Klasyki Polityki

Odkurzony peerel

Warszawa 1960, reklama na dachu CDT Warszawa 1960, reklama na dachu CDT Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta
To moja prywatna teza: realny socjalizm był ustrojem pod wieloma względami idealnym dla przeciętnego obywatela.
Udane zakupy, późne lata 70.; obok suszarka Fema z lat 70.Agencja Gazeta Udane zakupy, późne lata 70.; obok suszarka Fema z lat 70.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2000 r.

22 lipca w PRL był narodowym świętem, upamiętniającym zadekretowanie nowego ustroju na terenach zajmowanych w 1944 r. przez Armię Czerwoną. W przeddzień 22 lipca oddawano do użytku, obowiązkowo przed terminem, drogi, fabryki i osiedla mieszkaniowe, a w gazetach ukazywały się komentarze podsumowujące kolejne zdobycze socjalizmu. Lud bawił się na zabawach i festynach. Zapomnieliśmy o lipcowym święcie, ale nie o tamtych czasach. Polacy coraz bardziej tęsknią za Peerelem – systematycznie wynika z badań opinii publicznej. Jednocześnie stale rośnie odsetek obywateli uważających, iż w dawnym systemie żyło im się lepiej. Ale, jak zauważają komentatorzy, nostalgia za przeszłością nie zawsze jest równoznaczna z pozytywną oceną tamtego, historycznego już okresu. W dużej mierze stanowi ona ilustrację stosunku do dzisiejszej sytuacji w kraju.

Wolność odzyskana zawsze jest mniej piękna od tej ze zbiorowych marzeń. Podobnych rozczarowań doświadczali mieszkańcy II Rzeczypospolitej, gdy dość szybko okazało się, że nie spełnią się wizje idealistów i nie będzie to kraj szklanych domów, do których klucze dostaną wszyscy. W międzywojennej literaturze występował silny nurt rozrachunkowy, dyskredytujący „radość z odzyskanego śmietnika”, by przywołać znany zwrot Kadena-Bandrowskiego. Ale przecież nikt nie tęsknił wówczas za rozbiorami, gdyż granica między przeszłością i teraźniejszością była wyraźna i ostra, jak między czernią i bielą w haśle wyborczym jednego z tegorocznych kandydatów na prezydenta. Tymczasem kwestia stosunku do peerelowskiej rzeczywistości jest bardziej złożona. Mimo wszelkich ograniczeń suwerenności, pokracznej nazwy Peerel, był to jednak nasz kraj, ponieważ innego nie posiadaliśmy. Mieszkało w nim kilka pokoleń, które nie mają teraz zamiaru wyrzec się samych siebie, owszem, zaczynają wspominać z sentymentem dawne czasy.

W Muzeum Narodowym czynna jest jeszcze wystawa „Rzeczy pospolite. Polskie wyroby 1899–1999”, na której największym zainteresowaniem cieszą się przedmioty codziennego użytku, przypominające lata PRL. Frekwencja jest nadspodziewanie duża, a wpisy do księgi pamiątkowej wiele mówią o nastrojach zwiedzających. Jakiś nieco rozczarowany ekspozycją, zapewne starszy wiekiem obywatel wymienia jej braki: „A gdzie extra żytnia? A gdzie bilet do Kongresowej? A gdzie budka telefoniczna? A zapach klatki schodowej?” Zwyczajny wpis, sama proza życia, ale przecież gdyby zastosować prosty eksperyment formalny i każde z tych pytań umieścić w osobnej linijce, otrzymalibyśmy prawie poetyckie westchnienie. Żytnia, w dodatku extra, przywołuje wspomnienia dawnych szalonych bankietów, które jeszcze nie miały tej zobowiązującej nazwy. Do Kongresowej czasem przyjeżdżały zachodnie zespoły, kiedyś nawet Rolling Stonesi, a raz do roku odbywało się tam Jazz Jamboree, wówczas najbardziej odjazdowa impreza na wschód od Łaby.

A budka telefoniczna, to przecież była obietnica ekscytujących przeżyć: rozmowy wpółurwane, połykane monety, ale czasami nagroda jak w Monte Carlo, czyli strumień wyplutych przez automat złotówek. Klatki schodowe nie pachniały najpiękniej, to fakt, ale ludzie żyli bliżej siebie i byli bardziej serdeczni, nie zamykali się za antywłamaniowymi drzwiami. Oto – przykładowo – ile nostalgii daje się odczytać z banalnej inskrypcji w księdze pamiątkowej. (A już mamy nową wystawę – „Szare w kolorze 1956–1970” w stołecznej Zachęcie).

Tęsknota za nostalgią

We współczesnej literaturze PRL oswajają bynajmniej nie literaci starego portfela, lecz pisarze średniego i młodszego pokolenia, wracający coraz częściej do przeszłości, z ironią, ale i z sentymentem. „Madame” Antoniego Libery, „Szkoła bezbożników” Wilhelma Dichtera, „Dom, sen i gry dziecięce: opowieść sentymentalna” Juliana Kornhausera, „Jak zostałem pisarzem” Andrzeja Stasiuka czy wydane niedawno „Niskie Łąki” Piotra Siemiona – to tylko niektóre sentymentalne powroty do różnych faz Peerelu. Najdalej posunął się chyba bohater „Seansu” Witolda Horvatha, który napisał list do Gierka z prośbą, żeby wrócił do władzy i na nowo zarządził lata siedemdziesiąte: – „lata długich włosów, rozszerzanych spodni, sobotnich prywatek przy Black Sabbath, Uriah Heep, Led Zeppelin i algierskim winie gellala, »panie Edwardzie – zwracałem się do niego poufale jak sam Iwaszkiewicz – epoka, która wiąże się z pańskim nazwiskiem była moją epoką, innej podobnej już nie będę miał...«”

Niedawno ukazała się książka Tadeusza Sobolewskiego (rocznik 1947) pod znamiennym tytułem „Dziecko Peerelu”. Ten esej-dziennik zaczyna wstęp „Byliśmy tam wszyscy”, w którym autor stwierdza: „Peerel jest dla nas czasem utraconym, ale chyba nie straconym. Peerel – to brzmi ironicznie. Jednak z kolejnymi obrotami sceny historycznej ta nazwa się uzwyczajni i będzie używana nie tylko w znaczeniu politycznym. To był po prostu odcinek czasu, mieszczący życie paru polskich pokoleń”.

Pokolenie średnie ma naprawdę powody, by wspominać dawne czasy z sentymentem. To przecież wtedy kształtowaliśmy swe intelektualne biografie, czytaliśmy najważniejsze książki, oglądaliśmy najpiękniejsze filmy. I mieliśmy bardzo dużo czasu, by przyjrzeć się światu: człowiek udawał, że pracuje, bo tamci udawali, że mu płacą. Świadomość opresyjnego systemu dokuczała, ale przecież nie bez przerwy. Jak pisze Sobolewski – wchodziło się do domu, a tam Peerelu już nie było. I jeszcze cytat z „Dziecka Peerelu”, zapis z maja 1989 r.: „Ten komunizm, słaby, fasadowy, wyda nam się jeszcze azylem. Nawet ci, którzy ponosili wtedy największe ryzyko, będą pamiętali ten okres nie jako męczarnię, ale jako euforię wolności...”

Jednocześnie zaobserwować można proces, który ktoś nazwał „kabaretyzacją PRL”. Polska Ludowa coraz rzadziej jawi się jako kraj totalitarny, bez swobód demokratycznych, z wszechwładną monopartią na czele. Zapomina się, iż była cenzura, dyktatura proletariatu i Służba Bezpieczeństwa, niczym nieskrępowana w swoich działaniach. Tej wiedzy młodym się nie przekazuje. W kabaretach, książkach, serialach i okolicznościowych happeningach wraca natomiast wspomnienie ojczyzny absurdów i paradoksów, w których wszystko było jedną wielką groteską, także władza. Aparatczyk z kabaretowych monologów nie jest groźny, jest tylko śmieszny. Młodzież nie zna Peerelu z podręczników historii, wiedzę o tym, czym był kraj zanim stał się ponownie Rzeczpospolitą, czerpią z „Rejsu” Marka Piwowskiego i z filmów Barei takich jak „Miś”, ale też z serialu „Alternatywy 4”, traktowanych wręcz jako zapis dokumentalny.

