówi prof. Mikocki.

– Stożkowa forma, w jakiej znaleźliśmy monety, dowodzi, że ich właściciel przechowywał je w jakimś worku, który nie przetrwał do naszych czasów.

W skład skarbu wchodziły monety brązowe i 15 srebrnych, wszystkie z II i III w. n.e. Najwięcej jest sesterców (czyli popularnych, dużych monet brązowych) wybitych w mennicy rzymskiej. Tylko dwie z nich – z Zeusem-Amonem na rewersie – wybito w pobliskiej Kyrene. – Najstarsze monety pochodzą z czasów Trajana (98–117) i są najsłabiej zachowane, gdyż były w obiegu przez blisko 150 lat, najmłodsze to monety Filipa I Araba (244–249) – tłumaczy archeolog Piotr Jaworski. – W naszym skarbie mamy na przykład monetę z przedstawieniem jelenia, wybitą z okazji obchodów tysiąclecia państwa rzymskiego. Cesarz wyprawił wówczas wielkie igrzyska, na które sprowadził egzotyczne zwierzęta z różnych stron świata. Ich podobizny polecił umieścić na rewersach.

W żargonie archeologicznym skarbem nazywa się zespoły monet, biżuterii czy innych wartościowych przedmiotów ukryte przez właścicieli w nadziei na późniejsze ich odzyskanie, do którego z jakichś powodów nigdy nie doszło. Najczęściej skarby znajdowane są w garnkach, kasetkach czy skrzyneczkach, które miały zapewnić im bezpieczne przechowanie w ziemi. W Ptolemais archeolodzy nie natrafili jednak na „sejf”, tylko raczej na „kasę”. – Tutaj mamy do czynienia zapewne z monetami, które stanowiły dochód właściciela warsztatu z prowadzonej przez niego działalności gospodarczej – zaznacza prof. Mikocki. – W czasie trzęsienia ziemi, gdy zawalił się strop, worek z pieniędzmi został pogrzebany w ruinach.

Część pieniędzy rozsypała się po podłodze albo też ktoś próbował je wydobyć, ponieważ niektóre monety archeolodzy znaleźli w pewnym oddaleniu od reszty.

– Przypuszczalnie zamożny rzemieślnik miał ich aż 600 – mówi Jaworski. – Najprawdopodobniej nie była to szczególnie duża suma, tylko typowy dochód bogatego zakładu z pewnego okresu poprzedzającego katastrofę.

Na podstawie tego znaleziska będzie można ustalić też kilka innych ważnych faktów. Po pierwsze, siłę nabywczą, jaką reprezentował skarb około połowy III w. W sukurs archeologom przyjdą badacze papirusów, którzy pomogą zgromadzić zachowane w tekstach informacje na temat cen towarów i usług na terenie sąsiedniego Egiptu. Po drugie, ten pierwszy na terenie Cyrenajki skarb z tego okresu ma ogromną wartość datującą. Wiadomo bowiem, że prowincję tę kilka razy nawiedzały silne trzęsienia ziemi, które niszczyły tamtejsze miasta. Jednym z groźniejszych było trzęsienie datowane na 262 r. n.e. Tymczasem najpóźniejsze monety ze skarbu z Ptolemais nie mogły być wybite po 249 r. – Worek z pieniędzmi utknął w pomieszczeniu zawalonym w trakcie trzęsienia ziemi, jeśli jednak miało ono miejsce w 262 r., to dlaczego nie ma tu monet z lat 250–262? – zastanawia się Jaworski. – Niewykluczone, że mamy tu do czynienia ze słabo dotychczas udokumentowanym w Cyrenajce trzęsieniem ziemi, które w 251 r. zniszczyło położoną nieopodal Kretę.

W poszukiwaniu bazylik

Archeolodzy przy poszerzaniu wykopów wokół Pałacu Leukaktiosa odkryli w tym roku również dwuizbowy budynek wbudowany w willę po trzęsieniu ziemi w 365 r. W jednym z jego pomieszczeń znajdował się piec ceramiczny, w którym wypalano terakotowe lampki. Oprócz samych lampek, często dekorowanych symbolami chrześcijańskimi, znaleziono tam formy, z których je wyciskano.

W innym miejscu zauważono, że do willi przylegała niewielka, licząca sobie około 20 metrów długości budowla bazylikalna – charakterystyczna dla miast chrześcijańskich konstrukcja z półokrągłą absydą. – To nie mógł być porządny kościół, w którym odbywał się regularny kult – mówi prof. Wipszycka. – Raczej wygląda on na małą kaplicę, jakich w mieście musiało być znacznie więcej. Odbywały się w nich sporadyczne msze, takie jak święta patronów, zaślubiny czy msze za dusze zmarłych. Ptolemais miało około dziesięciu kościołów z prawdziwego zdarzenia, w których codziennie odprawiano msze i zamykano je na noc.

Poszukiwania bazylik zaplanowano na przyszły rok. Nowy projekt stawia sobie za cel zlokalizowanie, a w rezultacie odkopanie bazyliki jednego z Ojców Kościoła – Synezjusza z Kyrene. Znany jest jego list, w którym mówi, że gdy chodził z domu do kościoła, musiał przejść przez agorę. – Na razie nie wiemy, gdzie jest agora, choć możemy założyć, że znajdowała się gdzieś pośrodku miasta. Z pewnością też biskup Ptolemais mieszkał w bogatej dzielnicy nadmorskiej lub rezydencjonalnej – zastanawia się prof. Mikocki. – Na zdjęciach satelitarnych widać co najmniej osiem dużych bazylik, ale ze źródeł tekstowych wynika, że pod uwagę możemy brać tylko jeden z dwóch kościołów, które wstępnie pomierzyliśmy. Nasze przypuszczenia zweryfikują dopiero planowane badania geofizyczne oraz wykopaliska.

Jak widać, badania w Ptolemais nie ograniczają się tylko do jednej willi. Polscy archeolodzy przekopali w ciągu dotychczasowych sześciu sezonów powierzchnię około tysiąca metrów kwadratowych, ale nadal jest to tylko malutki fragmencik miasta liczącego w obrębie murów przeszło 250 ha. Zarówno do dokumentacji architektury Ptolemais, jak i do szukania określonych obiektów w mieście Polacy wykorzystują najnowsze, nieinwazyjne techniki wykopaliskowe. W tym roku fotograf Miron Bogacki wykonał setki zdjęć z lotni, doskonale przedstawiające całe miasto. Zdjęcia robione były w porze suchej, dlatego porównanie ich ze zdjęciami, jakie wykonane zostaną na wiosnę (gdy pojawi się roślinność) może umożliwić lokalizację wielu nieznanych budowli.

Dokonaniami Polaków zachwyca się zarówno konkurencja (czyli pracujący w Libii od kilkudziesięciu lat Włosi), jak i sami Libijczycy. Największym dowodem uznania była propozycja założenia Polskiego Instytutu Archeologicznego, jaką Libijczycy przedstawili polskiemu MSZ. – Bylibyśmy jedynym zagranicznym instytutem naukowym w Libii – marzy prof. Mikocki. – Przed nami stanęłoby otworem całe wybrzeże zachodniej Afryki, czyli stanowiska w Libii, Maroku i Algierii. Wielkie odkrycia i wielkie plany, a pomyśleć, że w 2001 r., gdy nikt nie wróżył archeologom tak wielkich sukcesów, „Polityka” była jednym ze sponsorów tego przedsięwzięcia. Choć sukces ma wielu ojców, miło być jednym z nich.

 

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną