Klasyki Polityki

Język żyje

Język polski przetrwa? Język polski przetrwa? Josh Felise / StockSnap.io
Bronisław Geremek zmarł 13 lipca 2008 roku. Był nie tylko wybitnym politykiem, ale również historykiem. Z końcem XX wieku profesor zastanawiał się na naszych łamach, czy język polski przetrwa do końca kolejnego stulecia.
Bronisław GeremekAdam Jagielak/Super Express Bronisław Geremek

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w styczniu 2000 r. Dodano śródtytuły

Języki mają swoją historię i choć wydaje się, że we współczesnej Europie mapa języków narodowych została już ustalona, to wedle niektórych prognoz z istniejących obecnie 6 tys. szansę przetrwania do końca XXI wieku ma zaledwie dziesiąta ich część. Skoro języki są śmiertelne, to zasadne jest pytanie, czy język polski przetrwa presję integracji. Około roku 1000 Polacy i Czesi mogli zapewne porozumieć się bez żadnego kłopotu; jeszcze nie tak dawno powiadano, że Słowianie zawsze mogą się porozumieć między sobą po niemiecku (die allgemeine slawische Sprache). Teraz też można postawić pytanie, czy pod koniec przyszłego stulecia Polacy i Czesi będą ze sobą rozmawiali po angielsku, a może nawet tym językiem będą porozumiewać się we własnym kraju.

Lęk o przetrwanie polszczyzny wyraża jednak również obawę o to, że w procesie integracji europejskiej zanikać będą narodowe odrębności, że erozji albo nawet zanikowi może podlegać kultura narodowa. Nie należy wcale tej obawy zaliczać do arsenału antyeuropejskiej retoryki. Tendencja do uniformizacji dotyczy nie tylko mody młodzieżowej, gustów kulinarnych i kształtu produktu przemysłowego, ale także upodobań i wytworów kultury. Nie jest to wynik legislacji Unii Europejskiej ani procesów integracyjnych, ale po prostu znamię nowoczesności czy też postnowoczesności.

Dotychczasowa historia Unii Europejskiej świadczy o tym dosadnie, bo przecież to nie żaden z przodujących krajów Unii uzyskał hegemonię w dziedzinie kultury, lecz właśnie nie należąca do Unii Ameryka. Ekspansja kultury francuskiej, niemieckiej czy angielskiej na inne kraje europejskie miała miejsce w poprzednich stuleciach (tak zresztą jak i polskiej na Rosję w XVIII w.), a nie w epoce jednoczącej się Europy.

Dramat polskiej kultury

Historia Polski, zarówno w swej części pomyślnej, jak i tragicznej, dała nam przywilej uczestnictwa w dwóch domenach językowych: niemieckiej i rosyjskiej. Niemieckiej przez zabór pruski i austriacki, rosyjskiej zaś – przez zabór rosyjski. Nie doprowadziło to jednak do wytworzenia kultury wielojęzyczności.

Pewnym dramatem polskiej kultury było to, że chrześcijaństwo zachodnie dało jej niezwykły impuls, ale jednocześnie osłabiło bodźce do rozwoju kultury w języku polskim. Gdy porównać Polskę z sąsiednimi ziemiami ruskimi, to tam odnajdziemy zachowane w rękopisach z kory brzozowej listy rolnika do jego żony. Świadczy to, że język był w kręgu chrześcijaństwa wschodniego przystosowany do słownych i pisemnych technik wyrażania się lepiej niż w przypadku chrześcijaństwa zachodniego z obowiązującą łaciną.

Był to przez stulecia element osłabiający rozwój języka narodowego, chociaż nigdy go nie niszczący, a gdy w XVI wieku polszczyzna staje się językiem literackim, to okazuje się, że jest to język bogaty, zachowujący jedność między formą mówioną i pisaną. Choć w ciągu tego trwającego pół tysiąclecia procesu język używany przez wielkie masy ludzi nie miał swojego odpowiednika pisanego, w niczym nie szkodziło to jego przetrwaniu.

Można więc powiedzieć, że język zachowuje się bardzo autonomicznie wobec rozmaitych presji czy obcych wpływów, nawet jeśli są to wpływy wyższej technicznie kultury. Trzeba zarazem pamiętać, że język inaczej funkcjonuje w obiegu elit, a inaczej w obiegu masowym. Kronikarz czeski notował, że chłopi tego czasu więcej porozumiewali się między sobą mruczeniem, minami i różnymi dźwiękami niż słowem artykułowanym. Język ludowy obrasta mimiką, własnymi formami wyrażania emocji, inaczej funkcjonuje język uformowany przez wychowanie, przez szkoły, język poddany dla celów poprawności regułom kanonu. W podręczniku z XVI w. pouczającym, jak przygotowywać młodzież do szkoły duchownej, powiada się, że najtrudniej jest przyzwyczaić tych młodzików do tego, żeby spali z zamkniętymi oczami, a języka to już ich nauczy się w szkole.

Przywilej wielojęzyczności

Czy wielokulturowość, kultura wielojęzyczności, która niezbyt udała się w Polsce, osłabia język narodowy, czy odwrotnie – wzmacnia go?

W Polsce wielojęzyczność była związana ze społecznym przywilejem. I taką pozostała. Wielojęzyczność jest elementem przywileju po długich latach utrudnień w kontaktach ze światem zewnętrznym. Myślę jednak, że między jednym i drugim nie ma wielkiego związku: wielojęzyczność nigdy nie przeszkadza językowi narodowemu. Czy mu sprzyja, nie wiem. Język narodowy jest naturalnym tworzywem, wyrazem myślenia, sposobem porozumiewania się między ludźmi, a także pewną matrycą zachowań, odmienności narodowych.

Mało wierzę w odmienności temperamentów narodowych. Natomiast myślę, że odmienności języków formują odmienności kultury. Natomiast wielojęzyczność staje się elementem kontaktów grupy językowej czy etnicznej ze światem. Gdy świat jest zamknięty, potrzeba innych instrumentów komunikowania się z ludźmi, którzy mówią w innych językach, jest bardzo ograniczona. Wynika ona z potrzeb handlu, z potrzeb gospodarczych, potrzeb kontaktów politycznych. Jednak dopiero świat współczesny stworzył wyzwania niezwykłe – w związku z łatwością komunikowania się stworzył także zapotrzebowanie na możliwość porozumiewania się.

Pożytki z języków uniwersalnych

Gdy spojrzeć na elity średniowieczne i wczesnonowożytne, to z zazdrością można myśleć, że miały one swój język porozumiewania się – łacinę, cudowny uniwersalny instrument komunikacji. Znajomość łaciny elity uważały za oczywistość. Wśród korespondentów Erazma z Rotterdamu, najświetniejszego umysłu owego czasu, znajdziemy wspaniałych przedstawicieli polskiej kultury, którzy kontaktowali się z tym księciem myśli we wspólnym języku. Funkcjonowanie łaciny średniowiecznej przypominało trochę współczesną angielszczyznę, używaną w obiegu międzynarodowym. Tamta łacina, zwana niekiedy obraźliwie kuchenną, była zwulgaryzowana, uproszczona, nie miała bogactwa i blasku łaciny klasycznej.

Czytałem niedawno recenzję jednego z historyków brytyjskich z książki autorstwa innego historyka, Holendra, który napisał ją po angielsku. Ten znakomity angielski kolega stwierdzał z nostalgią: „To świetna książka i cieszę się, że mogłem ją przeczytać w języku, który rozumiałem, choć angielski pod piórem mego świetnego kolegi zatracił to, co w nim największe i najważniejsze – bogactwo ekspresji, a stał się płaski i sztuczny. Jaka szkoda”.

W Polsce stajemy wobec podobnego problemu. Angielski stał się językiem uniwersalnym; mniej więcej jedna trzecia mieszkańców globu zna go w jakimś stopniu. Może on określać sposób komunikowania się, wypiera inne języki, tak zwane kongresowe, stając się istotnie swego rodzaju lingua franca. Lecz jest to język techniczny, który nie zagraża językom narodowym, pozostającym nadal mową kultury, ekspresji, emocji i taką domeną twórczości, której język techniczny nie służy.

Dwujęzyczność jako zwyczajność

Idziemy więc ku światu, w którym dwujęzyczność będzie powszechna. Ale będzie to dwujęzyczność nie w tym sensie, że dwa języki będą instrumentem, ale że każdy z nich będzie służył innym celom. Bardzo bym chciał, żeby w edukacji światowej, zwłaszcza w edukacji europejskiej, obok tych dwóch języków pojawiła się potrzeba wielojęzyczności rozumianej też jako znajomość języków „mniej ważnych”. Wymóg kariery zawodowej powinien to dyktować. Gdy znajomość języka angielskiego będzie powszechna, nie będzie dawała nowych uprawnień zawodowych. Natomiast jeśli ktoś będzie znał ponadto na przykład islandzki, węgierski czy fiński, to uzyska wartość dodaną do swej kariery. A więc – dwujęzyczność jako sytuacja powszechna, tak jak dzieje się to już w krajach skandynawskich, oraz wielojęzyczność jako szansa rozwoju.

Również w średniowieczu narzekano, że w ówczesnym języku uniwersalnym – łacinie – intelektualista nie jest w stanie wypowiedzieć się z pełnym blaskiem i niuansami. A jednak był to język żywy, dobrze służył celom komunikacji. To samo można powiedzieć o angielszczyźnie współczesnej i mojemu szanownemu koledze recenzentowi, historykowi, replikowałbym, że gdyby wspomnianą książkę miał w języku holenderskim, to by jej w ogóle nie przeczytał. Mówię to z tym większym zrozumieniem, że sam stanąłem kiedyś przed podobnym problemem.

Gdy szedłem na studia uniwersyteckie, mój profesor Marian Małowist zapytał się mnie, czy znam francuski. Odpowiedziałem, że znam. Czy czytam po angielsku? Czytam. A po niemiecku? Też czytam. „Wobec tego masz tu książkę po holendersku i przyjdź za dwa miesiące”. W ciągu dwóch miesięcy nauczyłem się na tyle, żeby książkę przeczytać i zreferować na seminarium. Wyzwanie tego typu, zwłaszcza w pewnym wieku, daje niezwykłą możliwość otwarcia.

Państwo a język

Czy władza publiczna ma jakieś obowiązki w dziedzinie ochrony języka narodowego? Integracja europejska odwołuje się do poczucia tożsamości europejskiej, czasem je po prostu kreuje, ale przecież do tradycji europejskiej należy współistnienie kultur, jak też przekonanie, że różnorodność kultur narodowych stanowi bogactwo Europy – rezultat jej historii oraz kapitał na przyszłość. Europejska zasada subsydiarności sprzyja podtrzymywaniu kultur narodowych, bo polityczną troskę o nie sytuuje blisko struktur lokalnych.

Znamienne, że w federalnej organizacji państwa niemieckiego nie ma krajowych ministerstw kultury czy edukacji. Kwestie te pozostawiono w gestii krajów związkowych. We Francji natomiast przypisuje się właśnie władzom krajowym istotną rolę w ochronie i rozwoju kultury narodowej, a całą domenę kultury chce się wyjąć spod wyłączności działania mechanizmów rynkowych. Nie zatrzyma to zapewne procesów uniformizacji, ale pozwoli je osłabiać, a także regulować.

Władza publiczna ma przede wszystkim wypełniać swój obowiązek udostępnienia obywatelowi w jego własnym języku tego wszystkiego, co on powinien uzyskać, żeby funkcjonować w życiu publicznym. Resztą nie powinna się zajmować. Władza publiczna nie powinna ingerować w stan języka. Francuzi, bardzo wrażliwi na tym punkcie, stworzyli decyzją monarchów Akademię, która miała się zajmować i zajmuje się po dziś dzień językiem, określając, co jest językowo właściwe. To jest zadanie wolnych instancji akademickich, a nie agend rządowych. Nie sądzę także, żeby można było bronić własnego języka drogą ataku wymierzonego w języki obce, przeciwnie – wydaje mi się, że zmieniać należy to, co się daje zmieniać, i przyzwyczajać się do tego, czego zmienić nie można.

To naturalna tendencja życia, że jeden język staje się na progu XXI stulecia powszechnym środkiem porozumiewania się we współczesnym świecie, a jest nim angielski. Żale nad utratą tego miejsca przez język francuski czy w pewnej mierze język niemiecki czy hiszpański są żalami partnerki Filona nad czasem, który przeminął. Teraz ważne jest to, by czystość języka chroniły: świat literacki, pewne nawyki kulturowe, szkoła.

Żadne prawo nie nakaże, żeby używać słów polskich wtedy, gdy można nie zastępować ich wyrażeniami z angielszczyzny technicznej. Szkoła powinna wytwarzać nawyk dobrej mowy. I to tak, aby każdy człowiek miał poczucie popełnienia aktu słabości, używając innego określenia niż polskie. Ale prawo nie jest w stanie tego wyegzekwować, czego dowodzi przykład francuski. We Francji próbowano narzucić środowiskom naukowym zasadę używania języka francuskiego, kiedy konferencje odbywają się we Francji. Doprowadziło to do tego, że konferencje nie odbywały się we Francji, na czym Francja tylko straciła. Po pewnym czasie wszystko wróciło do normy, tj. do zasady języków kongresowych, z angielskim na czele, a język francuski nadal ma się dobrze.

Przestrzeń dla swego języka należy wytwarzać, popularyzując język, stosując bodźce takie jak stypendia edukacyjne, tworząc lektoraty tego języka w środowiskach akademickich całego świata. O to powinna dbać władza publiczna, zamiast sterować wewnętrznym życiem języka.

Wbrew jednak doktrynalnym liberałom, którzy boją się jakiejkolwiek ingerencji państwa w kulturę, uważam, że nasze państwo powinno bronić słabych. Dotyczy to i sfery ekonomicznej, i socjalnej, i w ogromnej mierze również poszanowania praw mniejszości narodowych. To należy do standardu współczesnej demokracji. Bez troski państwa, władzy publicznej, powstałoby tu zagrożenie. Władze publiczne powinny tworzyć warunki do tego, aby każda etniczna grupa mniejszościowa miała prawo i możliwości do uczenia się swojego języka. W Polsce znajdujemy się w tej dziedzinie na dobrej drodze. Gdy jednak w małej Litwie ukazuje się po polsku tom o powstawaniu i rozwoju kultury litewskiej, to jestem pełen szacunku. Chciałbym, aby podręczniki i książki po litewsku, po białorusku, po niemiecku, po ukraińsku ukazywały się w Polsce.

Czy za 100 lat będziemy mówić po polsku?

Poza angielskim mają swoje oczywiste miejsce w obiegu międzynarodowym takie języki jak francuski, hiszpański, niemiecki – języki związane z wielką kulturą i dynamiczną gospodarką. Dotyczy to też rosyjskiego. Z pewnym żalem myślę o tym, że długie lata obowiązkowego jego nauczania w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu nie stworzyły sytuacji, w której jego znajomość byłaby, jeśli nie powszechna, to przynajmniej szeroka. Mam wrażenie, że bariera psychologiczna istniejąca wobec języka rosyjskiego w ogóle unicestwiła cały wysiłek edukacyjny. Rosyjski jest językiem komunikowania się nie tylko na terenach obecnej Federacji Rosyjskiej, ale także w tych wszystkich krajach, które od władzy rosyjskiej się uwolniły. Zatem znajomość rosyjskiego byłaby dla rzesz Polaków wartością dodaną, zwiększającą ich szanse zawodowe we wszystkich dziedzinach. A jest to także język wielkiej kultury. Ja rosyjskiego uczyłem się tylko przez rok na uniwersytecie, ale nauczyłem się sam – żeby czytać Czechowa w oryginale. Rosyjski jest językiem ważnym, potrzebnym, może otworzyć bardzo interesujące szanse i możliwości.

Czy więc za 100 lat będziemy mówić po polsku, albo inaczej – czy polszczyzna zachowa mniej więcej tę formę, którą ma obecnie, czy też zmieni się całkowicie pod wpływem otwartych granic?

Trzeba na to spojrzeć w perspektywie bardzo długich procesów. Jeżeli w tej chwili czytamy w języku polskim dzieło z XVI w., to potrzeba edukacji szkolnej i słownika, żeby je zrozumieć. A żeby mieć przyjemność – kilku lat wprawy. Świat naszych przodków sprzed półtysiąclecia jest dla nas znacznie bardziej zamknięty niż tenże sam świat w kręgu kultury francuskiej czy angielskiej.

Natomiast w krajach otwartych na świat, ale poddanych presji wielkich kultur, zmiany językowe były mocniejsze. Czytając dziś polską literaturę drugiej połowy XIX w., nie mamy poczucia obcości wobec języka. Możemy ją odczuwać wobec stylistyki, ornamentacji językowej, ale nie przeżywamy alienacji, dyskomfortu językowego. Język będzie zmieniał się i dostosowywał na podobnej zasadzie również w czekającej nas przyszłości. Nie grozi nam jednak, że jeśli wehikuł czasu przeniesie nas na koniec XXI wieku, to usłyszymy coś znajomego, ale niezrozumiałego. Tak jak rozumiemy naszych przodków odległych o jedno stulecie, tak samo nasi następcy za sto lat nas będą rozumieli. Bezpieczeństwo takie gwarantują nam procesy kontynuacji historycznej.

Na terenie Europy wymarły języki lokalne, ale w Europie nie wymierają już języki narodowe. Jest jeden tylko przypadek, przypadek Irlandii, kraju o bardzo silnym poczuciu narodowym, w którym przywiązanie do tożsamości narodowej przerzuciło się na całkiem inny wehikuł. Przyjęto język znienawidzonego okupanta i w niczym nie zmieniło to nienawiści do okupanta ani nie zaszkodziło przywiązaniu do tożsamości. Nie wytworzyło natomiast przywiązania do języka – językiem rodzimym mówi zaledwie kilka procent ludzi, mimo wysiłków kolejnych rządów. Ale Irlandia nie jest modelem. Nie widzę już takich przypadków, dostrzegam raczej procesy odwrotne. Oto z języka serbo-chorwackiego wyodrębnia się chorwacki, a podczas wizyt w Bośni obserwowałem, jak powstaje język muzułmański.

Nie sądzę też, by dla języków powstawały zagrożenia mające wynikać z integracji. Integruje się Europa, cła są wspólne, granic nie będzie, zapanuje wspólny język techniczny. Układ konfederacyjny szwajcarski w pełni zachował języki wewnętrzne, zarówno szwajcarską niemczyznę, jak i francuski i włoski. W Belgii pogłębia się proces organizacji federalnej, a równocześnie zwiększa się nacisk – i to nie oficjalny, lecz spontaniczny – na podtrzymanie języka walońskiego i flamandzkiego, a także niemieckiego jako jednego z języków wspólnoty.

Unia Europejska pozostanie w moim przekonaniu wspólnotą narodów i nie stanie się państwem europejskim. Przekroczenie pojęcia państw narodowych, które w czasach nowożytnych prowadziły do konfliktów i wojen, nie oznacza przekreślenia narodów. Nie znajduje to jeszcze pełnego wyrazu w architekturze Unii, w jej strukturach organizacyjnych i wymaga nowych form ustrojowych, łączących model federacyjny z konfederacyjnym. Nie zostały one jeszcze określone w dotychczasowym dorobku Unii, co powoduje napięcia między potrzebą identyfikacji grupowej a funkcjonowaniem struktur urzędniczych, między różnobarwną rzeczywistością narodów europejskich a szarzyzną biurokracji europejskiej.

W przyszłym stuleciu będziemy mówić po polsku. Śmierć języków narodowych Europie nie grozi.

Reklama

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama