Klasyki Polityki

Ten szczęsny czas

Do śmiechu czy do płaczu to wszystko?

Niemożliwego nic dla nas nie ma. Nauka temu nie przeczy. Bo pożyteczne i praktyczne jest to myślenie, jest to działanie matematyczno-fizyczne”. Czy można wymyślić coś bardziej bałamutnego i absurdalnego? To z hymnu słynnego XIV LO we Wrocławiu, które właśnie obchodziło swoje 40-lecie, jak zawsze w glorii jednego z najlepszych liceów w Polsce. A może ta dzika i nieokiełznana grafomania to wyższy poziom ironii, na który nie potrafię się wspiąć? Jednak gdy w stanie wojennym dyrektor chodził po klasach i kazał się uczyć tej bojowej pieśni, ironia była znana jedynie ze słyszenia jako „środek literacki”.

Na jubileuszowym balu w Hali Stulecia (przywróćmy jej piękną nazwę Hali Ludowej zamiast upamiętniać jakieś niemieckie wojny sprzed dwustu lat!) odśpiewano hymn szkoły również bez ironii. Szkoła to jedna z instytucji organicznie niezdolnych spojrzeć na siebie z dystansu. Człowiek zawrócony do szkoły po 30 latach też ma z tym trudność. Dziwnie się czuje, oko w oko z własną młodością, ożywioną na chwilę w tych dwuznacznych rocznicowych bachanaliach, pląsający pokracznie i żałośnie, samemu już nie wiedząc, czy jest młodzieńcem w postarzałym futerale czy może półdziadem, co młodego zgrywa. Do śmiechu czy do płaczu to wszystko?

Ci, którym bardziej było do śmiechu, przyszli na bal. Ci, którym więcej do płaczu, na ogół zostali w domu. Lecz to o nich, nieobecnych, mówiliśmy najwięcej. Czy słyszeliście, że Grzesiek nie żyje? Niemożliwe. Ach, jaka szkoda. Co mu się stało? Podobno rak. Wypijmy. A pamiętacie tę Kaśkę z „c”? Tę, co chodziła z Maćkiem? Jest w Stanach. Temu się powiodło, a tamtej nie. Pracuje, stracił pracę, zarabia, nie zarabia. Miał wypadek, ma sukces. Rozwiodła się, wyjechał. Wróciła, założyła firmę. Dwoje dzieci, troje dzieci. Studiują. Ćpają. Udane, nieudane. Orzeł czy reszka. Taki los, taki los. Drugi mąż, trzecia żona. Roztyła się, wyłysiał ze szczętem. Słodki był. Najładniejsza w klasie. Umarł. Wypijmy.

Co mówisz? Taki tu hałas. A pamiętasz, jak... A pamiętasz... Nie pamiętam. Prawie nic nie pamiętam. Przeglądam się zdumiony w pamięci innych. Dokazujący, wesołkowaty chłopaczek. A jaki bezczelny czasami! Ale w sumie to milutki. Nie całkiem w to wierzę. No, niech im będzie. Kto by tam wiedział, kim był i jaki był za młodu. Rajska dziedzina ułudy...

Pół wieku, przedreptane i przekrzątane, nie zdarło urody z twoich oczu, nie zmogło rześkiego śmiechu i wdzięku twoich gestów. Stara dziewczyna i może. Ha, ha! Dajemy radę. A wiesz, pamiętasz... Zależało mi. A, szkoda gadać. Byliśmy dziećmi.

Gdzie te dzieci? Gdzie twój jest grób, dziewczyno, chłopaku? We mnie, głęboko, zatopiony w tłuszczu, tkwi ten niewidoczny, jak upchnięty w kącie stary preparat anatomiczny, martwy chłopiec. Moje trzewia mu grobem. Ten młokos durny i niegrzeczny, z czupryną i pretensjami. Pyszny i bezradny. Głupiutki i genialny. Umarł we mnie, lecz to on żył dawniej niż ja i to on jest dziś ode mnie starszy. Domaga się uwagi i szacunku. Czy nie za późno? Wszak pożarłem cię, chłopcze. Nikt nie płakał po twojej śmieci. Wręcz przeciwnie. Wszyscy się cieszyli, że przerosłeś, że zwyrodniałeś w faceta, który mógłby być twoim ojcem. Byłeś za głupi, żeby trwać. Zabiłem cię, aby się narodzić. Słodki nektar żywota sam wyssałem z twoich wątpi, młody poeto.

Tak, jesteśmy dzieciobójcami i własną śmiercią w brzuchu starca przyjdzie nam zapłacić za to, co uczyniliśmy swojej młodości. Życie zrobiło przed nami striptiz i nie ma już co pokazać. Wszystko jest dla nas niemożliwe. Nauka temu nie przeczy. Weszliśmy na swoje wzgórza bez nazwy, każdy na swoje, i mamy już tylko w dół. Albo z górki, wedle uznania. No to wypijmy. Jak to mówi wieszcz: Razem, starzy przyjaciele!

Ona, co pierwszą jest, a potem drugą... W ten wieczór błazeński na chwilę jest trzecią. Mamy sobie żałować? Wszak srebro i złoto, to nic – chodzi o to, by młodym być! Wolne żarty! Nikt przy zdrowych zmysłach nie chce być młody. Genialna epoka – utkana z rojeń i głupstwa. Wlecze się w rozedrganiu i podnieceniu, wśród urazów, uniesień i rozczarowań. Płaczliwa epoka, starość avant la lettre. Oj, długo marnuje się życie. Całe życie. Jak to dobrze, że tyle już mamy za sobą. Nie musimy drugi raz. Nic nie musimy. W dół albo z górki pójdzie już znacznie szybciej. Niech się nasze dzieci teraz pomęczą. Nam czas zaopiekować się starcami, którzy czekają już tylko, by za 20 lat nas pożreć i dożyć swych dni na naszej krwi. Jesteśmy to winni tym, w których starczych ciałach umrzemy, ukarani za to, co zrobiliśmy tym chłopcom, tym dziewczynom. A oni nawet nie powiedzą dziękuję. Bo jak tu sobie samemu dziękować? Na naszych barkach młodość naszych dzieci, starość naszych rodziców i nasza własna starość. Kto by to uniósł? My. Jak zwykle, my.

Drodzy przyjaciele! Moi szkolni koledzy i koleżanki! Nie wierzcie ani jednemu mojemu słowu! Ludzie pióra wspinają się na błotniste zbocza prawdy tylko po to, by sromotnie zjechać na sam dół, utytłani i upokorzeni. W szczególności zaś nie wierzcie filozofom. To zarozumialcy lub egzaltowani marzyciele. A ich talenty są zwykle wątpliwe. Tylko że ja inaczej nie umiem; sami wiecie. Więc napisałem to dla Was ze szczerego serca, aby Wam sprawić przyjemność i podziękować za to, że byliście tacy fajni i mili, i że nadal jesteście. A jak jest naprawdę z tym życiem, to cholera wie. Miło było Was wszystkich zobaczyć. Trzymajcie się! Damy radę!

Polityka 46.2014 (2984) z dnia 11.11.2014; Felietony; s. 104
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną