Klasyki Polityki

W czerni w bieli

Klerycy po raz pierwszy zakładają sutanny po II roku studiów po obłóczynach. Klerycy po raz pierwszy zakładają sutanny po II roku studiów po obłóczynach. Marcin Łobaczewski / Agencja Gazeta
Tylko nieco ponad połowa kleryków zostaje w Polsce księżmi. Artykuł nominowany do nagrody Grand Press.
W Polsce jest 30 tys. księży.Marcin Łobaczewski/Agencja Gazeta W Polsce jest 30 tys. księży.
Po VI roku przychodzi czas na święcenia duchowne. Przyjmuje je tylko co drugi polski kleryk.Marcin Łobaczewski/Agencja Gazeta Po VI roku przychodzi czas na święcenia duchowne. Przyjmuje je tylko co drugi polski kleryk.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA we wrześniu 2004 r.

W katolickich seminariach duchownych w Polsce studiuje jedna czwarta kleryków Europy. Są dziećmi swoich czasów: znają języki, wyrośli w świecie telewizji, hip-hopu i komputerów. Ale też częściej niż kiedyś pochodzą z rozbitych rodzin, są samotni i sfrustrowani. Księżmi zostanie tylko nieco ponad połowa z nich.

Przez sześć lat nauki w seminarium klerycy mają dorosnąć emocjonalnie i, mówiąc językiem ich wychowawców, „uformować się do pełnienia posługi Bożej”. „Tajemnica powołania, potrzeba uświęcenia, podążanie drogą Chrystusa” – to sformułowania klucze, którymi alumni tłumaczą powody wstąpienia do seminarium. Często dopiero za tą fasadą kryją się zwyczajni chłopcy, którzy przyznają, że szukają pomysłu na życie. Są wśród nich ideowcy chcący naprawiać niesprawiedliwy świat, głodni wiedzy domorośli filozofowie oraz tacy, którzy tylko płyną z prądem wydarzeń. Są tacy, co boją się kobiet, i tacy, którzy wyczuwają w sobie postawy homoseksualne i wstydzą się, a w seminarium chcą bez podejrzeń zaistnieć. „Dla osób o silnych skłonnościach homoseksualnych instytucje typowo męskie, na przykład seminaria duchowne, zakony męskie, szkoły wojskowe, mogą być »atrakcyjne« nie tylko pod względem emocjonalnym, ale jako społeczny parawan dla ukrycia odmienności seksualnej” – pisze ks. Józef Augustyn, jezuita, w swojej pracy „Celibat. Aspekty pedagogiczne i duchowe”.

Seminarium jest miejscem próby – albo okaże się, że dobrze wybrali, albo odejdą czy zostaną wyrzuceni. Zdają sobie sprawę, że decyzję muszą podjąć szybko, bo świat pędzi naprzód i kiedy za kilka lat zdecydują się na zrzucenie sutanny, naznaczą się stygmatem społecznym byłego księdza, co spowoduje, że trudno im będzie znaleźć pracę. Wychowawcy nazywają to rozeznaniem powołania. Większość kleryków ma za sobą doświadczenie ministranta i udział w ruchach katolickich.

Właściwie nie pamiętam, żebym uczestniczył we mszy inaczej niż od strony ołtarza – uśmiecha się Marcin, student II roku. – Od dziecka byłem ministrantem. To babcia chciała, żebym służył do mszy, a potem został księdzem. Kiedy teraz na to patrzę, wiem, że przez lata, powoli, babcia budziła we mnie powołanie.

Jednak droga współczesnego polskiego seminarzysty zaczyna się nie od dyskusji o powołaniu czy katechizmie, ale od kontaktu z psychologiem. Pierwsze obowiązkowe badania kandydaci na księży przechodzą w trakcie egzaminów wstępnych, drugie tuż przed święceniami. Nie ma żadnych oficjalnych standardów takich badań, więc ich wynik zależy tylko od intuicji psychologa. Kandydata pyta się o dzieciństwo, dom rodzinny, lęki, doświadczenia seksualne. Przecież seminarium to życie w oderwaniu od świata, koszarowe. Szkoda czasu i miejsca dla emocjonalnych słabeuszy.

Nie ma kleryków, którzy przez cały okres studiów byliby pod opieką psychologa – mówi ks. Józef Kupny, socjolog, rektor katowickiego seminarium. – Jeśli ktoś nie daje sobie rady psychicznie, sugeruje mu się, żeby odszedł.

W Polsce działa 40 wyższych seminariów diecezjalnych i 36 należących do zakonów. W 2003 r. w pierwszych studiowało 4835 kleryków, w drugich 1765. W diecezjalnych za miesiąc nauki płaci się od 150 do 200 zł. W zakonnych nauka bywa bezpłatna lub nawet, jak u pallotynów, student dostaje kieszonkowe. W ubiegłym roku do seminariów zgłosiło się 1392 młodych mężczyzn.

Kandydat

Ks. Marcin Walicki był przez trzy lata zastępcą dyrektora w pallotyńskim Ośrodku Duszpasterstwa Powołań w Warszawie do jego obowiązków należał pierwszy kontakt z kandydatami do kapłaństwa. Odpowiadał na listy i telefony młodych ludzi z całej Polski. Bywało, że taka korespondencja trwała latami, każdy kandydat miał w ośrodku założoną własną teczkę. Przyciągnięciu kandydatów służyły też wakacyjne obozy powołaniowe. To był czas pytań i decyzji.

Ktoś zbliżał się do matury i chciał wiedzieć, jakie dokumenty są wymagane, aby wstąpić do seminarium – opowiada ks. Walicki. – Druga grupa, mniej liczna, to dzieci z ostatnich klas podstawówek, które myślały o drodze duchownej i szukały kogoś, kto im wyjaśni, co to jest powołanie.

Tablice ogłoszeniowe w parafiach, prasa katolicka, rekolekcje i wyjazdy powołaniowe, a przede wszystkim Internet – to miejsca, gdzie można znaleźć reklamę seminariów diecezjalnych i zakonnych. Świetnie opracowane witryny zawsze zawierają otwarte listy alumnów opowiadające, w jaki sposób podjęli decyzję o zostaniu księżmi. Listy te kończą się zapisanym tłustym drukiem wezwaniem do niezdecydowanych w rodzaju: „Jeśli czujesz, że Jezus Cię woła, nie wzbraniaj się, nie walcz, pójdź za Nim, a będziesz szczęśliwy dając szczęście – Jezusa, innym”. Wychowawcy seminaryjni zauważyli, że na spotkania informacyjne wielu chłopaków pojawia się ubranych na czarno – od pierwszych momentów aspirują do bycia duchownymi. Kandydaci oglądają sobie kilkuosobowe, po spartańsku urządzone pokoje kleryków (tapczany, szafy, stoły, krzesła, na ścianie plakat Matki Teresy z Kalkuty) oraz ciasne łazienki (np. trzy umywalki, jeden prysznic na dziesięciu), a kadra naukowa ogląda sobie kandydatów.

– Są tacy, którzy błyszczą inteligencją i ukończyli wcześniej inne studia, ale też tacy, którzy z trudem zdają egzaminy – mówi ks. Marek Dziewiecki, psycholog, krajowy duszpasterz powołań i wicedyrektor Europejskiego Centrum Powołań. – Jedni jasno rozróżniają dobro od zła i są silni psychicznie, inni dopiero uczą się myśleć jak Chrystus i przeżywają bolesne niepokoje emocjonalne. Z perspektywy wieloletniej obserwacji mogę stwierdzić, że wielu kandydatów staje się szlachetnymi kapłanami czy zakonnikami. Z drugiej strony w obu grupach znajdują się ci, którzy rozczarowują siebie i innych.

Ojciec M., przeor klasztoru benedyktynów, ujmuje to bardziej lapidarnie:

Maturzyści z liceów świeckich wyjęci spod klosza i prawie wcale nieznający świata maturzyści z liceów katolickich, a wśród nich czasem ludzie z kilkoma fakultetami, po przejściach życiowych. Trudno sobie wyobrazić, jak znajdą wspólny język.

Przed egzaminem wstępnym składa się dokumenty, wśród nich opinię proboszcza i katechety o kondycji moralnej kandydata – swoiste referencje. Sam egzamin to rozmowa kwalifikacyjna i rozprawka religijna, ale z zakresu domowego katechizmu, nie z dogłębnej znajomości Biblii. Klerycy żartują, że to najprostsze wypracowanie w życiu. Jednak to jeszcze nie wszystko: można mieć świetną opinię od psychologa i zdać egzamin, a nie zostać przyjętym z powodu wyglądu i tak widocznych kłopotów ze zdrowiem, jak np. wózek inwalidzki. Zgodnie z prawem kanonicznym wygląd duchownego nie może być odpychający.

Spójrzmy na to inaczej – przekonuje jeden z księży. – Ludzie mają prawo do zdrowego proboszcza. Mój kolega wyleciał z seminarium, bo robił ekstrawaganckie miny jak Jaś Fasola. Ale po czasie myślę, że to było dla jego dobra.

Alumn

Rodzice Karola rozeszli się, kiedy chłopak był w trzeciej klasie podstawówki. Oboje byli wierzący. Kiedyś podsłuchał, jak po kolejnej kłótni umawiają się, że dla dobra dziecka zostaną razem, aż on przystąpi do Pierwszej Komunii.

Potem były moje wagary, ucieczki z domu, papierosy, alkohol – wylicza Karol, trzeci rok seminarium. – Wolę nie myśleć, jak by się to dla mnie skończyło, gdyby nie księża z parafii. Długo do mnie docierali, bo byłem uparty jak wół i zbuntowany. Pojechałem na organizowany przez nich obóz i wtedy pomyślałem, że może bycie księdzem to nie jest taki zły pomysł.

Jeszcze kilka lat temu Karol mógłby jedynie pomarzyć o seminarium. Rozwiedzeni, niewierzący albo pijący rodzice zamykali synowi drogę do stanu duchownego. Nie pomagały nawet dobre opinie od proboszcza. Rodziny kleryków musiały być poza podejrzeniami. Teraz Kościół otwiera się na takie zbłąkane baranki jak szczerze mówią niektórzy księża aby utrzymać rekordową liczbę polskich powołań (ich liczba wzrosła w latach 50., potem lekko spadła, kiedy kleryków wcielano do wojskowych kompanii kleryckich; znów wzrosła po wyborze papieża Polaka i wciąż wzrasta po każdej jego pielgrzymce do Polski). Inni wolą wersję o realizowaniu chrześcijańskiej misji. Kapłaństwo nie może być nagrodą za dobre zachowanie rodziców. Wychodzi na jedno: ci zbłąkani to część nowego pokolenia i nie zauważać ich się nie da.

Człowiek jest na tyle wielki i wewnętrznie wolny, że w każdych warunkach może nauczyć się dojrzale myśleć i mądrze kochać – mówi ks. Marek Dziewiecki. – Kościół daje szansę tym, którzy zgłaszają się, a pochodzą z trudnych rodzin. Warto przy okazji zaznaczyć, że to nie rodziny są patologiczne, lecz poszczególne osoby, które w nich żyją.

Tyle tylko, że skoro zmieniły się czasy i profil kleryków, powinien się zmienić także program kształcenia. Ks. Dziewiecki wie o tym doskonale i wylicza nowości ostatnich lat: dostęp do bibliotek i komputerów, doskonalenie kadry wykładowców, coraz więcej zajęć o człowieku (pedagogika, socjologia, psychologia), homiletyka (nauka o głoszeniu kazań). Ponadto seminaria stają się bardziej otwarte na kontakt ze środowiskiem świeckim (afiliowane są przy wydziałach teologicznych uniwersytetów). To jest opcja umiarkowana, bo nie brakuje wśród duchownych zarówno tych, którzy chcieliby seminaryjny dryl złagodzić, jak i tych, którzy uważają, że odpowiedzią na atakującą popkulturę powinna być większa asceza wśród studentów. Najbardziej radykalni księża twierdzą wręcz, że psychologia w programie nauczania seminariów patologizuje: pokazuje klerykom odmiany ludzkiej słabości, o których nie mieli pojęcia, podczas gdy wiadomo, że to, co nienazwane, nie istnieje.

Nie twierdzę, że seminarium jest skostniałą formą, ale jeżeli przez 6 lat podstawią człowiekowi wszystko pod nos, to wytwarza się pewne niebezpieczne ciepełko – uważa ks. Marek Łuczak, dziennikarz, wykładowca mass mediów w katowickim seminarium. – A gdyby tak kleryk jeździł na wykłady tramwajem? Gdyby musiał sam sobie kupić bułkę? Wykształcałaby się samodzielność.

Socjusz

Niektórzy alumni skarżą się, że samodzielność została im odebrana w drzwiach szkoły. Przyszli ze świata właściwie bez zakazów: kino, kiedy chcesz, piwo, koledzy, telewizja i Internet do woli. Przystosowanie do życia zgodnie z regulaminem to największa trudność. Celibat na razie jest wirtualny, nie boli.

– Z moich obserwacji wynika, że celibat nie stanowi jakiejś istotnej trudności – twierdzi ks. Dziewiecki. – Żyjemy wprawdzie w cywilizacji, która na różne sposoby wręcz molestuje ludzi młodych, gdyż traktuje seksualność jako towar, dzięki któremu można łatwo i szybko zarobić duże pieniądze, jednak większość młodych dostrzega oczywisty fakt, że miłość bez seksualności wystarczy im do szczęścia, natomiast seksualność bez miłości nie wystarczy nigdy.

– Celibat staje się problemem później, kiedy się człowiek starzeje – potwierdza ks. Łuczak.

Sami klerycy w rozmowach też uważają temat celibatu za przereklamowany i dyżurny, jakby rzeczywiście odkładali zastanawianie się nad tym na dalszy plan. Nie podejmują otwartej dyskusji na ten temat na forum Kościoła, 85 proc. uważa, że bezżeństwo księży to bardzo dobra zasada. Są skłonni rozpatrywać celibat jako część powołania, romantyczne poświęcenie całej swojej energii służbie wiernym. Autorzy wychowawczych wskazań do „formacji dla celibatu kapłańskiego” ujmują to jednak dosadniej: celibatu „nie utożsamia się z faktem bezżenności lub wstrzemięźliwości seksualnej; jest rezygnacją w odniesieniu do potrójnej naturalnej tendencji: funkcji płciowej, miłości małżeńskiej, ludzkiego ojcostwa (...) Aby celibat był autentyczny i prawdziwie świadczył o wartościach religijnych, nie może być zwykłą negacją lub ucieczką, lecz sublimacją seksualności”.

Na wykładach zrównuje się celibat z dojrzałością emocjonalną – opowiada świeżo upieczony ksiądz. – Wychodzi na to, że zrównoważony psychicznie ksiądz wcale nie musi być trapiony przyziemnym pożądaniem ani potrzebą posiadania dzieci.

Z drugiej strony alumnów uczy się, że nie wolno tłumić uczuć, bo to doprowadzić może do deformacji osobowości. Uczucia należy formować. Ani kleryk, ani ksiądz nie istnieją przecież poza światem i zawsze będą narażeni na pokusy. Alumni mówią o tym niechętnie, ale znają przypadki, kiedy koledzy odchodzili z seminarium, bo się zakochali w młodych organizatorkach rekolekcji. Zresztą w środowisku powtarza się żart: celibat to tylko tyle, że nie można mieć żony.

Caelebs to po łacinie bezżenny, a nie samotny odludek. Klerycy, mimo odosobnienia w seminarium, funkcjonują w swoich koleżeńskich paczkach z czasów dzieciństwa – spotykają się z dawnymi kolegami i koleżankami. Niektórzy przyznają, że z czasem celibat może doskwierać jako wyrzut sumienia: nie robisz nic złego, ale jesteś ze swoją paczką w kinie po 22 i sam siebie obwiniasz, że to nie w porządku. Pewnie w takim myśleniu wychowawcy mogliby doszukiwać się wątłości prawdziwego powołania. Jednak wśród młodych księży pojawia się przekonanie, że skoro duchowny ma rozmawiać z ludźmi ich językiem, często też uczyć ich, jak żyć w małżeństwie, powinien co nieco o uczuciach wiedzieć z własnego doświadczenia.

Według mnie przez pierwsze dwa lata kleryk powinien się zastanowić, czy chce żyć sam, czy w rodzinie – mówi jeden z poznańskich księży. – Kiedy przychodzi do seminarium, to dlatego, że chce być księdzem, celibat wybiera potem. Pod koniec piątego roku kleryk zobowiązuje się do celibatu. Jakaś miłość do kobiety z czasów przed seminarium to cenne doświadczenie dla kleryka. Łatwiej jest przyjąć celibat komuś, kto miał dziewczynę. Zwłaszcza jeśli nie ciągnie się to jak wyrzut sumienia, zranienie uczuć. Pytanie tylko, czy maturzysta zdążył już przeżyć miłość.

Pozostaje jeszcze czysto praktyczna funkcja celibatu, nad którą kleryk powinien się zastanowić, zanim przyjmie święcenia: jeśli chce dobrze wypełniać swoje obowiązki, musi być dyspozycyjny.

W każdym seminarium pracują mianowani przez biskupa ojcowie duchowni, którzy mają szczerze rozmawiać z klerykami o ich najintymniejszych sprawach i pokonywać z nimi trudności adaptacyjne. Na jednego ojca duchownego przypada kilkudziesięciu studentów i to kleryk decyduje, o czym rozmawiają. Ojca obowiązuje tajemnica spowiedzi.

Przychodzą ze sprawami związanymi z domem, mają problemy emocjonalne, pytają, jak je uporządkować. Przychodzą, by ich wprowadzić w praktyki ascetyczne, medytacyjne, poradzić coś na rozproszenie w modlitwie – mówi ks. Mirosław Cholewa, ojciec duchowny w warszawskim seminarium i redaktor naczelny miesięcznika „Pastores”. Niełatwo temu pokoleniu wejść w nastrój ciszy i skupienia.

Najpierw każą ci oddać laptopa i komórkę – mówi Darek, I rok seminarium. – Mówią, że chodzi o wyciszenie, żebyś zrozumiał istotę rzeczy. I wtedy zaczyna się: pobudka o 6 rano, mycie, czyli czekanie w kolejce na wolny prysznic, modlitwa, medytacje, wykłady, dwie godziny wolnego po obiedzie i silentium sacrum (uświęcone milczenie) po kolacji. Według regulaminu należy czas wolny spożytkować na dyskusje z kolegami i naukę. Nie ma chwili dla siebie.

Żeby wyjść do miasta, należy wpisać się do specjalnego zeszytu i zastosować się do przepisu o socjuszu, czyli wziąć ze sobą towarzysza. Nic nie robi się samemu, ma się poczucie bycia na cenzurowanym.

W języku Kościoła kleryków się nie kształci, lecz formuje. Chodzi o stworzenie osoby z charyzmą. Ks. Krzysztof Wons, salwatorianin z Krakowa, tłumaczy, że seminarium ma uformować przyszłych księży pod kątem intelektualnym, duchowym i ludzkim. Dobrze przygotowany kandydat na księdza ma być mądry nie tylko na tyle, żeby zdać egzamin magisterski, ale także umieć rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, swoimi „barankami” z parafii, i rozumieć ich kłopoty.

Ojciec Jacek Prusak, teolog i psycholog, jezuita z Krakowa, uważa, że wiele środowisk seminaryjnych w Polsce nie potrafi intelektualnie rozbudzić kleryków. Kształcenie kleryków polega na zapamiętywaniu gotowego materiału, a nie na pobudzaniu do myślenia i dyskusji.

Jeśli kleryk ma wątpliwości, trzeba go skorygować, a nie uczyć myśleć samodzielnie – uważa o. Prusak. – Samo wyrażenie „formacja seminaryjna” sugeruje wtłoczenie plasteliny do formy, aby nadać jej pożądany kształt, także intelektualnie.

Prawo Kanoniczne, rozdział „Kształcenie duchowieństwa”: „Alumnów tak należy formować, ażeby, przepojeni umiłowaniem Kościoła Chrystusowego, będąc związani pokorą i synowską miłością z Biskupem Rzymskim (...) przylgnęli do własnego biskupa jako wierni współpracownicy oraz podejmowali zgodną współpracę z braćmi; przez wspólne życie w seminarium, a także przez nawiązywanie przyjaźni i łączności z drugimi (...)”.

Formowanie

O. Prusak spędził dwa lata w diecezjalnym seminarium duchownym, zanim wstąpił do zakonu jezuitów. Zadecydował o tym świadomie, przebierając w charyzmatach zakonów jak w supermarkecie wiary. To nietypowe, bo większość młodych ludzi wybiera seminaria zakonne na chybił trafił. Prusak ma własne zdanie o klerykach: teologię traktują jako nudny, ale konieczny stopień do zostania księdzem; młodzi ludzie chowają się za rolę, by przypadkiem nie pokazywać własnej twarzy. Nie tak dawno w żartach klerycy oświecili o. Prusaka co do tego, jaki model alumna jest najbardziej pożądany – BMW (bierny, mierny, wierny). Jak na elitarną grupę, mającą w przyszłości spełniać ważną społeczną funkcję w kontaktach ze zwykłymi ludźmi, to chyba niewielkie wyzwania wobec samych siebie. Próba badań języka kleryków („Res Publica Nowa”, wiosna 2004) pokazała, że kandydatom na księży z trudem przychodzi przełożenie podstawowych prawd wiary z urzędowego języka Kościoła na zrozumiały dla każdego.

Nie potrafią czytać między wierszami dosłownie i w przenośni – dodaje o. Prusak. – Albo z dużą łatwowiernością czytają tylko „Nasz Dziennik”, albo z wielką podejrzliwością „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny”. Nie potrafią jednak dyskutować o tym, pojmując katolickość wyłącznie przez pryzmat tego, z czym sami się identyfikują. Przygotowywani są do misji zgodnie z założeniem wszyscy są nasi, grają na gitarach na spotkaniach młodzieży katolickiej. Wkładają w to dużo serca, ale do dialogu z myślącymi inaczej nie mają już takiego zapału, a przecież ewangelizacja nie oznacza adoracji samych siebie.

Potwierdza to Bartek Dobroczyński, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Klerycy studiujący na UJ nieraz pytali mnie o buddyzm, New Age, rock and roll – mówi. – Ale nie po to, żeby te zjawiska zrozumieć, ale by skutecznie z nimi walczyć.

Niedawno w jednym z krakowskich liceów uczący religii kleryk wyrzucił z klasy młodych ludzi, którzy zapytali o ruch Hare Kriszna.

Wychowanie

Alumni, którzy przyjdą na studia od października, spędzają właśnie tydzień na kursie integracyjnym w górach. Dowiadują się od starszych kolegów o życiu w seminarium. Na pierwszym roku trzy oceny niedostateczne na egzaminach to równoznacznik usunięcia ze studiów. Starsi klerycy obowiązkowo dzielą wakacje na trzy części: praca wolontariacka, praca w parafii i wreszcie czas dla siebie. Kiedyś alumni ze Śląska pracowali przez rok w kopalni, teraz, żeby nie zabierać miejsc pracy, mają praktyki w hospicjach i szpitalach. W parafiach uczą religii, pomagają proboszczom, organizują pielgrzymki do Częstochowy. Podczas miesiąca, który zostaje im na odpoczynek, nie są sprawdzani. Najwyżej wychowawca zapyta, dokąd się wybierają i z kim.

Kleryk wypije piwo w seminarium, zostanie wyrzucony. Wypije podczas rekolekcji, zostanie wyrzucony – wylicza ks. Kupny, rektor seminarium w Katowicach. – Jeśli wypije piwo z ojcem podczas wizyty w domu i przyzna się do tego, przymknę oko. W końcu jesteśmy ludźmi, a najważniejsze jest zaufanie.

Ks. Józef Kupny wypracował własny model rozmowy z klerykami. Jako socjolog o specjalności wychowanie potrafi wychwycić kłamstwa. W rozmowie pyta o wszystko, ale odpowiednio dobiera słowa, żeby nie urazić. Takie rozmowy nabrały znaczenia po skandalu w austriackim seminarium w St. Polten, gdzie klerycy, wśród nich Polak, utrzymywali stosunki homoseksualne i zbierali zdjęcia pedofilskie (austriackie seminarium zostało zamknięte, a Polak stanął przed sądem. A w dodatku wydało się, że wcześniej dwa razy odmówiono mu święcenia na księdza w Polsce). Afera z St. Polten jest ostatnio dyżurnym tematem w polskich seminariach. Wszyscy zgadzają się, że przełożeni austriackiego seminarium popełnili błąd przyjmując polskiego kleryka banitę. Wystarczyło zadzwonić i zapytać o jego przeszłość. Lepszy kontakt wychowawców z alumnami ma zapobiegać wypaczeniom.

– Pytam kleryka, jak ocenia sam siebie, jaka jest jego relacja z dziewczynami, czy ma poprawny stosunek do chłopców, do alkoholu – wylicza ks. Kupny. – Mówię: Czytasz gazety, wiesz, co się mówi o duchownych homoseksualistach. Albo: a chciałbyś jeździć po pijanego kolegę księdza do izby wytrzeźwień i się wstydzić? Żaden z nich by nie chciał.

Niekiedy lekarstwem na wahania są urlopy dziekańskie.

Są urlopy z własnej woli – aby przemyśleć powołanie, kleryk wraca do świata; nieraz jest to nawet wskazane, gdy się waha – mówi jeden z poznańskich księży. – Są też urlopy zwane ambasadą: kleryk dostaje urlop z uczelni i nakaz wyjazdu do parafii pomagać proboszczowi. W tym drugim przypadku alumn bywa zapchajdziurą: np. proboszcz dzwoni do swojego kolegi rektora i mówi, przyślij mi kogoś, bo katechetka zaszła w ciążę.

Ksiądz

Po II roku studiów kleryk przechodzi obłóczyny, od tej pory wolno mu nosić sutannę. Po szóstym roku przychodzi czas na święcenia duchowne. Według tradycji kościelnej najpierw „poleca się alumna do święceń”.

W czasie święceń biskup zadaje pytanie: czy uważasz kandydatów za godnych? – opowiada poznański ksiądz. – Rektor odpowiada zwykle: po okresie próby i zasięgnięciu opinii polecam ich do święceń.

Klerycy ślubują leżąc krzyżem na podłodze katedry.

Tylko nieco ponad połowa polskich kleryków przyjmuje święcenia kapłańskie. Druga wykrusza się w ciągu sześcioletnich studiów.

Zwykle co najmniej jedna trzecia zgłaszających się kandydatów opuszcza seminarium z własnej woli lub decyzją przełożonych – mówi ks. Dziewiecki, krajowy duszpasterz powołań. Wymienia kilka powodów: egoizm, lenistwo, nieopanowanie seksualne i emocjonalne, zaburzenia psychiczne.

Według wychowawców, seminarium jest samooczyszczającym się systemem. Już od dawna nie lądują tu przypadkowi ludzie, na przykład uciekinierzy przed wojskiem. Rygor powoduje, że niepewni powołania rezygnują ze studiów. Są tacy, którzy mają dość już po pierwszych tygodniach, nie wracają na studia z wakacji, ale innym podjęcie decyzji zabiera znacznie więcej czasu – odchodzą po pięciu latach, tuż przed święceniami. Boją się życia duchownego na własną rękę, poza seminarium. Obawiają się kontaktu z ludźmi, zwłaszcza z tymi młodymi, których uważają za agresywnych, zdemoralizowanych lub zwyczajnie zobojętniałych. Nie potrafią dotrzeć do młodzieży na lekcjach religii. Czasem się zakochują. Czasem wylatują ze szkoły objęci szeroką definicją „wyraźnego braku zintegrowanej osobowości”, ale rzadko dostają wilczy bilet. Najczęściej umowa jest taka: my ci nie przeszkadzamy, ale też nie pomagamy. Tak mogło być z Polakiem z seminarium w St. Polten.

Gorzej, jeśli kleryk zwierza się ojcu duchownemu, że naruszył regulamin, ale odmawia odejścia z seminarium. Tajemnica spowiedzi wiąże opiekunowi ręce. Taki człowiek wymyka się systemowi, może zostać księdzem wbrew sugestiom opiekuna.

W Polsce jest 30 tys. księży.

95 proc. kleryków to ludzie poniżej 25 roku życia
94 proc. oddałoby życie w obronie wiary
85 proc. uważa za słuszną zasadę celibatu
83 proc. pochodzi z pełnych rodzin, tyle samo było ministrantami w dzieciństwie
73 proc. deklaruje, że wstąpienie do seminarium było wewnętrzną potrzebą
71 proc. wstąpiło, by służyć Bogu
67 proc. – by służyć ludziom
40 proc. kleryków pochodzi ze wsi
18 proc. to absolwenci wyższych uczelni
18 proc. ma za sobą doświadczenia w pracy zawodowej
8 proc. nie ma nic przeciwko stosowaniu środków antykoncepcyjnych
3 proc. nie ma nic przeciwko rozwodom zgodnym z prawem kościelnym

Źródło: Badania ks. Krzysztofa Pawliny, rektora warszawskiego seminarium duchownego z 2000 r., za KAI

Zdjęcia ilustrujące tekst pochodzą z fotoreportażu Marcina Łobaczewskiego z Agencji Gazeta o seminarium duchownym w Paradyżu (2001 r.) i nie przedstawiają osób występujących w artykule.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama