Gry i gierki
Mundial wraca do USA. Poprzedni był jak kukułcze jajo. Tylko Kissinger miał słabość do piłki
MARCIN PIĄTEK: – Mundial 1994 przeszedł do historii jako kukułcze jajo podrzucone Stanom Zjednoczonym. Jeden z tamtejszych publicystów pisał, że nienawiść do piłki nożnej jest tak amerykańska jak półciężarówki i szarlotka mamy. 70 proc. Amerykanów nie wiedziało, że turniej odbywa się w ich kraju.
JONATHAN WILSON: – Mistrzostwa świata po raz pierwszy trafiły do kraju, w którym piłka nożna była sportem trzeciej kategorii. Obawiano się, że impreza będzie klapą, że nie sprzedadzą się bilety, sugerowano, że dojdzie do zmian w przepisach gry, aby stworzyć mecze bardziej zrozumiałe dla przeciętnego Amerykanina. Plotkowano o powiększeniu bramek, o podziale meczu na kwarty zamiast połów. Ostatecznie do tego nie doszło. Ciekawe, że w tym roku mecze będą się faktycznie składały się z kwart, ze względu na dodatkowe trzyminutowe przerwy na nawodnienie piłkarzy.
Dlaczego piłka nie przyjęła się w Stanach? Koniec lat 70. stał tam pod znakiem boomu: kluby kwitły, rozwijała się liga, do Ameryki ciągnęły gwiazdy: Pelé, Beckenbauer, Cruyff, Best.
Na mecze Cosmosu Nowy Jork, by zobaczyć w akcji Pelégo i Beckenbauera, przychodziło po 70 tys. osób. Działała magia wielkiego wydarzenia, ludzie chcieli się pokazać. W Stanach piłkę nożną próbowano budować od dachu, a nie od fundamentów, jak choćby w Anglii, gdzie u zarania było zamiłowanie do tego sportu, amatorskie mecze, powstawały kluby, ligi mniejsze i większe, aż w końcu zrobił się z tego biznes. W Ameryce tych korzeni nie było. Carli Lloyd, wspaniała amerykańska zawodniczka, opowiadała mi, że miała szczęście, bo w jej społeczności w New Jersey było wielu tureckich imigrantów, którzy grali w piłkę i podsycali zainteresowanie tym sportem. Bez ich aktywności i mobilizacji straciłaby możliwość gry i rozwoju.