Klasyki Polityki

Ostatni taki bazar

Bazar Różyckiego to jedna z warszawskich legend. Bazar Różyckiego to jedna z warszawskich legend. Wojciech Druszcz / Polityka
Być może to ostatnie takie miejsce w Warszawie. Kilkanaście lat temu przeszło ważną próbę.
Jadwiga Wierzbicka jest weteranką wojenną – służyła w artylerii, potem zaczęła handlować na RóżyckimWojciech Druszcz/Polityka Jadwiga Wierzbicka jest weteranką wojenną – służyła w artylerii, potem zaczęła handlować na Różyckim
Unikatowe polichromie w żydowskim Domu Modlitwy. Na fotografii obecny mieszkaniec budynku Józef Grabowski.Wojciech Druszcz/Polityka Unikatowe polichromie w żydowskim Domu Modlitwy. Na fotografii obecny mieszkaniec budynku Józef Grabowski.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w marcu 2000 r.

Bazar Różyckiego to jedna z warszawskich legend. Klimat tego najstarszego w stolicy, położonego w dzielnicy Praga Północ, targowiska opiewano w piosenkach, opisywano w książkach i pokazywano w filmach. Przez sto lat swego istnienia Różyc – jak nazywają go warszawianie – zrodził własny handlowy folklor i wielopokoleniową tradycję rodzin kupieckich. W czasach komunizmu był tolerowanym i wykorzystywanym, odgrodzonym murem kawałkiem kapitalistycznego świata. Teraz nie dając sobie rady z nowoczesną wolnorynkową konkurencją Różyc podupadł. Czy w przyszłości zniknie?

O zwrot ziemi, na której się znajduje targowisko, upominają się spadkobiercy Juliana Różyckiego, założyciela bazaru. Jednocześnie Stowarzyszenie Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego, reprezentujące interesy około 320 osób, walczy o prawo do dalszej egzystencji. Jest jeszcze Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego, zamierzająca zbudować w tym miejscu Centrum Handlowe. Choć władze miasta wycofały się z podpisanej z nią trzydziestoletniej umowy dzierżawy terenu, ta nie została jeszcze dotąd formalnie rozwiązana.

Siwe brody

Założyciel bazaru Julian Różycki był najlepszym aptekarzem w tej części miasta, dynamicznym biznesmenem, wspaniałym społecznikiem i głową licznej rodziny. Kiedy jego interesy rozkwitły, pieniądze zaczął lokować w ziemi. W 1874 r. nabył dwie działki przy ulicy Brzeskiej, wkrótce potem dwie następne – przy ulicach Targowej i Ząbkowskiej. Na powstałym tak placu ok. 1900 r. założył bazar. Było to długie targowisko, na które można się było dostać pięcioma wejściami; od strony ulicy Targowej – przez żelazną bramę, nad którą obok metalowej warszawskiej syrenki widniał stosowny napis wykonany z kunsztownie zaplecionych liter. Brama i napis przetrwały obie wojny światowe.

Przez szereg lat administratorem bazaru był Żyd Manes Ryba. Różycki i Ryba byli do siebie podobni. Obaj nosili siwe brody, bywało, że ich ze sobą mylono. Wzdłuż granicy największej działki (tej przy Targowej 54 – 5610 m kw.) stał ceglany mur. Za nim znajdowało się przedsiębiorstwo należące do Żyda, którego przezywano Żółtek. Ta działka po wojnie została włączona do targowiska, obecnie to jedna trzecia z 15 275 m kw. powierzchni dzisiejszego bazaru.

Kamienica przylegająca do bramy od ulicy Targowej to Dom Rothblitha, zbudowany w 1819 r. – najstarszy budynek mieszkalny na Pradze. Ma białą elewację, na parterze znajduje się Biały Raj – sklep z ubiorami ślubnymi. W głębi na podwórku stoi niewielka oficyna wzniesiona w drugiej połowie XIX w., wewnątrz skrywała trzy żydowskie Domy Modlitwy. To jedyny w Warszawie unikalny obiekt z zachowaną żydowską polichromią, ufundowaną w 1934 r. przez synów Dawida Grinsztajna.

W latach międzywojennych w oczy rzucał się stojący obok bramy przy Targowej ogromny i efektowny syfon zwany „symfonią praską”. Był niebieski, jego czub srebrny – w środku był kiosk z czekoladą i sodówką.

Prawą stronę bazaru zajmowały jatki. Środek – kramy i stragany. W kierunku Brzeskiej królował dział okazji i tandety, obok drób, gołębie, króliki i inna menażeria.

Na bazarze Różyckich handlowali przede wszystkim Żydzi. Nieliczni Polacy sprzedawali głównie mięso i warzywa. Także do Żydów należała absolutna większość sklepów w tym rejonie Pragi.

Teraz jest wojna

Starsza pani sprzedaje wyroby z wikliny i duże plastikowe torby. Pamięta tamte czasy. – Administratorem przed samą wojną i w jej czasie był Antoni Potocki – mówi, popijając herbatę, sprzedawaną przez nie mniej leciwą kobietę (pół litra za 1 zł). – Potocki ożenił się z wnuczką Juliana Różyckiego. Znałam go osobiście, piliśmy kiedyś nawet razem kawę u Bliklego. Był ciemnym blondynem, średniego wzrostu. Miał szczęście, bo Janina Różycka była bardzo piękna. Miała gruby warkocz ufryzowany tak jak u Halki. Tej od Moniuszki.

W okresie okupacji barwną postacią związaną z bazarową ferajną był niejaki Wicuś – Marynarz. W jego barze przy Brzeskiej zbierali się ludzie z konspiracji. Wicuś był mężczyzną ogromnej tuszy (ważył ponoć 300 kilo), po mieście poruszał się tylko dorożką o specjalnie przerobionych resorach. W swoim barze Wicuś urzędował głównie za kasą. Kiedy kończył pracę, do dorożki odprowadzało go dwóch kelnerów. Przytrzymywali ją z jednej strony tak, żeby nie przewróciła się, kiedy wsiadał.

Zygmunt Pągowski handluje skórzaną odzieżą. Pojawił się na Bazarze Różyckiego w listopadzie 1939 r.: – Zacząłem tu handlować zaraz po zawieszeniu broni. Kiedy Niemcy wywieźli Żydów do getta, w ich miejsce weszli Polacy. Niemcy urządzali na bazarze łapanki. Z trzech udało mi się uciec. Często przeskakiwaliśmy przez płot do Żółtka, gdzie rosły wtedy kartofle. Z czwartej łapanki, 28 sierpnia 1944 r., trafiłem do Mauthausen. Wróciłem na bazar po wyzwoleniu. Jestem tu do dzisiaj i czekam na nową budkę.

W 1944 r., kiedy po drugiej stronie Wisły trwało powstanie warszawskie, bazar spłonął. Handel jednak nie ustał, kupcy przenieśli się na okoliczne ulice. Przy Ząbkowskiej 9 powstało małe targowisko, które znikło, kiedy odbudowano Bazar Różyckiego.

Kto handluje, ten żyje

Część budek po zakończeniu wojny wystawili kupcy (niektóre z nich stoją do dzisiaj), resztę nowo powstały Zarząd Hal i Targowisk. O pozwolenie na handel było niełatwo. Wydawała je rada narodowa. Konieczne było jednak poparcie Zrzeszenia Prywatnego Handlu i Usług oraz przydział miejsca. Halina Potyra jest związana z Różycem od tamtego momentu: – Zaraz po wojnie były dobre czasy, opłacaliśmy komorne, a podatek od handlu był niski. Dodatkowe opłaty były za wywieszanie towaru z budki.

Administrujący bazarem Antoni Potocki usłyszał w 1950 r. od urzędników rady narodowej, że wszystkie znajdujące się na targowisku budynki przeszły na własność Skarbu Państwa. Kiedy władze zabrały mu bazar, był kompletnie załamany. – Pamiętam to dobrze, bo przychodził do mnie do budki. Sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby jego rodzina odzyskała bazar – mówi handlarka wikliną.

W 1951 r. na Bazarze Różyckiego było kilkaset stanowisk handlowych, a w 17 budkach rzeźnicy sprzedawali mięso. Dla kupców nastały jednak ciężkie czasy. Bazar był regularnie nękany przez kontrolerów. – Pamiętam, przychodziło dwóch takich, co to brali towar w rękę i natychmiast żądali rachunku. W razie najmniejszej niezgodności traciło się koncesję – wspomina Halina Potyra.

Kiedy kontrolerzy wchodzili na bazar, trzeba było mieć refleks. – Natychmiast zamykać budkę albo z niej po prostu uciekać. Wtedy była szansa, że pójdą dalej – dodaje Jadwiga Wierzbicka, handlująca od 1947 r.

Największą zmorą kupców była kontrolerka nazwana przez nich Mańką-Pędzel. Kiedy wpadła, odkryto u niej w domu pod podłogą schowek, w którym zmagazynowała towar wyłudzony z bazaru.

W 1960 r. opracowano pierwszy plan zagospodarowania terenu bazaru. Od ulicy Brzeskiej powstałby parking na 44 samochody, od Targowej budynek mieszkalny. Handel odbywałby się na środkowej części placu i od strony ulicy Ząbkowskiej. Budowy nigdy nie podjęto.

Kolejny raz czarne chmury zawisły nad Różycem w 1972 r. Jednak i tym razem władze uznały, że Bazar Różyckiego jest potrzebny, a przede wszystkim opłacalny.

Trzy karty

O fortunach zbijanych na Bazarze Różyckiego w komunistycznej Warszawie mówiło się wiele. Różyc był jednym z największych targowisk w Europie Wschodniej. Można tu było kupić po prostu wszystko: świeże warzywa, modne ciuchy, walutę, buty, szynkę, złoto, nabiał, broń, suknię ślubną, rzadkie książki, kartki na benzynę, pierwsze filmy na kasetach wideo, fałszywe dokumenty i odzież ochronną. Było gwarno, tłoczno i kolorowo. Do historii przeszły „flaaaki” i „pyyyzy gorące” podawane w plastikowych miseczkach przez nawołujące z dala kobiety.

Kwitł hazard. Ogromne emocje wzbudzała gra w trzy karty. Od udziału w tym procederze zaczęła się niejedna głośna bandycka kariera. Bazar był domeną gangu z Wołomina, który w różnych konfiguracjach rządził tu przez wiele lat. Kiedy w latach 80. przestępczy król bazaru trafił do szpitala, jego ludzie w dowód szacunku znosili tam skradzione telewizory. Kiedy zniknął, szukano go przez półtora roku. Jego zwłoki odkopano w końcu nad Kanałem Żerańskim.

Trwała ostra wojna z kontrolerami ze wszystkich możliwych instytucji, Milicja Obywatelska nie pozostawała oczywiście w tyle. Za drobne uchybienia naliczany był bardzo słony domiar. – Za sześć kwiatków wartych około 200 zł, przypinanych do garnituru pana młodego, dostałam 60 tys. złotych domiaru – opowiada o swej martyrologii Jadwiga Wierzbicka.

Straciłam koncesję na sprzedaż odzieży dziecięcej. Bo nogawki spodni, które sprzedawałam, były o sześć centymetrów za długie – wtóruje Halina Potyra.

Szczególnie dramatyczny przebieg miała walka z handlarzami mięsem. Królowała wśród nich pani Gieniuchna. Pamiętana do dzisiaj na bazarze z doskonałego żurku, którym karmiła swoich klientów. Jej system był prosty. Nigdy nie miała przy sobie towaru. Zawsze przechowywała go w budkach u zaprzyjaźnionych handlarzy. Po jednej z nieoczekiwanych kontroli wśród budek znaleziono półtorej tony porzuconego mięsa.

Gorzki smak wolności

Po ostatecznym krachu systemu centralnego zarządzania w 1989 r. Różyc tętnił jeszcze przez kilka lat życiem. Potem bazarowe alejki zaczęły coraz bardziej świecić pustkami. Różycowi wyrosła śmiertelna konkurencja. Przede wszystkim Jarmark Europa, zorganizowany na wpółopustoszałym Stadionie Dziesięciolecia. Na nim po niższych, prawie hurtowych, cenach swój towar sprzedawali przybysze zza wschodniej granicy.

Szybko zaczęły też wyrastać hipermarkety, przejmujące stopniowo główny ciężar handlu w Warszawie. Niemodernizowany od dziesiątek lat Różyc stał się miejscem na zakupy dla osób ubogich. Tymczasem kompletnie zapuszczona przez 50 lat Praga Północ zaczęła powoli zmieniać swe szemrane oblicze.

Do 1991 r. administratorem bazaru było WSS Społem. Potem przez sześć kolejnych lat w imieniu gminy Praga Północ – ZTiPK Bazary Praga. W 1997 r. do przetargu na dzierżawę targowiska stanęła powstała w 1991 r. Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego. Była jedynym kandydatem. Spadkobiercy Juliana Różyckiego: rodziny Różyckich, Potockich, Kazikowskich i Grotowskich, do przetargu nie przystąpili. – Nie byliśmy jeszcze gotowi do gry o taką stawkę – tłumaczy jeden ze spadkobierców.

Spółdzielnia podpisała umowę dzierżawy targowiska na 30 lat, zobowiązując się do wybudowania na terenie bazaru Centrum Handlowego. Stylizowany na starą praską architekturę budynek miał być bardzo nowoczesny, na jego dachu miał znajdować się parking.

Wkrótce znaczna część kupców oprotestowała rozpoczętą inwestycję, nie zgadzając się na warunki umowy. Czynsz za niewielkie stanowisko handlowe w mającym powstać magazynie miał być duży, a w dodatku prawa do tego miejsca nie mogły być dziedziczone.

W końcu rozpoczęta od strony ulicy Ząbkowskiej budowa została przerwana. A spółdzielnia zaczęła mieć kłopoty finansowe. Większość członków powołała wtedy nowy zarząd. Jednak nie uznały go ani sąd rejestrowy, ani władze. Stary zarząd zapisał do spółdzielni nowych członków ze Szczecina, Zielonej Góry i Nowej Soli. Ich głosy miały zadecydować, który zarząd jest prawomocny. Walne zgromadzenie skończyło się awanturą na ulicy, na której kupcy do północy blokowali autokary z nowymi spółdzielcami. Stary zarząd utrzymał się jeszcze jakiś czas, ale w końcu całkiem skłócony z większością kupców opuścił bazar w kwietniu 1999 r.

Później, we wrześniu, dwukrotnie (przy pomocy agresywnych postawnych mężczyzn o wygolonych głowach) próbował przebić się do zaplombowanego bazarowego budynku od strony ulicy Brzeskiej. Znajdowały się w nim jego dokumenty, które za wszelką cenę chciał odzyskać. Kupcy zasłaniali dostęp, rzucali pomidorami, sypali mąką i lali wodę. 28 września brygada antyterrorystyczna przykuła napastników kajdankami do bramy od strony ulicy Brzeskiej. Wielu pochodziło z okolic Wołomina.

14 września powołane zostało Stowarzyszenie Kupców Warszawskich Bazaru Różyckiego. – Spółdzielnia jest kojarzona powszechnie z długami, nieustannymi awanturami i niegospodarnością. A my musimy przecież działać – tłumaczy Elżbieta Ciechońska ze Stowarzyszenia.

W listopadzie na Pradze Północ doszło do poważnej katastrofy budowlanej. Zwróciło to uwagę na zagrożenie domów sąsiadujących z przerwaną budową. 9 listopada około godz. 22 na nieczynnym już o od dawna bazarze pojawiło się pół kompanii policji, pracownicy agencji ochrony, przedstawiciele firmy Energopol (mający zabezpieczyć plac budowy) oraz członkowie nieuznawanego przez kupców zarządu. Doszło do zamieszania. Kupcy przedarli się przez kordon policyjny obstawiający bazarowe bramy. Potem do rana pilnowali swojego majątku.

21 listopada o godz. 20 na Różycu pojawili się członkowie starego zarządu i pracownicy Agencji Ochrony 909. Przybysze usunęli ochronę wynajętą przez Stowarzyszenie. Potem zażądali od kupców opuszczenia bazaru, a następnie dostali się do zaplombowanego budynku. Kupcy widząc to, próbowali uniemożliwić im opuszczenie bazaru. Obecna na miejscu policja rozdzieliła skłócone strony, a członkowie zarządu wycofali się. Jeszcze tej samej nocy kupcy usunęli z bram świeżo założone łańcuchy i kłódki. Rano zreperowane zostało zerwane wieczorem połączenie telefoniczne Stowarzyszenia.

Tradycja to tradycja

– Ten bazar to nasze życie i egzystencja – tłumaczy Elżbieta Ciechońska ze Stowarzyszenia. – Większość kupców handluje na nim od bardzo dawna, często przejmowali interes po rodzicach. Praca na bazarze to podstawa utrzymania całych rodzin. Co stanie się z tymi ludźmi, jeżeli zostanie zlikwidowany? Walczymy o to, żeby bazar przetrwał. Ale w nowoczesnej formie.

– Tradycja to tradycja – mówi jeden ze spadkobierców Juliana Różyckiego. – Nie można jednak określić ostatecznie tego, co się stanie, jeżeli odzyskamy prawo do zagrabionego nam majątku. Jeżeli nawet bazar zostanie na swoim miejscu, to na pewno nie w tym kształcie. Będzie musiał zostać przystosowany do nowych realiów gospodarczych.

10 marca 1999 r. Samorządowe Kolegium Odwoławcze stwierdziło nieważność decyzji rady narodowej z 1950 r. o upaństwowieniu bazaru. – Teraz będziemy ubiegali się o ustanowienie na naszym przedwojennym majątku dzierżawy wieczystej – zapowiada spadkobierca. – Dopóki nie zostanie uchwalona ustawa reprywatyzacyjna, to wszystko, na co możemy liczyć.

8 października 1999 r. zastępca prezydenta miasta w gminie Warszawa Centrum Andrzej Szklarski, wydał dyspozycję o rozwiązaniu umowy dzierżawy ze spółdzielnią kupców. – Jesteśmy za tym, żeby to miejsce zachowało swój tradycyjny charakter – tłumaczy Szklarski. – Niestety, kupcy pokłócili się. A my nie możemy czekać w nieskończoność. W przyszłości prawdopodobnie powróci też sprawa roszczeń byłych właścicieli. Jeżeli odzyskają oni prawa do gruntów, miasto mogłoby te roszczenia odkupić. Według pierwszej propozycji, za pieniądze gminy lub wybranego inwestora powstałby nowy bazar. Według drugiej koncepcji to miejsce w planie zagospodarowania przestrzennego zostałoby określone jako handlowe. A wtedy właściciele musieliby już sami szukać pieniędzy na budowę.

Spółdzielnia Kupców Bazaru Różyckiego nie dała za wygraną, znalazła nowego inwestora strategicznego. Ale wypowiedzenie dzierżawy gruntu jest, według urzędników, nieodwracalne. – Wypowiedzenie umowy zostało sporządzone 13 grudnia 1999 r. – wyjaśnia Zbigniew Trąbiński, zastępca dyrektora zarządu dzielnicy Praga Północ. – Zgodnie z przepisami staraliśmy się doręczyć je osobiście członkom zarządu Spółdzielni Kupców. Ci jednak skutecznie unikają kontaktów z nami. Prawo stwarza jednak w takiej sytuacji inne możliwości działania. Nie chcę zdradzać szczegółów.

Wszyscy zainteresowani są zdania, że stuletnia historia Różyckiego zobowiązuje. Być może gruntownie zmodernizowany pozostanie on na swoim miejscu. Ciągle jednak nie jest jasne, kto będzie jego właścicielem. Historię kupiecką bowiem zastąpiła historia urzędnicza.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama