Klasyki Polityki

Krajobraz bez wieży

Krajobraz bez wieży

Do nikogo nie docierało, co się wydarzyło. Ludzie słuchali radia w otwartych samochodach, wpatrywali w ekrany wystawionych na ulicę telewizorów, ale nie mogli uwierzyć. Do nikogo nie docierało, co się wydarzyło. Ludzie słuchali radia w otwartych samochodach, wpatrywali w ekrany wystawionych na ulicę telewizorów, ale nie mogli uwierzyć. AP / Agencja Gazeta
Mija kolejna rocznica zamachów 11 września 2001 r. Przypominamy, co działo się w Nowym Jorku.
Ofiary ataku na Nowy Jork.Gamma/BEW Ofiary ataku na Nowy Jork.
Strażaków od normalnych ludzi wyróżnia brak instynktu samozachowawczego.Reuters/Forum Strażaków od normalnych ludzi wyróżnia brak instynktu samozachowawczego.
To już nigdy nie będzie ta sama Ameryka, ten sam Nowy Jork.Getty Images To już nigdy nie będzie ta sama Ameryka, ten sam Nowy Jork.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA 22 września 2001 r.

To już nigdy nie będzie ta sama Ameryka, ten sam Nowy Jork. To zdanie słyszeliśmy po tysiąc razy w ciągu ostatniego tygodnia. Odszukaliśmy więc przede wszystkim tych, którzy ledwie półtora miesiąca temu (POLITYKA 32) opowiadali, jaka jest ich Ameryka. To był reportaż o młodych Amerykanach z polskim rodowodem, o tych, którym właśnie spełniał się amerykański sen, o tych solidnie zakotwiczonych i mocno zakochanych w Nowym Jorku. Jaka jest teraz ich Ameryka?

Aleks

Aleks Storożyński, publicysta polskiego pochodzenia, laureat Pulitzera. W sierpniu 2001 r.: wzorcowy demokrata, kosmopolita, imprezowicz. Nawoływał amerykańskich Polaków, żeby wreszcie korzystali ze swoich praw wyborczych. Entuzjasta takiej Ameryki, w której każda mniejszość ma takie same prawa i korzysta z tego, że jest mniejszością.

Od pięciu dni chodząc po ulicach Aleks szuka twarzy o egzotycznych rysach. Zupełnie instynktownie sprawdza wzrokiem wszystkich przechodniów. Nigdy dotychczas tego nie robił. Teraz bada kolor skóry, profil, kształt nosa, zachowanie. Zapamiętuje. Na wszelki wypadek, gdyby trzeba było potem zidentyfikować wrogów.

Piątego dnia po tragedii jest przekonany, że Naród ich dostanie, a potem odbuduje te dwie wieże. Jeszcze lepsze, jeszcze bardziej nowoczesne, jeszcze bardziej niezłomne.

(Jerzy Wilczek, właściciel przedsiębiorstwa remontowego, od 16 lat w USA: – Najbardziej mnie przejmuje, że tych bliźniaków, tak tu zawsze nazywali wieże-bliźniaki, już więcej nie zobaczę. Jeszcze w niedzielę brałem udział w regatach polonijnych na Atlantyku, mam zdjęcie z jachtu: ja, a w tle bliźniaki).

Minęło pięć dni, ale kiedy zmienia się kierunek wiatru, nawet w klimatyzowanej redakcji dziennika „Daily News”, na 33 Ulicy, co najmniej trzy kilometry na północ od południowego cypla Manhattanu, czuć swąd spalonych kabli, betonu i słodkawy zapach spalonych ciał. Tak identyfikuje tę czarną, wciskającą się do pomieszczeń chmurę Aleks. – Wczoraj wieczorem wiało na wschód, w stronę Brooklynu, więc to samo czułem w moim mieszkaniu. Nie można się od tego uwolnić.

Apokalipsa zaczęła się dla Aleksa banalnie. Dojeżdżał do pracy, w radio powiedzieli, że jest wypadek, że wszystko można zobaczyć w telewizji. Z redakcji „Daily News” wylewali się reporterzy. Biegli na południe.

(Mike Rey, amerykański dziennikarz i dokumentalista, syn byłego ambasadora USA w RP: – Pracuję teraz w studiu filmowym na 28 Ulicy. Tego ranka wszystkim rozdawali kamery, nawet księgowego posłali na ulicę, żeby filmować. Kręciliśmy studentów klecących nosze z kawałków drewna i co tam mieli pod ręką. Następne 24 godziny spędziłem w pracy montując zdjęcia kolegów. Północna część tego, co nazywają teraz strefą śmierci, wygląda jak po latach wojny domowej. Wszystko co znane i bliskie stało się dziwne i obce).

Za biegnącymi reporterami – wozy strażackie, policja, bo już było wiadomo, że to jest atak. – Pierwsza była instynktowna prośba do Opatrzności, żeby tam nie było nikogo z moich przyjaciół – wspomina Aleks. Prośba już nie do spełnienia. Najpierw zadzwonił do Kevina Callagana, porucznika, przyjaciela z dzieciństwa, nowojorskiego strażaka od 22 lat. Dwa lata temu Callagan mógł pójść na emeryturę, ale nie poszedł. Tego lata Aleks wynajmował z nim na spółkę dom nad oceanem, w nowojorskim Rockaway. Kevin jest specjalistą od grilla, codziennie zapraszał chłopaków z pracy na kilka butelek budweisera. To miały być pożegnalne wakacje. Wiosną, po którejś z akcji, Kevin wylądował w szpitalu. Założyli mu kilka szwów na głowie, schudł 20 kilo. Chciał się przenieść do pracy biurowej. – Ale kiedy wybuchły wieże, wiedziałem, że Kevin wskoczy w uniform i weźmie udział w akcji. Wiedziałem, że oni wszyscy tam pójdą, przylecieliby na skrzydłach te 30 km z Rockaway, nawet gdyby nikt ich nie potrzebował. Strażaków od normalnych ludzi wyróżnia brak instynktu samozachowawczego. Dlatego oni szli w górę Pierwszej Wieży, kiedy wszyscy schodzili na dół.

Aleks jest pewny, że każdy z nich był świadomy, że ta wieża runie. – Ale mimo tego szli, żeby wyprowadzić cywilów. Niech nikt nie mówi, że dowódcy wysyłali ludzi na śmierć. Pierwszego dnia zaginęło dwunastu z letniej grupy prywatkowej.

Kevin wrócił. – Zapytałem go, czy wyciągnęli dużo żywych ludzi. Czy znajdowali ciała. – Nie sądzę, żeby znaleźli wiele ciał, wszystko spopielone jak w krematorium, popiół jak spod grilla – powiedział Kevin i więcej nie mógł już powiedzieć.

(Wojtek, architekt, 11 lat w Nowym Jorku: – Ludzie mówią, że teraz najbardziej potrzebne są wiaderka. Takie zwykłe plastikowe, żeby zbierać szczątki. Do jednego wiaderka jeden człowiek).

Zadzwonili jeszcze do Stevena Belsona, też strażackiego weterana, kierowcy. Steven był szczególnie bliski Aleksowi, bo tak jak on uwielbiał pływać na desce po oceanie. Dwa tygodnie temu razem natrafili w Rockaway na najlepsze fale tego lata. Automatyczna sekretarka odpowiedziała: „Chwilowo nie mogę podejść, ale życzę ci cudownego dnia”.

(Gabriela, Nowy Jork: – Jutro nie idę do pracy. Tylko popiół, gruz i rozbite szyby. Tak wygląda mój dzisiejszy świat. Niesamowite, jak wszystko wokół może się tak szybko zmienić. Cieszcie się więc tym, co macie. Całusy i módlcie się ze mną).

Kilka godzin później znaleziono zasypany gruzem i pyłem samochód strażacki, z całą załogą. Nawet nie zdążyli wyjść z samochodu. Steven był kierowcą.

Robert

Robert Wiśniewski, w Nowym Jorku od 20 lat, od niedawna amerykański obywatel, prawnik. Wielkim wysiłkiem założył własną, dobrze funkcjonującą kancelarię, która pełną parą pracuje w zdominowanym przez środowisko amerykańsko-żydowskie nowojorskim prawniczym świecie. Miesiąc temu martwił się: „Kiedy myślą o Polakach, wyobrażają sobie tępych antysemitów o twarzach jak z obrazu Breughla”. Ale teraz utrwalone stereotypy Polaków schodzą na bardzo daleki plan.

Od pierwszego dnia po ataku Robert Wiśniewski jest na przymusowych wakacjach i boi się myśleć, co będzie, kiedy Rudolf Giuliani wreszcie wpuści ludzi poniżej 14 Ulicy i Robert będzie miał dostęp do swojej kancelarii na dolnym Manhattanie.

(Wojtek, architekt: – Ludzie bardziej słuchają teraz burmistrza Giulianiego niż Busha. Ma wielki kredyt za to, że Nowy Jork stał się jednym z bezpieczniejszych miast w Ameryce).

Kancelaria mieściła się pół kilometra od epicentrum, przy Broadwayu 225, naprzeciwko City Hall, siedziby burmistrza. Obok słynny budynek Woolwortha, świątynia pieniądza z mozaikami jak w Rawennie, na bazylikowym planie. Poniżej – wieże WTC z knajpą na 107 piętrze. Knajpa nazywała się Okna Świata, miała platformę widokową, można było zabrać klienta na lunch i zrobić na nim gigantyczne wrażenie. – To było świetne miejsce – opowiada Robert. Świetne miejsca w Nowym Jorku poznaje się po numerze telefonu. Prefiks 212, czyli Manhattan, to znak, że twoja firma dobrze się rozwija i masz zasoby, żeby rocznie płacić 100 tys. dolarów za wynajem biura. – To się teraz pewnie zmieni, będzie mniej chętnych, żeby tu pracować, mieszkać i jeszcze raz przeżyć taki horror.

(Jan Pietrzak, architekt z Queensu: – Życie w Nowym Jorku zmieniło się raz na zawsze. Część na pewno wyjedzie. Ale zostaną zastąpieni przez nowych, to pewne).

Robertowi udało się wynająć biuro na Manhattanie rok temu. Zawarł umowę na 10 następnych lat. Nie ma wyboru. – Podobno w moim wieżowcu nie ma szyb – spekuluje. – Podobno naruszone są fundamenty, podobno uszkodzony gazociąg. Jeśli tak, to przymusowe wakacje potrwają znacznie dłużej. Za przymusowymi wakacjami idą niestety wypłaty dla pracowników. Bo nie można ludzi zostawić bez grosza. Bez względu na okoliczności, choć Robert znajduje się na niebezpiecznym finansowym ostrzu.

(Wojtek, architekt: – Trzeba rozumieć Amerykę. Ludzie przyszli następnego dnia do roboty nie z pytaniem, czy będzie trzecia wojna światowa, ale czy w piątek dostaną czek z wypłatą).

Drugiego dnia Robert jeździł po mieście i szukał klienta, żeby odtworzyć akta sprawy. Wieczorem trzeciego dnia upływał ostateczny termin złożenia pozwu, a wszystkie dokumenty zostały w biurze. Nie ma pewności, czy jakiekolwiek akta jeszcze są, czy zgarnęła je fala wybuchu. Nowy Jork tonie w papierach, które opadły lawiną ze zniszczonych budynków.

(Mike Rey: – Najbardziej zdumiewający jest papier. Notatki, listy, wyciągi bankowe z naniesionymi ręcznie uwagami. Podnoszę kartkę. List do magika Copperfielda od jego księgowego. Niepojęte.

Bogdan Sołota, hydraulik: – Pierwszego dnia powiedzieli w radiu, że wywieźli 120 ciężarówek śmieci. Drugiego, że 200).

Więc może te dokumenty po prostu wywiało. Być może Robert spaceruje właśnie po swoich aktach. Drugiego dnia Robert napisał pozew w kafejce internetowej, trzeciego dnia zawiózł go na Brooklyn, bo sąd na dolnym Manhattanie nadal zamknięty.

Robert wynajduje sobie teraz zajęcia. Pisze, jeździ okrojonymi liniami metra, czyta internetowe wydania gazet, od pierwszego dnia w ciągłym ruchu.

Nawet dobrze, że nie wpuszczają do biura. W biurze znajduje się elektroniczna baza danych Roberta. A w niej telefony do przyjaciół prawników z 85 piętra w Drugiej Wieży. Gdyby miał do tej bazy danych dostęp, toby musiał zadzwonić. A tak jeszcze ma nadzieję.

(Monika Nalepa, doktorantka z Uniwersytetu Columbia: – Teraz jest już spokój. Nawet sprzedawcy używanych książek poustawiali przed naszą biblioteką stragany. Tyle że twarze mają zakryte chustkami).

Przemek

Przemek Błaziak, w sierpniu 2001 r.: młody, ambitny, wzorcowy globalista. Specjalista od relacji korporacyjnych w japońskiej grupie finansowej Mizuho Financial Group. Codziennie składał podpisy pod transakcjami, które przerzucały miliardy dolarów między kontynentami. W sierpniu zachęcał Polaków: „Warto planować karierę w Stanach, wykształceni Polacy są nadzieją na nowoczesne polskie lobby. Jest bezpiecznie, ten kraj wciąga”.

Pierwszego dnia Przemkowi udało się zejść z 50 piętra Pierwszej Wieży. Przemek mieszka w Stanach od 10 lat, przez ostatnie dwa pracował w World Trade Center. Grupa Mizuho miała swoje biura w obu wieżach WTC i trzecie w Rockefeller Center w górnym Manhattanie.

Znajomi niedawno pytali Przemka, czy się nie boi pracować w budynku, pod który ekstremiści podkładali bomby. Przemek tłumaczył im, jak szczegółowa jest ochrona przy wejściu, jak dokładnie prześwietlane samochody w garażach, jak szczelna ewidencja wchodzących osób. Śmiał się: nawet jak mały samolot spadnie na moją wieżę, to ona nie drgnie. „Mysz się nie prześliźnie”. Był zadowolony z ostatnich prób nadania budynkom ludzkiego wymiaru: całe lato na dziedzińcu WTC organizowano koncerty. Można było potańczyć po pracy albo zwyczajnie usiąść i posłuchać. Jednym słowem: było przyjemnie.

(Maciej Skowroński, nowojorski dziennikarz: – Na opustoszałych ulicach sprzedawcy oferują przechodniom oprawione w czarne ramki widokówki Downtown z nieistniejącym już symbolem nowojorskiego city).

Przemek jest jednym z pierwszych zidentyfikowanych polskich ocalonych. Opowiadał mediom, jak zbiegał wśród szczątków ludzkich ciał, papieru, elektroniki, jak ludzie na jego oczach rzucali się z okien.

(Wojtek, architekt: – Moja koleżanka, która się uratowała, nie chce z nikim gadać. Powiedziała tylko, że ludzie w środku zachowywali się porządnie. Cholernie porządnie. Szli na dół w ciemnościach, trzymali się za ręce. Na którymś tam piętrze spotkali strażaków, zatrzymali się i bili brawo).

Przemek ocalał, bo samolot wbił się w Pierwszą Wieżę 40 pięter ponad poziomem Mizuho. Roztrzaskał się na 90 piętrze. Tam mieściła się wielka firma Cantor Fitzgerald. Zatrudniała 2,5 tys. osób. Nikt nie przeżył.

Przemek wydostał się z wieżowca i biegł kilka kilometrów, aż dotarł do swojej żony, która pracuje na 38 Ulicy, w ONZ. Dopiero wtedy umierał ze strachu. Potem oboje z Magdą poszli pieszo do domu, na Queens.

(Jan Pietrzak, architekt: – Wybuch zastał mnie na Queensie, po drugiej stronie rzeki, w wieżowcu z widokiem na WTC. Konferencja z klientem. Szedłem do domu na Manhattanie. Wiele godzin. Mostem w przeciwną stronę podążały ławy ewakuowanych. Przysypani białym pyłem i półprzytomni wyglądali jak zastępy duchów).

Przemek ma do życia stosunek zdroworozsądkowy, dlatego nic strasznego mu się nie śniło, nie pomyślał nawet o szybkim powrocie do Polski i na razie nie będzie korzystał z darmowego serwisu psychologicznego, który zaoferowali mu ludzie z Grupy Mizuho.

(Wojtek, architekt: – Ludzie wściekają się na tych psychologów. Chcą informacji, a nie porady. Szukają bliskich, chcą identyfikować zwłoki, mają nadzieję, że wszystko to, gdzie są utrwalone jakieś ślady, może się przydać. Noszą przy sobie klisze rentgenowskie, pamiątkowe zęby-mleczaki zachowane w domu).

Już drugiego dnia Przemek zajęty był przeprowadzką. Trzeciego dnia poszedł do pracy do Rockefeller Center. – Jak trzeba, to trzeba. Popołudniami siedzi przed telewizorem i zbiera informacje, które raczej go uspokajają: nad Nowym Jorkiem będzie 24 godziny latać powietrzna armia.

Poza tym jest społeczne przyzwolenie na ostateczne rozwiązanie problemu terroryzmu. Badania opinii społecznej wykazały, że 98 proc. Amerykanów chce brutalnego, szybkiego odwetu. Bez dania racji. – Można będzie zrobić z nimi porządek.

(Maciej Gołubiewski, pracownik firmy consultingowej w Waszyngtonie: – Prezydent Bush zacytował słowa Psalmu 23: „We will walking in the shadow of death” (Będziemy iść w cieniu śmierci). Wielu moich kolegów uważa, że Ameryka obudzi się teraz religijnie).

Biuro Mizuho w Rockefeller Center jest tym razem na trzydziestym trzecim piętrze. W mieście mówią, że Rockefeller to będzie następny cel terrorystów.

Capalowie

Braci Capalów jest trzech. Robert Capala przyjechał tutaj 15 lat temu i od razu, jak kamikaze, rzucił się na głęboką wodę. Został kierowcą limuzyny, którą wynajmowali ludzie z Wall Street i World Trade Center. Biznesmeni podziwiali odwagę Roberta i zachęcali do dalszych starań. Dzięki ich zachętom Robert razem z braćmi prowadzi dziś własną firmę budowlaną. Remontuje wieżowce na Manhattanie. Konkurencja gigantyczna, ale bracia, miłośnicy rowerów, zdołali się na tydzień wyrwać, żeby obejrzeć w Polsce Tour de Pologne.

Robert Capala zawsze starał się trzymać z daleka od polskiej dzielnicy na Brooklynie. Nie tylko dlatego, żeby nie zamykać się w etnicznym getcie. Wszystko wydawało mu się tam tandetne, prowizoryczne, zapyziałe.

„Domy tam takie, że rozwalą się gdyby mocniej bąka puścił” – mówił w sierpniu 2001 r. Na siedzibę firmy remontowej, którą założył wraz z dwójką ściągniętych z Polski braci, wybrał solidny Queens, a rusztowania postawił w samym centrum Manhattanu. Dziś polski Greenpoint wydaje się oazą stabilności w porównaniu z gruzowiskiemw Downtown. Robert nie widział jeszcze na własne oczy panoramy Manhattanu bez wyrastających ponad miasto bliźniaczych wież World Trade Center. Ciągle jest w Polsce. We wtorek Capalowie wsiedli na Okęciu do samolotu relacji Warszawa–Nowy Jork. Na środę mieli zaplanowany ważny meeting z klientem. – Po dwóch i pół godzinie zawrócili nas do Warszawy – opowiada Robert. – Powiedzieli, że w Nowym Jorku był atak terrorystyczny. Myśleliśmy, że może ktoś podłożył bombę na lotnisku. Gdy po wylądowaniu powoli zaczęło do nas docierać, co się stało, usiedliśmy i zaczęliśmy ryczeć.

Od kilku dni prawie nie odkładają słuchawek telefonicznych.

(Mike Rey: – Jak tylko to się stało, moi szkolni przyjaciele zaczęli do siebie dzwonić, próbując przypomnieć sobie, kto gdzie pracował. Komórki wysiadły wczesnym popołudniem, ale do tego czasu doliczyliśmy się wszystkich z wyjątkiem Howarda. Chodziłem z jego żoną do liceum. Sześć miesięcy temu urodziło mu się dziecko).

Najpierw, żeby upewnić się, że nikomu z rodziny i znajomym nic się nie stało, potem – żeby przez ocean ręcznie kierować firmą. Próbują kontaktować się z kontrahentami i kooperantami, odwołują spotkania. Ale wypłaty i przelewy nie zrobią się same. Zarezerwowali bilety na najbliższy samolot i siedzą jak na szpilkach.

W Nowym Jorku został trzeci z braci, Piotr. W momencie wybuchu był z pracownikami na rusztowaniach przy 82 Ulicy. Z dachu budynku obserwowali unoszące się znad dolnego Manhattanu kłęby dymu. Wkrótce po tym, jak runęły Wieże, zobaczyli biegnący tłum. Piotr pomyślał wtedy, że wygląda to jak nowojorski maraton, tylko że biegną w przeciwną stronę niż zawsze.

(Monika Nalepa, doktorantka: – Początkowo w Parku Waszyngtona narkomani i chorzy psychicznie zaczęli świrować, ale poza tym ludzie zachowywali się dość spokojnie).

Do nikogo nie docierało, co się wydarzyło. Ludzie słuchali radia w otwartych samochodach, wpatrywali w ekrany wystawionych na ulicę telewizorów, ale nie mogli uwierzyć – opowiada Piotr. – Gdy szedłem z tłumem yuppies ewakuujących się mostem Queensboro, widziałem, jak przystają co chwilę, odwracają się i w chmurze opadającego dymu próbują wypatrywać sylwetek wież World Trade Center.

Najszybciej, jak się dało, Piotr wyciągnął z bankomatu tysiąc dolarów, bo w tym całym zamieszaniu nie wiadomo, kiedy uzupełnią gotówkę w automatach. Katastrofa katastrofą, ale chłopaki pracujący na rusztowaniach muszą z czegoś żyć. – Dla takiej firmy jak nasza może po tym właściwie przyjść koniunktura – mówi Robert. – Przecież to wszystko ktoś będzie musiał naprawić, ale teraz nie potrafię myśleć w ten sposób. Myślę o ludziach, którzy tam zginęli, a nie o tym, czy będę miał więcej roboty.

(Mike Rey: – W pierwszym odruchu chciałem uciec na wieś. Zostaję. Chcę, żeby było znów normalnie. Nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy słysząc śmieciarkę, hałasującą o szóstej rano pod moim oknem. Ten drań z rzężącej budy był dla mnie bohaterem).

Piotr Capala wrócił do pracy przy 82 Ulicy, ale nie pamięta, żeby kiedykolwiek było tu tak cicho i spokojnie. – Nowojorczycy nie witają się radosnym „hi”. Są wyciszeni. To rozpędzone na co dzień miasto gwałtownie zamarło.

Współpraca: zespół reporterów „Polityki”

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama