Klasyki Polityki

Z zapałem

Polak najczęściej nie jest przygotowany do nagłego opuszczenia mieszkania, domu czy miejsca pracy. Polak najczęściej nie jest przygotowany do nagłego opuszczenia mieszkania, domu czy miejsca pracy. Super Express
Mamy najwyżej kilkadziesiąt sekund.
Kiedy trzeba natychmiast opuścić mieszkanie i na decyzję: co ze sobą wziąć?Arkadiusz Suchocki/Agencja Gazeta Kiedy trzeba natychmiast opuścić mieszkanie i na decyzję: co ze sobą wziąć?

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 1999 r.

Kiedy trzeba natychmiast opuścić mieszkanie i na decyzję: co ze sobą wziąć? mamy najwyżej kilkadziesiąt sekund, statystyczny Polak bez wahania wybiera dziecko. Na drugim miejscu są domownicy, którzy przy poruszaniu się wymagają pomocy. Na trzecim – telewizor. Przed ulubionym kotem, psem, chomikiem lub papugą. Część ewakuowanych wymyka się jednak wszelkim regułom; w szoku potrafią zostawić wszystko, a zabrać jedynie listy od męża sprzed trzydziestu lat albo popielniczkę.

Polak najczęściej nie jest przygotowany do nagłego opuszczenia mieszkania, domu czy miejsca pracy – twierdzi starszy ogniomistrz Dariusz Pilarski, od 20 lat w straży, dowódca zastępu w Jednostce Ratowniczo–Gaśniczej nr 6 na warszawskim Żoliborzu. – W Polsce nie uczy się zachowań w takich sytuacjach, współpracy z ratownikami.

Tak jak stał

Rolnik ratowanie dzieci zostawia żonie. O psie czy kocie nawet nie pomyśli – same sobie poradzą. Bezwiednie pobiegnie do obory, żeby ratować źródło utrzymania: konia, krowy, świnie i narzędzia pracy – traktor. Dopiero wtedy – jeśli to jeszcze możliwe – wraca do domu, żeby pomóc żonie. Chwyta za cięższe meble, telewizor, lodówkę i – jeśli jest w domu – pralkę. Żona wyprowadza dzieci, najstarszemu nakazuje pilnować rodzeństwa i wraca po ubrania, pieniądze, dokumenty. Pościel i garnki: wyrzuca na podwórko, przez okno, razem z kilimem przedstawiającym papieża albo odpustowymi portretami Jezusa i Matki Boskiej.

Mizeria wyobraźni

Inaczej w mieście, w bloku. Tutaj nie ma możliwości powrotu do zagrożonego ogniem czy dymem budynku. Podczas ewakuacji strażacy nie pozwolą taszczyć pralki, lodówki czy większego telewizora. Na wąskich korytarzach i schodach sprzęty te mogłyby tarasować drogę i uniemożliwić ratowanie innych.

Ten, kto w pierwszym odruchu uciekł z domu tak jak stał, np. zimą tylko w piżamie i kapciach, po chwili, gdy ochłonie, chce wracać. Po buty, płaszcz, sweter. I telewizor. Po drugiej chwili – po psa albo kota, pieniądze, dokumenty i biżuterię. Nie wpuszczani do zagrożonego domu domagają się od strażaków, aby wynieśli im telewizor, wieżę stereo, komputer, wózek dziecka. Kilka lat temu w Gdańsku, gdy w osiedlu Na Zaspie w jednym z wieżowców wybuchł gaz i budynek – co było widać gołym okiem – chwiał się jak trzcina na wietrze, jakiś mężczyzna chciał wracać po magnetowid. Strażakom z trudem udało się go zatrzymać.

Podobne kłopoty miał ogniomistrz Pilarski (wtedy początkujący strażak) w 1982 r., w stanie wojennym z pewnym panem, który w panice podczas ewakuacji zapomniał wziąć z domu rzeczy najcenniejszej: paszportu z amerykańską wizą i biletu lotniczego. Najpierw wyrywał się po nie sam, potem tłumaczył nerwowo: – Leżą w dużym pokoju, w komodzie, pierwsza szuflada od drzwi. Obok jest kasetka z biżuterią. Kto przyniesie paszport i bilet – kasetka jest jego. Nikt nie poszedł, bo hajcowało się zdrowo. Po pożarze okazało się, że z paszportu, a więc i z wizy nie zostało nic, a biżuteria zmieniła się w zwęglone bryłki. – Ten mężczyzna – przypomina sobie Pilarski – płakał jak dziecko.

Bez siatki nie zejdę

O wiele spokojniej zachowują się ewakuowani z biur i urzędów. Rzadko wpadają w panikę. Pilarskiemu utkwiła w pamięci ewakuacja ze starej siedziby Ciechu, przy ul. Sienkiewicza. Pożar szedł od dołu, schody i wyjście były odcięte. Z kilku pokoi na czwartym piętrze trzeba było zdjąć kilkadziesiąt pań. Musiały zejść po drabinach. To był 1981 r., w sklepach pustki, a każda miała siatkę z zakupami. Jedna powiedziała: bez siatki nie zejdę, więc natychmiast pozostałe, że one też.

– Zaczęły działać prawa psychologii tłumu – mówi Pilarski – więc przytroczyłem sobie do pasa dwie czy trzy siatki i zacząłem sprowadzać pierwszą. Za nią poszły następne. Ale znowuż – żadna nie chciała zostawić butów, schodziły ze szpilkami w ręku. Nikt natomiast nie próbował wynieść jakichś firmowych sprzętów ani nawet dokumentów.

Teraz to się zmienia. Pracownicy wielu prywatnych przedsiębiorstw mają obowiązek ratować majątek firmy, np. komputery, przy których pracują. Podczas akcji właściciele toczą ze strażakami małe wojny o wynoszenie urządzeń, maszyn, komputerów, drukarek. – Jednocześnie wiele firm występuje – mówi Pilarski – z wnioskami o zwolnienie z udziału w ćwiczeniach, jak piszą „na własną odpowiedzialność”. I gdzie tu jest sens?

Podczas głośnej awarii w warszawskich filtrach, kiedy ulatniał się trujący chlor, strażacy chodzili po okolicznych domach i instruowali: prosimy zamknąć okna, uszczelnić je mokrymi ręcznikami, nie opuszczać mieszkań. Efekt był taki, że 30 proc. lokatorów zastosowało się do tych poleceń, następne 30 proc. domagało się szczegółowych wyjaśnień, na co strażacy nie mieli czasu, wreszcie 30 proc. wyszło przed domy, żeby rzucić okiem na to, co się dzieje. Nieliczni zapakowali swoje rodziny w samochody i odjechali.

Czajnik, popielniczka i kwiatek

– Ja tylko jego ratowałam – Maria C. z wieżowca przy ul. Marii Dąbrowskiej kładzie dłoń na pękatym brzuszku świadczącym o dziewiątym miesiącu ciąży. – Nie wzięłam nawet dokumentów.

Helena R. z lokalu 57 założyła buty i kurtkę (był marzec), do plastikowej torby Globi wrzuciła portmonetkę, dokumenty, lekarstwo na nadciśnienie, ze stołu zdjęcie syna, który jest w wojsku, zamknęła drzwi na klucz i spokojnie wyszła. – Dzieci ani zwierząt w domu nie mam – mówi.

Jej sąsiadka spod 59 zrobiła podobnie, ale dodatkowo wzięła wszystkie książeczki i kwity opłat. Za mieszkanie, telewizor i radio, telefon i światło. – No i książeczkę PKO – dodaje.

Bogusław J. spod 14 chciał wziąć telewizor, ale strażak nie pozwolił. – Na szczęście – mówi – nic się nie stało.

Jadwiga O., lokal 16: – Coś odebrało mi rozum, bo nie wzięłam nic, tylko to – pokazuje elektryczny czajnik Philipsa. – Kupiłam go kilka dni wcześniej.

Przy ul. Czerskiej 26/28, gdzie w czerwcu groziło wybuchem, bo jeden z lokatorów trzymał w piwnicy karbid, a piwnicę zalało – historia się powtarza. Dzieci, dziadkowie, telefon komórkowy, pieniądze, dokumenty, ubrania, buty. Jedynie Marian Z. nie może sobie darować swojej reakcji:

Musiałem być w stresie widząc to całe zamieszanie, bo ocknąłem się na podwórku z tą popielniczką w ręku.

W wieżowcu przy ul. Broniewskiego podobnie. Joanna Z. wyszła na podwórko z kwiatkiem doniczkowym, bez płaszcza, a w ub.r. w listopadzie był przecież mróz. – Ale – mówi głaskając soczyste liście rośliny – kwiatek się uchował. Tyle że nie wiem, jak się nazywa.

Panią Joannę, zresztą nie tylko ją, zastanowił natomiast widok starszego pana. W kurtce, kapeluszu i z walizką. Stał z boku i do nikogo się nie odzywał. Mieszka chyba pod 127. – Co mógł mieć w tej walizce? – zastanawia się. – Książki? Srebra? Może klasery ze znaczkami albo monetami? Bo wyglądało, że jest ona dosyć ciężka.

Walizka pana Adama

Pod numerem 127 po dłuższej chwili słychać pytanie: „kto tam?”. A później szczęk zasuwy. – Tak, to ja wyszedłem w listopadzie z walizką – mówi pan Adam i śmieje się.

A to mnie staruszki wypatrzyły.

Adam, rocznik 1930, dwa razy w pożarach stracił wszystko. Pierwszy raz w powstaniu, w 1944 r. Kiedy w ich mieszkanie przy ul. Siennej trafiła bomba zapalająca, dom się zawalił, a pod gruzami zginęła matka. Drugi raz w 1967 r., w Łodzi na Bałutach, od zwarcia w instalacji elektrycznej spaliła się cała kamienica, tak że nawet tynki odpadły. Ledwie zdążył uciec i też stracił wszystko. Został w jednych butach, spodniach, koszuli i marynarce. – Wtedy powiedziałem sobie: nie dam się już zaskoczyć – mówi.

Wrócił do Warszawy i kiedy po czterech latach pracy w FSO w dziale konstrukcyjnym dostał to mieszkanie – kupił walizkę.

Nie tę. Tamta była tekturowa, większa – mówi. – Tę kupiłem cztery lata temu, kiedy przechodziłem na emeryturę.

Wyjmuje z szafy w ścianie w przedpokoju brezentową walizkę, niesie do pokoju, kładzie na stole, otwiera. Dwie koszule, sweter, na spodzie spodnie, po bokach buty, każdy w osobnej torebce foliowej, w każdym po parze skarpetek i – jak mówi – niewymownych. Kilka woreczków. Z przyborami do golenia (pędzel i krem w tubce Wars, szczoteczka i pasta do zębów Colodent). Cztery starannie wyprasowane chusteczki do nosa. – Przed śmiercią żony w 1988 r. było tego więcej – mówi. W latach 70. i 80. w walizce trzymał paczkę herbaty, kawy (– Bo żona piła kawę) i trochę cukru w kostkach. W plastikowej kopercie kilka dyplomów, dokumenty, dwa zdjęcia żony, polisa PZU, jakieś legitymacje. Na tekturce przyszyte niewprawną ręką trzy odznaczenia. „Za wkład w rozwój polskiej motoryzacji”, brązowy i srebrny Krzyż Zasługi. – Ten srebrny – prezentuje – to za 24 wnioski racjonalizatorskie, z czego 17 wdrożonych.

Kiedy się coś dzieje, jak np. w zeszłym roku, strażacy zarządzili ewakuację, wyciąga walizkę, wkłada do niej radio tranzystorowe z kuchni, pudełko z lekarstwami, budzik i książkę z biblioteki, którą właśnie czyta. Teraz to jest „Siedem polskich grzechów głównych” Zbigniewa Załuskiego.

Wskakuję w buty, wkładam kurtkę, na głowę kapelusz i już mnie nie ma – mówi nagle ożywiony, żeby po chwili ciszej dodać: – Przynajmniej tyle mi zostanie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Wydania specjalne

Czego uczy nas pokolenie „zetek”

Łączą nas podobne potrzeby, wystarczy jedynie się wzajemnie wysłuchać – postuluje prof. Tomasz Sobierajski.

Grażyna Morek
09.02.2024
Reklama