Coraz lepsze skojarzenia

W 1989 r. zabrakło aktu symbolicznego zerwania z przeszłością, pomijając sławetną „grubą kreskę” pierwszego niekomunistycznego premiera, którego intencja została opacznie zrozumiana jako powszechne win przebaczenie. W rzeczywistości nastroje były wówczas tak optymistyczne, klęska PZPR w wyborach – częściowo demokratycznych – tak spektakularna, iż wydawało się, że żadne zorganizowane działania dekomunizacyjne nie są konieczne. Aktorka Joanna Szczepkowska, która ogłosiła oficjalnie, z podaniem daty, upadek reżymu, śpiewała wówczas na okolicznościowych akademiach „Artyści Solidarności” zabawną piosenkę „Żegnaj, ustroju”, przyjmowaną długo niemilknącymi oklaskami. Bijący brawo byli święcie przekonani, iż jest to pożegnanie ostateczne.

Zresztą nawet Aleksander Kwaśniewski wyznał niedawno w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”: „Mam sentyment do SdRP z lat 1990–91. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że zostanę prezydentem, a SLD będzie rządzić, to bym pomyślał, że oszalał”. Tymczasem dzisiaj, jak napisała niedawno w „Przeglądzie Tygodniowym” lewicowa posłanka Barbara Blida: „Okres Polski Ludowej 1944–1989... w ludzkiej pamięci ma coraz lepsze skojarzenia, konotacje: dostępność pracy, opieka socjalna, mała stabilizacja, pewność jutra. Takie są oceny w różnych sondażach...”

Nie trzeba zresztą już ukrywać resentymentów, można śmiało czytać „Trybunę” w autobusie, a wysłannicy tej gazety zapraszani do telewizyjnych audycji już nie muszą prostować świadomych błędów adwersarzy nazywających ich organ „Trybuną Ludu”. Samopoczucie byłej komunistycznej lewicy – górującej w sondażach – jest wręcz doskonałe. Parę miesięcy temu oglądałem telewizyjną „Linię specjalną”, której gościem był lider SLD Leszek Miller, polityk dobrze wypadający w mediach, głównie dlatego, iż wyraża się logicznie i dobitnie. Jest zwyczajem programu red. Czajkowskiej, że gościowi zadają pytania również polityczni adwersarze, tutaj wystąpił w tej roli jeden z czołowych działaczy UW, przypominając Millerowi już na wstępie jego przeszłą działalność w strukturach KC PZPR. Jaka była riposta? Otóż Miller spojrzał z politowaniem na rywala, mówiąc z nieukrywanym niesmakiem coś w rodzaju: No, wie pan, tego się po panu nie spodziewałem. W podobny sposób reaguje się w lepszym towarzystwie na faux pas, toteż zadający pytanie mocno się zmieszał i tak upłynął przyznany mu czas.

Wszyscy byli zabrudzeni?

Kiedy słucha się dzisiaj głosu ludu, wyrzekającego na niegodziwości ustroju, trudno pozbyć się uczucia deja vu – przecież to wszystko już kiedyś słyszeliśmy, bardzo podobnie mówiło się bowiem w PRL. Już od dawna w języku potocznym zadomowiła się ponownie formuła „oni”, kiedyś nazywająca komunistów, teraz – beneficjentów nowego ustroju. Socjologowie mówią o tzw. mechanizmie podstawienia. „Życiem ogółu rządzi zawsze jakaś potężna instytucja, która mówi mi, co mam robić, a czego mi robić nie wolno; nie mam wpływu na tę instytucję, ale ona ma wpływ na mnie i usiłuje ograniczyć moją wolność. Taką pozycję w PRL zajmowała partia komunistyczna. Po upadku to miejsce przez jakiś czas pozostawało puste – tłumaczył przed laty w „Gazecie Wyborczej” prof. Edward Wnuk-Lipiński: „W politycznym interesie ugrupowań postpezetpeerowskich było, aby owa pusta kategoria poznawcza została jak najszybciej wypełniona nową treścią. Urban pierwszy zaproponował wypełnienie tego miejsca; według retoryki pisma »Nie« »czerwona« dyktatura została zastąpiona dyktaturą »czarną«, dawna nomenklatura – nomenklaturą nową, która – podobnie jak nomenklatura komunistyczna – będzie nam mówić, co wolno, a czego nie wolno”.

Opisany powyżej mechanizm może by nie zadziałał, gdyby nie starania nowych elit, które kompromitowały się jak na zamówienie. Ostateczny cios nowym autorytetom zadała lustracja, z której potoczny wniosek jest taki, że wszyscy byli ubrudzeni. W sferze wartości zapanował nieopisany chaos. Przeprosiny za komunizm i przeprosiny za Solidarność zlały się w jedną frazę okolicznościowych uprzejmości, do których i tak nikt nie przywiązuje większej wagi. Przepraszać można dzisiaj za wszystko, co wydarzyło się w przeszłości, bez konsekwencji dla strony przepraszającej. A więc w gruncie rzeczy ta nowa Polska – mówi się coraz częściej – jest bliźniaczo podobna do PRL, bo w zasadzie nic się nie zmieniło oprócz haseł na sztandarach, pod którymi zdobywano władzę.

Ślad tego myślenia znajdujemy w leksykografii, gdzie poprzez zniekształcenia nowych słów i terminów przypisano im skojarzenia jednoznacznie negatywne: obok komuchów pojawiły się solidaruchy, UDecja (Unia Wolności, która była jeszcze Unią Demokratyczną) brzmiała podobnie jak UBecja, a o głowie Kościoła można powiedzieć pogardliwie „gensek”.

Udało się wmówić znacznej części opinii publicznej, iż za całe zło naszych czasów odpowiedzialny jest nowy ustrój. Co charakterystyczne, na tym polu obywatelskiego uświadamiania dochodzi do owocnej współpracy orientacji lewicowej ze skrajnie prawicową. Dziennik socjaldemokratyczny liczy zamarzniętych zimą biedaków, organy narodowo skrajne usiłują dowieść, iż kiedyś nie było narkomanii, prostytucji, pornografii i wszelkich innych zboczeń.

Niedawno pojawiła się kolejna rewelacyjna teza, której przez wiele lat nikt nie ośmieliłby się ogłosić – oto sporą popularność zyskuje książka Kazimierza Z. Poznańskiego „Wielki przekręt”, z której ma wynikać, iż gdyby nie zmiany systemowe, bylibyśmy dzisiaj krajem mlekiem i miodem płynącym. Wszyscy piszący o biedzie i zaniedbaniach nie zauważają jednak, że kraje postsocjalistyczne, w których nie wprowadzono konsekwentnie reguł gospodarki rynkowej, znajdują się dzisiaj na poziomie Trzeciego Świata.

Odejście robotnika

Bezrobocie jest w kapitalizmie zjawiskiem normalnym, ale u nas dolegliwości braku zatrudnienia są wyjątkowo bolesne. Otóż wśród żyjących dziś z zasiłku poczesne miejsce zajmują byli pracownicy wielkich zakładów produkcyjnych, zwani kiedyś klasą wysokoprzemysłową, obecnie ostatecznie zdeklasowani. To oni stanowili armię ochotników, która dwadzieścia lat temu stanęła do walki z komunistycznym systemem, rozpoczynając batalię, która zakończyła się wiadomym zwycięstwem. I wówczas miało się okazać, że dla kombatantów nie ma miejsca w nowej rzeczywistości ekonomicznej. Chcieli wolności – również gospodarczej – i pierwsi stali się jej ofiarą. Ten paradoks losowy w ogromnym stopniu wyjaśnia, dlaczego ci, którzy rozbrajali dawny system, dzisiaj za nim tęsknią.

Mogą czuć się oszukani podwójnie. Najpierw oficjalna ideologia przydawała im atrybuty włodarzy państwa, co zresztą nie było wcale tylko pustą frazeologią, lud pracujący miast i wsi miał bowiem liczne powody, by czuć się pełnoprawnym podmiotem w socjalistycznym państwie, a nawet mieć moralną przewagę nad warstwą inteligencką, zawsze spychaną na margines. W sierpniu 1980 r. hołdy klasie robotniczej oddała sama inteligencja, przyłączając się do protestu, a potem przyjmując postawę słabszego wspólnika. Z owego czasu pochodzi jeden z lepszych rysunków Andrzeja Mleczki, przedstawiający ojca, który zwraca się do synka: „Ukłoń się, pan robotnik idzie”.

W nowej Polsce robotnicy i chłopi zostali strategicznie przesunięci z awangardy do ariergardy i bywa, że traktuje się ich jako zbędny balast opóźniający marsz ku wspólnej Europie. W dawnej ojczyźnie czuli się pewniej. „Polska Ludowa dała mi poczucie, że należy mi się bezpłatna opieka lekarska, prawo do pracy, równorzędny – równoprawny dostęp do wykształcenia, zdobycia kwalifikacji zawodowych, oświaty, kultury, mieszkania – pisał inteligent z awansu, zabierając głos w dyskusji o PRL na łamach gazety. – Albowiem choćbym był najbiedniejszy materialnie, byłem w tym państwie obywatelem”.

Ale armię przegranych stanowią nie tylko zwolnieni ze Stoczni Gdańskiej, z kopalni, Ursusa i Radomia. Spontanicznie przyłączają się chłopi, niepewni jutra, z trudem odnajdujący się w czasach konkurencji i rywalizacji. Na pewno za Gierka było im lepiej, kiedy dostawali tanie kredyty, a każdy produkt, bez względu na jakość, zyskiwał natychmiast nabywcę. Z ankiety, którą opublikowaliśmy w ubiegłym roku w „Polityce” (26/99), wynikało niezbicie, iż aż 78 proc. rolników tęskni dziś za byłym sekretarzem. Nic dziwnego, iż w którejś wsi ukonstytuował się komitet budowy sali gimnastycznej im. Edwarda Gierka.

Poniekąd w podobnej sytuacji znalazły się inne, w przeszłości bardzo zamożne grupy zawodowe, dziś coraz głośniej wyrażające swoje niezadowolenie, jak rzemieślnicy, „badylarze”, lekarze pewnych specjalności (np. ginekolodzy). W PRL żyli dosyć komfortowo w pewnej niszy, z której musieli teraz wyjść i poddać się warunkom konkurencji i wolnego rynku. Wielu już nigdy nie osiągnie ówczesnego poziomu realnych zarobków.

Ofiarami transformacji, mającymi powody, by tęsknić za Peerelem, są też pracownicy budżetówki, skazani nadal na pracę wedle socjalistycznych zasad, z zarobkami na poziomie obecnego minimum socjalnego. Co szczególnie zdeklasowało „budżetowych inteligentów”: nauczycieli, urzędników. Zwłaszcza gdy porównają się dziś z bardziej obrotnymi kolegami ze studiów.

Jak się miało okazać po przebudzeniu w nowych czasach, paru rzeczy o systemie kapitalistycznym jednak nie wiedzieliśmy, przede wszystkim zaś tego, że i pod jego rządami nie wszyscy będą piękni, zdrowi i bogaci. Zaś ewidentne zdobycze demokracji nie dla wszystkich mają jednakowe znaczenie, nie każdy na przykład korzysta codziennie z dobrodziejstw wolności słowa czy paszportu trzymanego we własnym biurku. Ludzie mniej zajmują się dzisiaj polityką, bardziej staraniem o godziwe życie.

Pisał prof. Jerzy Szacki w „Rzeczpospolitej”: „Tak naprawdę nie tak wielki procent ludzi żyje polityką i w gruncie rzeczy ich nostalgia sprowadza się do przeświadczenia, że dawniej po prostu łatwiej się żyło, łatwiej było koniec z końcem związać. Czasem oznacza to, że poziom życia tych ludzi był istotnie nieco wyższy niż jest w tej chwili. W wielu jednak wypadkach chodzi tylko o to, że ich możliwości w stosunku do pokus, które stwarza dzisiejszy rynek, są rażąco ograniczone. Wtedy niemal każdego stać było prawie na wszystko, co rynek oferował. Obecnie – tylko na drobną część. (...) Mało kto zastanawia się, czy przedtem był socjalizm, totalitaryzm, czy jeszcze coś innego, a teraz to jest kapitalizm czy demokracja. Niektórzy zastanawiają się, większość niespecjalnie”.

Wstrząśnięci w samej swojej istocie

Można zmienić nazwę czekolady z „22 Lipca. d. E. Wedel” na „E. Wedel. d. 22 Lipca”, ale jej smak pozostanie taki sam. Podobnie jest z naszą mentalnością – przecież nie przeistoczyła się w dniu, w którym Sejm zadekretował zmianę PRL na RP, z liczbą porządkową III. W pierwszym okresie zachłyśnięcia się wolnością żyliśmy złudzeniami, że zostawiamy za sobą Czarną Dziurę, nad którą przeskoczyliśmy w siedmiomilowych butach wprost do nowej rzeczywistości. Ale im dłużej żyjemy w III RP, tym natarczywiej wracają wspomnienia z przeszłości. Dziś, gdy głową państwa jest prezydent z peerelowską przeszłością, z ogromnymi szansami na reelekcję, a SLD szykuje się z wolna do przejęcia władzy, z którą to alternatywą oswajają się też nasi zachodni sojusznicy – wystarczy wspomnieć niedawną wizytę delegacji Socjaldemokracji w siedzibie Unii Europejskiej – nie da się o PRL rozmawiać stereotypami. Czy tego chcemy, czy nie, zaprzeczyć się nie da, że wszyscy dziś dorośli obywatele III RP mieli kiedyś w dowodach tożsamości inny adres. I jak głosi cytat z Zagajewskiego zamieszczony na okładce książki „Dziecko Peerelu” – „...ale żyliśmy tam i nie byliśmy cudzoziemcami”.

Pocieszaliśmy się: mieszkamy w bloku socjalistycznym, ale zajmujemy w nim najweselszy barak. No i nigdy nie traciliśmy pewnego rodzaju poczucia wyższości. Byliśmy przecież wyjątkowi, niepokorni, nieujarzmieni, podczas gdy inne narody pozostające w strefie sowieckich wpływów zachowywały się – według naszego mniemania – o wiele mniej godnie. Wobec suwerena, Związku Radzieckiego, żywiliśmy uczucia ambiwalentne – z jednej strony ciągła obawa, że kiedyś w końcu „wejdą”, z drugiej natomiast poczucie wyższości. Nie brakowało nam pewności, że przynależymy do wyższej cywilizacji, a nasz kraj, by zacytować bohatera sztuki Mrożka, leży raczej na zachód od wschodu niż na wschód od zachodu. Bardzo popularne były zawsze u nas śmieszne kawały o Ruskich, notabene w znacznej mierze proste tłumaczenia amerykańskich dowcipów o Polakach (tzw. polish jokes). Nasz wielki sąsiad przedstawiany był w nich jako nieokrzesany prymityw, nieradzący sobie z podstawowymi zdobyczami cywilizacji, np. herbatą ekspresową. Resztki tych zachowań widać do dziś na bazarach, gdzie handlują przyjezdni zza wschodniej granicy: rodak czuje się tu jak panisko, więc zwraca się do sprzedającego per „ty” i wyniośle kaprysi.

Ale poczucie lepszości bezpowrotnie utraciliśmy, nawet w obszarze byłego obozu. Centralne obchody 10 rocznicy „Jesieni Narodów” odbyły się nie u nas, lecz w Pradze, a stacja CNN przekazywała bezpośrednią relację na cały świat. Trudno było się wówczas oprzeć wrażeniu, że ktoś ukradł nam zasługi, a może tylko nie potrafiliśmy się sprzedać?

Szybko też okazało się, że nasza odwieczna miłość do Zachodu jest tylko w pewnej części odwzajemniona, a teraz wręcz pojawił się lęk, w szczególności wśród grup mniej oświeconych, iż we wspólnej Europie zostaniemy obywatelami gorszej kategorii. W ogóle wobec Zachodu Polak ma kompleksy i jeśli jest za stary, by zostać „młodym miejskim profesjonalistą”, czuje się tam raczej nieswojo, zwłaszcza gdy nie zna tamtejszych języków, znacznie bardziej obcych niż rosyjski. Nie wystarczy mieć paszport w kieszeni, żeby czuć się Europejczykiem.

W dalszym ciągu wiele naszych zachowań społecznych da się wytłumaczyć nawykami z poprzedniej epoki. Zdawał sobie z tego sprawę przewidujący Gombrowicz już w 1956 r., gdy mówił w wywiadzie dla paryskiej „Kultury”: „Przeważa między nami opinia, że komunizm w Polsce jest zjawiskiem sztucznym, że wszystko, co tam się dzieje, jest rodzajem maskarady. Tak nie jest. Gdyby nawet odszedł komunizm, zostawi ich czymś innym, niż byli. Zostaną sami, ale odmienieni, wstrząśnięci w samej swojej istocie, wypełnieni rzeczywistością, dla której nie znajdują wyrazu”.

Wycieczka do muzeum

Dlaczego Polacy wciąż tęsknią za Peerelem, a dzisiaj nawet jakby znowu trochę bardziej niż wczoraj? Na koniec odważę się przedstawić swoją prywatną tezę. Nie miałem dotychczas odwagi ogłosić jej publicznie, ale teraz zaryzykuję. Otóż moim skromnym zdaniem realny socjalizm – oczywiste więc, że pomijam okres represji trwający od 1944 do 1956 r. – to był ustrój pod wieloma względami idealny dla przeciętnego obywatela. Po pierwsze zwalniał go z odpowiedzialności za państwo, przeznaczając rolę statysty uczestniczącego w fikcyjnym rytuale demokracji. Większość brała bez oporów udział w tej mistyfikacji, byleby tylko mieć święty spokój i prawo do realizacji marzeń o (bardzo) małej stabilizacji. Przyswajali zasadę podwójnego myślenia, co innego mówiąc, a co innego myśląc, inaczej zachowując się w sytuacjach oficjalnych, a inaczej prywatnie.

To rozdarcie, według ówczesnej aksjologii podręcznej, też miało w sobie coś heroicznego (patrz: Konrad Wallenrod). Można więc było czuć się emigrantem we własnym kraju, buntownikiem po godzinach, a jednocześnie dawać dowody konformizmu, np. uczestnicząc w wyborach czy pochodach pierwszomajowych. Tylko w tamtym ustroju dało się połączyć te przeciwności. Okazało się, że bez wolności można żyć, okresami wcale nie najgorzej. Owszem, dziś często słyszy się pomstowanie na demokrację, która zmusza do ciągłych wyborów – od wyborów politycznych po proszek do prania.

Tamten okropny, niezapomniany system miał jeszcze jedną wspaniałą cechę – dawał alibi wszystkim, którym się nie udało. Najzwyklejsi nieudacznicy mogli każdą swą prywatną klęskę zwalać na Jałtę. Ponadto i tak państwo podejmowało za obywatela większość istotnych decyzji, traktując go jak dziecko. Przełom 1989 roku to było również przejście od infantylizmu do trudnej dorosłości.

Parę lat temu powstał pomysł urządzenia Muzeum Komunizmu w Pałacu Kultury i Nauki, obok którego miałaby stanąć – jako istotny element kompozycji przestrzennej – strzelista Wieża Wolności, niwelująca ostatecznie wertykalną dominację nad miastem kłopotliwego podarunku Józefa Stalina. Co jednak zastanawia, projekt został przyjęty z rezerwą, chyba nawet po prawicy pojawiło się niewiele głosów entuzjastycznych. Nie było więc nawet debaty, jakie eksponaty powinny się znaleźć wewnątrz: rzeczy, dokumenty, dzieła sztuki socrealistycznej, portrety? Dobrze przygotowana ekspozycja mogłaby dorównać rangą tej, dzisiaj już historycznej, krakowskiej wystawie „Polaków portret własny” z 1980 r., tylko z odwrotnym przesłaniem ideowym: tam pokazywano, jacy byliśmy wspaniali, a tu – raczej pomniejszeni.

Scenarzyści krakowskiej wystawy pokazywali kończącym wędrówkę po narodowym imaginarium jeszcze jeden portret – było to odbicie twarzy w lusterku w pobliżu drzwi wyjściowych. W Muzeum Komunizmu, które nigdy nie powstanie, ów genialnie prosty pomysł można by powtórzyć, a może nawet dla większego efektu powiesić lustra na wszystkich ścianach.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama