Klasyki Polityki

Kraina analfabetów

Często nie zastanawiamy się nad sensem tego, co czytamy. Często nie zastanawiamy się nad sensem tego, co czytamy. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta
15 lat temu diagnozowaliśmy, że Polacy nie czytają i nie rozumieją, co się do nich mówi i pisze.
W Polsce pogłębia się nie tylko analfabetyzm realny, związany z zaprzestaniem czytania czegokolwiek, ale także analfabetyzm funkcjonalny.Jacek Łagowski/Forum W Polsce pogłębia się nie tylko analfabetyzm realny, związany z zaprzestaniem czytania czegokolwiek, ale także analfabetyzm funkcjonalny.
Znaczna grupa Polaków, także tych czytających, nie rozumie komunikatów, z którymi ma do czynienia i nie potrafi ich w praktyce wykorzystać.Igor Morye/Agencja Gazeta Znaczna grupa Polaków, także tych czytających, nie rozumie komunikatów, z którymi ma do czynienia i nie potrafi ich w praktyce wykorzystać.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w maju 2003 r.

Równe pół wieku temu w maju 1953 r. władze Polski Ludowej dumnie ogłosiły, że oto zlikwidowano u nas analfabetyzm – jedną z najgroźniejszych chorób dawnego wrogiego ustroju. Od tej chwili czytać mieli już wszyscy: od studentów po robotników w czasie przerwy śniadaniowej – i chłopów pędzących na traktorach. Z dawnych mrzonek zostało szokująco niewiele: najnowsze badania pokazują, że kontakt ze słowem drukowanym ma tylko trochę więcej niż połowa Polaków, a reszta znalazła się na progu wtórnego analfabetyzmu: nie rozumie, co się do niej mówi i pisze.

Oswoiliśmy się już z myślą, że Polaków dzielą preferencje polityczne, stosunek do spraw społecznych (na przykład aborcji) i wyznawanych wartości. Okazuje się jednak, że jeden z zasadniczych i najgłębszych podziałów dokonuje się w sferze kultury. Badania przeprowadzone w końcu ubiegłego roku przez Instytut Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej potwierdzają, że do jakiejkolwiek lektury przyznaje się 56 proc. Polaków; reszta wykazuje kompletny brak takich aspiracji. Spośród osób, które interesują się literaturą, zaledwie co dziesiąta czyta miesięcznie trzy i więcej książek (łącznie z broszurami), niemal połowa poprzestaje na czterech, pięciu rocznie. Tylko co ósmy Polak ma choćby niewielki domowy księgozbiór.

W 2002 r. choćby jedną publikację nabyło nie więcej niż 37 proc. rodaków, przy czym przeważającą część zakupów stanowią pozycje kupowane z musu, czyli podręczniki szkolne. Zaledwie jedna piąta to „coś innego”.

Co znamienne, ta degradacja dokonała się w III Rzeczypospolitej. W PRL, gdzie książka była symbolem prestiżu społecznego, przeciętny nakład wynosił 30 tys. egzemplarzy (dziś dziesięciokrotnie mniej). Encyklopedie i poważniejsze pozycje sprzedawano na talony i subskrypcje. Bestsellery zdobywano spod lady, dzięki łaskawości znajomej z księgarni. Słynna seria iberoamerykańska czy złota klasyka wydawana przez PIW napawały posiadacza dumą, stanowiąc namacalny dowód jego przynależności do elity. Z czasów stanu wojennego pamiętamy meblościanki wypełnione kiepskimi i rozpadającymi się po pierwszym czytaniu wznowieniami, ironicznie mówiono nawet, że półka z książkami przypomina ołtarzyk inteligenta, który wprawdzie ładnie wygląda, ale rzadko odprawiane są przy nim modły, czyli rzadko się z niego korzysta. Może to był snobizm – ale dobry. Mieliśmy opinię najbardziej kulturalnego baraku w całym obozie i solidnie na nią zapracowaliśmy. W nowych czasach szybko o tych nawykach zapomnieliśmy; ołtarzyk tradycyjnego inteligenta został rozebrany.

Czytaj także: Era bez książek – czy to możliwe?

Czytanie z musu

Obecnie nawet ci, którzy sięgają po książki i ratują mizerny obraz czytelnictwa, rzadko czynią to dla przyjemności, a znacznie częściej z konieczności. Wedle standardów przyjętych w Polsce Anka – 16-letnia uczennica z warszawskiego liceum społecznego – należy do elity czytelników (zaliczają się do niej ci, którzy przeczytali w roku przynajmniej 7 książek, reszta to tzw. odbiorcy sporadyczni). – Czytam głównie lektury – mówi. – No a jeszcze częściej opracowania i bryki. I tak mam dobrze, że nie muszę tłuc tego całego Sienkiewicza, tylko nauczyciele wybierają współczesne rzeczy, na przykład „Alchemika” Paula Coelho.

Czytanie we fragmentach, a nawet korzystanie przez uczniów z gotowych opracowań, czyli to co jeszcze do niedawna wydawało się zaprzeczeniem edukacyjnej funkcji szkoły, dziś staje się powoli normą. Znamienne są wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego przez IKiCz w warszawskich liceach. Okazuje się, że wciąż pierwsze w narodowym kanonie nazwiska Henryka Sienkiewicza i Adama Mickiewicza zajęły u nastolatków pierwsze miejsca na liście autorów najbardziej nielubianych. Kanon lektur obowiązkowych to jest zresztą osobny, wciąż bardzo poważny kłopot. Zarzuca się Polakom konserwatyzm w myśleniu, brak ciekawości świata – czy nie jest to również wina konserwatywnych lektur? Równie aktywną grupę odbiorców książek, porównywalną z licealistami, stanowią rozmaici specjaliści, ci jednak czytają już inaczej niż uczniowie liceum. Tak mówi o tym Andrzej zatrudniony w „sieciówce” – dużej agencji międzynarodowej zajmującej się public relations: – Sporo czytam w pracy, no bo i kiedy mam to robić? Wieczorem po całym dniu już się przecież nie chce. Andrzej wertuje głównie książki związane z jego zawodem: poradniki, słowniki, encyklopedie. – No, może trudno tak uczciwie powiedzieć, że ja te książki czytam, raczej je przeglądam – dodaje. To jest zresztą najpopularniejsza forma czytelnictwa: przeglądamy książki z musu, zaglądamy do nich wtedy, gdy jest to nam potrzebne do pracy zawodowej, coraz rzadziej czytanie książek wypełnia czas wolny.

Statystyka potwierdza te tendencje: z literaturą fachową kontakt ma 12 proc. ogółu czytelników, po encyklopediach i lekturach szkolnych jest to grupa publikacji, po które sięga się najchętniej. Ale skutki takiego sposobu czytania mogą okazać się niebezpieczne: tempo życia i zbierania potrzebnych nam informacji sprawia, że potrzebujemy wiedzy podanej na tacy, gotowej i przetworzonej. Często nie zastanawiamy się nad sensem tego, co czytamy, coraz bardziej czujemy się zwolnieni od myślenia i rozumienia, bo przecież inni zrobili to już za nas.

Smętnego obrazu nie poprawiają dane dotyczące innej, popularnej, wydawałoby się, formy kontaktu ze słowem pisanym. Warszawski Instytut Badawczy SMG/KRC, zajmujący się zbieraniem danych na temat czytelnictwa prasy, alarmuje, że w porównaniu z innymi krajami Europy czytelnictwo dzienników jest u nas jednym z najniższych i od lat wykazuje tendencję spadkową. Trzy lata temu czytanie przynajmniej jednego wydania w tygodniu jakiegokolwiek dziennika deklarowało 60 proc. Polaków między 15 a 75 rokiem życia. Obecnie wskaźnik ten wynosi 58 proc., co stawia nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc na kontynencie (obok Grecji, Włoch i Portugalii). Dla porównania w 2000 r. kontakt z prasą codzienną deklarowało aż 95 proc. Duńczyków, 84 proc. Czechów i 79 proc. Niemców. Stabilnie natomiast wygląda obraz naszego rynku prasy tygodniowej. Przynajmniej raz w miesiącu popularne czasopisma przegląda 76 proc. czytelników, regularnie czyta je natomiast ok. 53 proc. Polaków. Najpopularniejszy w tej grupie jest „Tele Tydzień”, którego czytanie deklaruje 28 proc. Polaków.

Lepiej poszukać innych rozrywek

Często mówi się o tym, że czytanie książek jest dziś zjawiskiem wielkomiejskim. To prawda, badania pokazują, że w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców książki czyta 82 proc., gdy tymczasem w miastach do stu tysięcy – już tylko 55 proc. Jeszcze gorsza sytuacja panuje na wsi – tam kontakt z jakąkolwiek lekturą deklaruje 40 proc.

Tendencji niepokojących jest wiele: w latach 90. byliśmy świadkami nie tylko różnicowania się ekonomicznego społeczeństwa i stylu życia Polaków, ale także rozwarstwienia kulturalnego. Z jednej strony mamy ludzi młodych, wykształconych z dużych miast i względnie oczytanych, z drugiej – całą Polskę nieczytającą. Jej typowym przedstawicielem jest mężczyzna z wykształceniem podstawowym mieszkający na wsi. Coraz częściej jednak akces do Polski wtórnie zanalfabetyzowanej zgłaszają ci, którzy jeszcze w latach 80. stanowili mocną grupę czytelniczą. Coraz wyraźniejszy jest bowiem odpływ od książek ludzi z wykształceniem średnim oraz najmłodszych. Można przypuszczać, że pierwszych dotknęła recesja, dla drugich świat mediów elektronicznych okazał się bardziej atrakcyjny od szelestu książki.

Jest bowiem i tak, że o dostępie do książki decyduje zwyczajne ciśnienie ekonomii. To prawda, że książka na całym świecie jest dość droga, w Polsce jednak przy nie najlepszym stanie gospodarki i zasobności portfeli przeznaczenie prawie 50 zł na powieść znanego autora wydaną w twardej oprawie (przykładem niech będzie opublikowana ostatnio „Królowa Południa” popularnego u nas Artura Péreza-Reverte) przekracza możliwości średnio zarabiającego Polaka. Książka coraz bardziej staje się rozrywką dla elity, ta zaś często, choćby ze względu na intensywność życia zawodowego, nie ma czasu na kupowanie i czytanie.

Tak oto jesteśmy świadkami nakręcania się spirali sprzyjającej naszemu analfabetyzmowi: książki wydaje się w małych nakładach, bo mało kto je czyta, a mało kto je czyta, bo te książki siłą rzeczy są drogie. Jakoś niespecjalnie sprawdzają się u nas pomysły, by wydawać tanie książki w miękkich oprawach (pocket booki), do czego przyzwyczajeni są czytelnicy na Zachodzie. Polacy mimo kruchych zasobów finansowych lubują się w skóropodobnych albo twardych oprawach nabijających cenę książki i to jest jeszcze jeden rodzimy paradoks.

Jeśli porównamy stan czytelnictwa w Polsce z tym, co dzieje się w innych krajach europejskich, na pierwszy rzut oka nie musimy się bardzo wstydzić. Badania przeprowadzone na zlecenie Unii Europejskiej wśród krajów członkowskich pokazywały, że kontakt z książką i prasą w ostatnim roku miało 58 proc. mieszkańców Unii, a więc niewielu więcej niż u nas. Zróżnicowanie na Starym Kontynencie pod tym względem jest duże: tradycyjnie najwięcej czytają Skandynawowie, często po lektury sięgają też Anglicy. Ale – gdyby umieścić nas na tej mapie – znacznie pod względem czytelnictwa wyprzedzilibyśmy Belgię, Hiszpanię, Grecję czy Portugalię. Ba, można by nawet powiedzieć, że w latach 90. był moment, gdy znaleźlibyśmy się w czołówce: w wyjątkowym dla polskiego czytelnictwa 1992 r., spowodowanym boomem wydawniczym, czytanie książek deklarowało ponad 70 proc. naszych rodaków, a potem nastąpiła zapaść i powrót do stanu z ostatnich kiepskich lat PRL.

Dokładniejsze porównanie danych pokazuje, że równie istotne jest nie tylko to, ile się czyta, ale i to, jak się czyta. Polacy – ze swoim zamiłowaniem do lektur szkolnych, poradników i literatury fachowej – czytają z bolesnej konieczności, tymczasem w Unii Europejskiej zdecydowana większość czytelników ma kontakt z książką, który nie jest powodowany tylko obowiązkiem szkolnym czy koniecznością zawodową.

Okazuje się też, że chodzenie do księgarni jest drugą spośród najpopularniejszych form aktywności kulturalnej Europejczyków, wyprzedzają ją tylko wyprawy do kina, zaś zdecydowanie w tyle pozostaje uczestnictwo w koncertach, spektaklach teatralnych, a nawet – te także są tu uwzględnione – wydarzeniach sportowych. Trzeba jednak pamiętać, że między polską księgarnią, gdzie jeszcze często obowiązuje zasada z PRL, że „towar podaje sprzedawca”, a nowoczesnym kompleksem kulturalnym, którego ważną część stanowi księgarnia, istnieje przepaść. Tylko w nielicznych miejscach w Polsce, na przykład w niektórych Empikach, z wybraną przez siebie książką można usiąść i ją gruntownie przewertować.

Na Zachodzie wyprawa po książkę oznacza po prostu pełne uczestnictwo w życiu społecznym i wyprawę do centrum kultury. – Ten przykład pokazuje – komentuje dr Marcin Wieczorek, socjolog kultury z Uniwersytetu Warszawskiego – że płyty, gry komputerowe i inne współczesne produkty kulturalne nie muszą być konkurencją dla książki. Jest nawet większe prawdopodobieństwo, że ten, kto w taki pełny sposób uczestniczy w kulturze, prędzej sięgnie po książkę zainspirowany jakąś płytą czy filmem na DVD niż ten, kto wchodzi do tradycyjnej naszej księgarni. Moda na książkę jest powiązana z modą na nowoczesny styl życia.

Czytaj także: Współcześni półanalfabeci: wykształceni, ale ignoranci

O której odchodzi ostatni autobus?

W Polsce pogłębia się nie tylko analfabetyzm realny, związany z zaprzestaniem czytania czegokolwiek, ale także analfabetyzm funkcjonalny – znaczna grupa Polaków, także tych czytających, nie rozumie komunikatów, z którymi ma do czynienia i nie potrafi ich w praktyce wykorzystać. – Jest to szczególnie bolesne w czasach III RP, gdzie lawinowo wzrosła liczba informacji – mówi dr. Marcin Wieczorek. – My zaś, przyzwyczajeni do narzuconej wizji świata, nie potrafimy sobie do dziś z tym poradzić, rozumienia takiego nie uczy należycie też szkoła.

Już w połowie lat 90. przeprowadzono badania w 7 krajach, w tym także w Polsce, dotyczące rozumienia typowych tekstów, z którymi stykamy się na co dzień: ogłoszenia, instrukcji obsługi czy prostego formularza bankowego. Wyniki okazały się alarmujące: gorzej rozumieliśmy komunikaty średnio o 20 proc. od innych nacji, a około 70 proc. naszych rodaków znalazło się na najniższym poziomie, jeśli chodzi jedynie o wyszukanie najprostszych informacji. Badania te, prowadzone u nas przez prof. Ireneusza Białeckiego i jego współpracowników, pokazywały, że trzy czwarte Polaków nie potrafiło na podstawie rozkładu jazdy odpowiedzieć prawidłowo, o której odchodzi wieczorem ostatni autobus.

Zastraszające wyniki osiąga także Polska młodzież objęta Programem Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (OECD/PISA), gdzie bada się rozumienie tekstu. Wśród naszych 15-latków przebadanych w 2000 r. blisko co dziesiąty jest funkcjonalnym analfabetą i ni w ząb nie rozumie najprostszych informacji. Jedynie 6 proc. zostało zaliczonych do tej grupy, która z informacją i jej przetwarzaniem radzi sobie najlepiej i to był najgorszy wynik spośród wszystkich państw.

Jeszcze gorzej – znacznie poniżej średniej – wypadliśmy w badaniu umiejętności myślenia matematycznego, niezbędnego do rozumienia problemów ekonomicznych czy spraw związanych ze współczesnymi technologiami i nauką. W programie OECD/PISA jedynie licealiści zbliżyli się do średniej europejskiej. Prawie 40 proc. uczniów zasadniczych szkół zawodowych nie osiągnęło wyniku kwalifikującego do najniższego pierwszego poziomu. „Sztywny podział programów nauczania w Polsce na kierunki zawodowe i ogólnokształcące prowadzi do naturalnej autoselekcji” – pisze w raporcie OECD/PISA prof. Ireneusz Białecki. Słabsi uczniowie wybierają zawodówki, tam zaś otrzymują wykształcenie (jeśli tak w ogóle można to nazwać), które jeszcze bardziej ogranicza ich perspektywy.

Nie rozumiemy tekstów pisanych, ale nie radzimy sobie także z obrazami, które docierają do nas z telewizora – podstawowego dla większości źródła informacji. – Polaków można podzielić na dwie grupy – mówi znawca mediów prof. Wiesław Godzic z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Do wąskiej elity należą ludzie młodzi, którzy znakomicie radzą sobie z obrazami, rozumieją ich znaczenia, potrafią się nimi posługiwać. Do drugiej, niezwykle rozległej, widzowie leniwi, którzy nie rozumieją sensu komunikatów. Nie chodzi już o to, że gdy widzą billboard albo reklamę telewizyjną, czują się zagubieni – tłumaczy profesor. Badania pokazywały przecież, że około 70 proc. nie rozumiało sensu słów pojawiających się w telewizyjnych wiadomościach. Jesteśmy też wyjątkiem wśród krajów europejskich: nie ma u nas bowiem żadnego systemu edukacji medialnej, a to na świecie jest normą.

Mówiąc obrazowo: przeciętny Polak, gdy widzi komunikat o Unii Europejskiej, nie wie, czy to informacja, czy reklama albo jeszcze coś innego, a tempo wypowiedzi i zmienność obrazów sprawiają, że wiadomość taka jest kompletnie nieczytelna albo opacznie rozumiana. – Rozumienie telewizji – a pod tym względem większość naszego społeczeństwa to kompletni analfabeci – jest niezwykle istotne przecież ze względu na reguły demokracji – dodaje Wiesław Godzic. Pozornie na ekranie mamy wielość stanowisk i opinii, ale w gruncie rzeczy telewizja jest niezwykle uwodzicielska i perswazyjna i trzeba naprawdę poznać jej reguły, by świadomie uczestniczyć w toczącej się za jej pomocą debacie społecznej.

Czytaj także: Książki są w Polsce coraz ładniej i staranniej wydawane

Od szkoły do infostrady

Pamiętajmy przy tym, że kwestia analfabetyzmu w naszym kraju jest trudniejsza do rozwikłania niż w innych krajach, gdyż wynika ze sprzężenia naszych zaniedbań (na przykład w systemie edukacji, który nie uczył należytego rozumienia tekstów i samodzielnej lektury) z ogólnymi procesami cywilizacyjnymi. Już dziś szacuje się, że tylko około 30 proc. wszystkich tekstów otrzymujemy w formie książkowej, reszta przypada na nośniki multimedialne. To gwałtowne przyspieszenie w przekazywaniu informacji kształtuje nowe nawyki w zakresie czytania. Jeśli popatrzymy na formę krótkich wiadomości tekstowych (esemesów) wysyłanych z telefonów komórkowych czy maili (e-maili) wysyłanych przez Internet, zobaczymy, że szybkość informacji liczy się bardziej od jej precyzji, jakości stylistycznej czy kontekstu. Liczy się znajomość określonych skrótów i znaków graficznych, ale rozumieć przekazu już nie trzeba.

Być może więc jesteśmy świadkami tworzenia się jeszcze jednej bariery kulturowej, tym razem dzielącej pokolenia: generacja SMS, jak zwykło się mówić o młodych i kompetentnych w tej dziedzinie użytkowników nowych środków komunikowania, niespecjalnie gustuje w takim przeżytku przeznaczonym dla starszych pokoleń, jakim jest książka. Jeśli tak by się stało, skutki takiego stanu mogłyby okazać się katastrofalne. Okazać by się mogło, że brak kontaktu z książką sprawia, że nie tylko nie potrafimy czytać i rozumieć podstawowych dokumentów, ale mamy też problemy z pisaniem. Sprowadzenie naszych wypowiedzi do esemesowych skrótowców w rodzaju: spoko, w porzo czy nara (na razie), może doprowadzić do tego, że napisanie życiorysu, podania o pracę czy CV stanie się jeszcze większym problemem (a jest już niemałym), nie mówiąc już o innych bardziej złożonych dokumentach.

Skutków funkcjonalnego analfabetyzmu jest znacznie więcej. Na poziomie życia społecznego rzeczywiście zaobserwowano związek między aktywnym uczestnictwem w działaniach na przykład na poziomie organizacji lokalnych i alfabetyzacją oraz rozumieniem komunikatów. Najlepszym przykładem jest Szwecja, która w badaniach dotyczących rozumienia tekstów jest w ścisłej europejskiej czołówce, a jednocześnie może być przykładem uczestnictwa mieszkańców w rozmaitych strukturach lokalnych, o czym my przy naszej apatii społecznej możemy tylko pomarzyć.

Stosunek Polaków do książki i obrazów telewizyjnych oraz kształtujących się dzięki nim umiejętności rozumienia być może pozwala pojąć jeszcze jedno. Czytanie nie tylko pogłębia naszą wrażliwość czy umiejętność nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi, ale także jest formą oswajania czy interpretowania otaczającego nas świata. Kto wie, może więc notowane w III Rzeczypospolitej: stan rozprzężenia społecznego, kryzys instytucji, autorytetów i rozchwianie wartości są powiązane właśnie z tym, że nie mamy nawyku scalania świata, tłumaczenia go sobie i układania go, a w takim treningu czytanie wydaje się niezastąpione. W zamian wybieramy zaś często populistycznych polityków, którzy proponują tyleż łatwe co absurdalne rozwiązania, ale przy tym takie, nad którymi wiele myśleć nie trzeba.

Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że niekumaty Polak ogranicza swoje szanse w podstawowym obszarze dotyczącym stylu życia: nie rozumie broszur na temat służby zdrowia, informacji na temat ochrony prawnej, bezpieczeństwa, możliwości edukacyjnych czy ekonomicznych, bo formularze bankowe, podatkowe czy informacje o formach oszczędzania są dla większości naszych rodaków czarną magią. Polskim mitem jest z kolei przekonanie o taniej, za to kompetentnej sile roboczej. Owszem, w innych krajach jest tak, że pewien typ kwalifikacji zawodowej sprzyja rozumieniu rozmaitych przekazów. U nas dzieje się inaczej: nawet ci, którzy pracują z dokumentami, niekoniecznie wiedzą, o co w nich chodzi, a w rozmaitych testach rozumienia wypadają gorzej od przeciętnego Europejczyka.

Kolejnym mitem jest to, że skoro ogólnie Polak potrafi, to sobie i tak w zmieniającym się świecie poradzi. Otóż nie poradzi sobie, jeśli mu się w tym nie pomoże. Pouczający wydaje się tu przykład amerykański. Kiedy na początku lat 90. badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazały, że część społeczeństwa ma kłopoty z pisaniem i czytaniem, Kongres wydał specjalną uchwałę (The National Literacy Act), powołano rządowy instytut zajmujący się promowaniem czytelnictwa, zaś ówczesny prezydent Bill Clinton objął patronat nad narodowym programem rozwoju czytelnictwa. Inicjatywę podjęła tam także telewizja. U nas, chcąc zatrzymać proces wtórnej analfabetyzacji, powinno się również uruchomić podobny program. Jest to tym ważniejsze, że to właśnie czytelnictwo i liczba posiadanych książek to są te wskaźniki, które w o wiele większym zakresie niż na przykład płeć, wiek czy zawód decydują o naszych umiejętnościach rozumienia rozmaitych informacji.

Osobną kwestią jest wzmacnianie materialnej, ale niezwykle czułej tkanki sprzyjającej wydobywaniu nas z mroków funkcjonalnego analfabetyzmu. Wystarczy w tym zakresie raz jeszcze przyjrzeć się naszym bibliotekom. Zamiast, jak na Zachodzie, powiększać i uzupełniać biblioteczne zbiory, u nas z powodu braku środków i lekceważenia tej sfery działalności zwalnia się ludzi, a placówki się zamyka. Tylko w ostatnim dziesięcioleciu zlikwidowano ponad tysiąc bibliotek i aż 8 tys. (90 proc.) punktów bibliotecznych, czyli filii. Obecny stan: 8900 bibliotek i 2500 punktów bibliotecznych, w przeliczeniu na liczbę mieszkańców przypadających na jedną placówkę, jest skandaliczny. Norma europejska wynosi 3 tys. U nas przekracza 4,5 tys.

W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych dużo dyskutuje się o nowej formule bibliotek, które mają nie tyle upowszechniać wiedzę zawartą w książkach, ile, jak mówi Kenneth Dowlin, dyrektor Biblioteki Publicznej San Francisco, „dostarczać informację prosto do komputera na twoim biurku, czyli dostarczać ją natychmiast”. U nas tymczasem zdumienie Amerykanina przyjeżdżającego do Biblioteki Narodowej w Warszawie budzi zajmujący hektary katalog z fiszkami, który jest podstawowym źródłem informacji o zasobach największej naszej biblioteki. Trzeba więc pamiętać, że niebezpieczeństw związanych z kiepskim poziomem alfabetyzacji jest w Polsce wiele: chodzi nie tylko o to, że ludzie nie czytają, a jak czytają, to bez zrozumienia, ale i o nasze zapóźnienie cywilizacyjne związane z promocją książki i udostępnianie informacji w nowoczesny sposób. – Mimo zmieniającego się świata to przecież kontakt z książką długo jeszcze będzie dla Polaków podstawową formą świadomego kontaktu z kulturą – mówi Marcin Wieczorek.

I wreszcie jest sfera najistotniejsza, wiążąca sprawę analfabetyzmu z edukacją. Skoro właśnie na poziomie szkoły dokonuje się proces selekcji i formowania się licznego zastępu funkcjonalnych analfabetów, tam należy szukać sposobów poprawy warunków kształcenia, douczania, tworzenia dodatkowych programów adresowanych do uczniów najsłabszych i najbardziej zagrożonych. Na innym poziomie już trzeba zadbać o coraz ważniejszą edukację multimedialną związaną przecież nie tylko z telewizją, ale także kompetentnym posługiwaniem się Internetem, który zresztą, jak pokazują badania, wzmacnia, nie zaś ogranicza, jak się powszechnie wydaje, zainteresowanie książką.

Warto o tym wszystkim myśleć właśnie teraz. Inaczej przestaniemy sobie radzić nawet z rozkładem jazdy autobusów, doczekamy chwili, gdy inni w Europie odjadą nim bez nas.

***

Jaki udział wśród wszystkich czytanych książek mają poszczególne rodzaje lektury (w proc.) 2002 r.

Podręczniki szkolne ...... 27
Literatura dziecięco-młodzieżowa ...... 15
Powieści sensacyjne i kryminalne ...... 14
Science fiction, fantasy, horror ...... 11
Literatura fachowa ...... 10
Wydawnictwa encyklopedyczne, poradniki ...... 9
Książki religijne ...... 7

Jaki udział wśród wszystkich kupowanych książek mają poszczególne rodzaje lektury (w proc.)

Podręczniki szkolne ...... 36
Encyklopedie ...... 26
Literatura fachowa ...... 13
Literatura dziecięco-młodzieżowa ...... 11
Poradniki ...... 10
Literatura obyczajowa ...... 7
Literatura sensacyjna i kryminalna ...... 7
Książki religijne ...... 6

Źródło: Instytut Kultury i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej,2002 r.

Rozumienie tekstu – wyniki Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów OECD/PISA:

Wynik punktowy
Średnia w krajach OECD 499

Finlandia ...... 546
Korea ...... 525
USA ...... 504 Hiszpania ...... 493 Niemcy ...... 484
Węgry ...... 480
POLSKA ...... 479
Grecja ...... 474
Portugalia ...... 470

Myślenie naukowe
– wyniki Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów OECD/PISA:

Wynik punktowy
Średnia w krajach OECD 502

Korea ...... 552
Finlandia ...... 538
USA ...... 499
Węgry ...... 496
Hiszpania ...... 491
Niemcy ...... 487
POLSKA ...... 483 Grecja ...... 461
Portugalia ...... 459
Źródło: Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (OECD/PISA)

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jaka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną?

Norma psychiczna – czy to w ogóle możliwe, by ją ustalić.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama