Klasyki Polityki

Alkoholiczki

Po alkoholu wychodził ze mnie kawałek diabła. Robiłam rzeczy niemieszczące się w moim kodeksie moralnym – mówi Anna Pietrzak z Partity. Po alkoholu wychodził ze mnie kawałek diabła. Robiłam rzeczy niemieszczące się w moim kodeksie moralnym – mówi Anna Pietrzak z Partity. Cezary Pecold / Polityka
Liczba pijących kobiet rośnie. Ich alkoholizm jest nieco inny niż mężczyzn.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2003 r.

Kobiety powoli, ale systematycznie doganiają mężczyzn w ryzykownym piciu. Liczba alkoholiczek na oddziałach odwykowych stale rośnie. Jedną z przyczyn jest równouprawnienie i unifikacja ról społecznych. Jednak alkoholizm kobiet jest inny, bardziej skryty, emocjonalny, trudniejszy do diagnozowania, bo obciążony wieloma stereotypami. Inna jest także struktura społeczna pijących kobiet i mężczyzn. Wśród tych ostatnich najliczniejszą grupą pijącą na granicy ryzyka są bezrobotni z wykształceniem podstawowym, wśród kobiet – pracujące, po studiach, mieszkanki wielkich miast. Już je widać na odwykach, ale największa fala dopiero przed nami.

Gdy Mały Książę podczas swych podróży na sąsiednie planety spotkał Pijaka, spytał:
– Dlaczego pijesz?
– Aby zapomnieć – odpowiedział Pijak.
– O czym zapomnieć? – zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć.
– Aby zapomnieć, że się wstydzę – powiedział Pijak, schylając głowę.
– Czego się wstydzisz? – dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.
– Wstydzę się, że piję.

Ten sam obłędny mechanizm kieruje piciem kobiet, przy czym wstyd jest jeszcze silniejszy i połączony z paraliżującym poczuciem winy. Choć w odbiorze społecznym alkoholizm uznawany jest już za chorobę, to kobiety, które na nią cierpią, wciąż odbierane są jako istoty godne pogardy. Okazuje się, że nawet alkoholicy oceniają je surowo. Pracowały na to pokolenia.

Autowidol w najlepszym gatunku

Elvin Morton Jellinek, który w latach 40. XX w. jako pierwszy określił alkoholizm mianem choroby, był przekonany, że nie dotyczy on kobiet. Na Zachodzie problem dostrzeżono w latach 70. W PRL stereotyp alkoholika kształtował krótkometrażowy film edukacyjny wyświetlany w szkołach i w kinach przed seansami, na którym zapluty, stary lump dygocze w stanie delirium tremens. Kobiety piły już wówczas całkiem sporo, ale jakim cudem mogły identyfikować się z kimś takim?

Mówiono wówczas, że alkoholizm to jest problem społeczny. Alkoholiczkę postrzegałam jako niedomytą, brudną babę z meliny, zaniedbującą dzieci. A ja? Elegancka, zadbana, z rodziną, synami na zagranicznych uniwersytetach, jeżdżąca dobrymi samochodami, poznająca geografię świata przez dobre trunki. Nie wrzeszczałam, nie waliłam pięścią w stół. Czy ja wyglądałam na problem społeczny? – wspomina Bożena Snella-Mrozik, niepijąca szósty rok dziennikarka, która właśnie napisała książkę „Piekło nie ma dna”, wydaną przez Media Rodzina. Są to rozmowy z trzeźwiejącymi alkoholiczkami, które poznała na odwyku i w grupach AA.

Jedna z jej bohaterek, Izabela, żona znanego lekarza, jest przykładem, jak daleko można pójść w zakłamywaniu problemu. Piła już bardzo ostro. Gdy rodzina chowała przed nią alkohol, przetrząsała dom w poszukiwaniu czegokolwiek. Znalazła bejcę na spirytusie. Skończyło się w szpitalu. Następnym razem był to autowidol. Znowu szpital. Ale alkoholiczka? „Alkoholicy piją autowidol, ale ja nie jestem alkoholiczką. Zaspokoję tylko ten głód, bo strasznie źle się czuję. Oni znają takie dobre sposoby, to dlaczego nie skorzystać?” – tłumaczyła sobie, dodając, że to autowidol Shella, więc na pewno w dobrym gatunku.

Ten motyw pojawia się stale: to nie ja, mnie to nie dotyczy, mam przecież studia, zmywarkę, mikrofalówkę, męża za granicą, dziecko nie jest brudne, nie bawi się butelkami po wódce. Zresztą kobiecy alkoholizm bywa często o lata świetlne odległy od detoksów, melin, denaturatu i budzenia się w rowie. Dlatego pobyt na oddziale odwykowym bywa początkowo przeżyciem bardzo trudnym. Kobiety czują się zdegradowane do roli osiedlowych pijaczek i wulgarnych żuli, a to jeszcze potęguje poczucie winy: miałam normalne życie, a mimo to sobie nie poradziłam.

To był szok – opowiada Agnieszka, polonistka z liceum, od kilku tygodni lecząca się w Łukowie. – Ktoś dostał padaczki alkoholowej, inni opowiadali historie, które nie mieściły mi się w głowie. Pierwsza myśl: co ja tutaj robię?! Musiało minąć trochę czasu, żebym zrozumiała, że to ta sama choroba. Że tak samo można się upić alpagą, jak i martini. To tylko kwestia ceny. Co z tego, że nie przepiłam wszystkich pralek świata?

Cichopijki

Agnieszka w czasie studiów piła towarzysko, tyle co wszyscy. Potem, kiedy urodziło się dziecko, miała kilka lat przerwy. Czasem sporadycznie jakieś wino do kolacji z mężem. Albo sporadycznie sama, kiedy mąż wyjeżdżał w delegację, a wyjeżdżał coraz częściej. Coraz częściej wino towarzyszyło jej samotnym wieczorom, a potem jakoś tak niepostrzeżenie zmieniało się na wódkę: wiśniówkę, bolsa, smirnoffa. Mieszka na małym osiedlu, gdzie wszyscy się znają, więc wracając z pracy wysiadała przystanek wcześniej, żeby bezpiecznie kupić flaszkę. Często zmieniała sklepy.

Na początku, kiedy mąż wyjeżdżał, było jej smutno, potem przestało być ważne, a jeszcze potem przeszkadzało, jak był. Już zaczął coś zauważać, tłumaczył, kontrolował, zawracał głowę. Musiała wyglądać przez okno, czy nie wraca, żeby zdążyć schować butelkę do bębna pralki. Na pozór wszystko było w porządku. Nigdy nie upiła się publicznie, nie zawaliła pracy. Dyrektorka, której przyznała się, że idzie na odwyk, była mocno zdziwiona. Ale trudno już było znieść poranny wstręt do siebie, słowa syna: znowu pijesz, i poczucie, że traci kontrolę nad własnym życiem.

Gdy w Łukowie wyliczyła swój litraż, wyszło niedużo: 0,44 m sześc., czyli dwie beczki 200-litrowe plus 40-litrowe wiadro. To nic w porównaniu z litrażami kolegów: 10–11 m sześc., ale w przeliczeniu na czas oznacza to 2 lata 6 miesięcy i 4 dni z życia spędzone po pijanemu.

Koleżanka Agnieszki z Łukowa, pielęgniarka Małgosia, swoje pół metra sześciennego także wypiła w całkowitej samotności, powtarzając: piję za swoje, nikogo nie krzywdzę, nikt mnie nie widzi, więc co za problem. Pamięta swój pierwszy raz. Rodzeństwo odeszło z domu, została sama z matką, jakaś taka pusta i niepotrzebna. Wracając z pracy poszła po zakupy. To był impuls, dorzuciła do koszyka ćwiartkę i sok. Potem usiadła w kuchni, czytała i popijała drinki. Cudowne rozluźnienie, wszystko zaczęło wyglądać jakoś inaczej, lepiej. Potem już w każdy wolny dzień popędzała czas wódką. Piła w każdy weekend. Było dobrze aż do urlopu, który zmienił się w tygodniowy ciąg. To nie była jakaś ostra jazda z szaleństwami i urwanym filmem, tylko picie, sen, picie, sen. A potem wymioty, roztrzęsione ręce, obsesyjne myśli o alkoholu i szpital. Szybko to poszło, ale u kobiet na ogół idzie to szybciej. Okres męskiego picia to około 20 lat, u kobiet 5–10, ale czasem wystarczy i rok, żeby się uzależnić.

To jest cienka, czerwona linia. Człowiek wraca zmęczony do domu i mówi: muszę się napić. Myśli, że tylko tak mówi, a naprawdę musi – tłumaczy Bożena Snella-Mrozik.

Picie do lustra to dla mężczyzn oznaka największej degeneracji, u kobiet często początek, klasyka alkoholizmu. Wyłączony telefon, zasłonięte zasłony, półmrok, w domu wszyscy śpią, cicho, bezpiecznie. I kobieta ze szklanką w ręku schowana na podłodze między fotelem i kanapą znieczulająca świat. Alkohol jest jak balsam na duszę. Pewnie, że picie przynosi poczucie winy. Ale przecież pod poczucie winy fantastycznie się pije.

Kobiety potrafią ukrywać picie latami. Dr Luba Szawdyn, terapeutka uzależnień, wspomina pacjentkę, która przez siedemnaście lat piła późnym wieczorem na stryszku i pewnie piłaby dalej, gdyby któregoś razu nie spadła ze schodów. W Łukowie z kolei opowiadają o przypadku kobiety, której alkoholizm wyszedł na jaw po rutynowej operacji pęcherzyka żółciowego. W szpitalu przez kilka dni nie dostała alkoholu i skończyło się to delirium.

Flaszka w pustym gnieździe

Mężczyźni częściej sięgają po alkohol jako środek pobudzający. Piją towarzysko, czasem krzykliwie, agresywnie. Zapijają niepowodzenia zawodowe – tłumaczy Halina Ginowicz, terapeutka z Łukowa. – Picie kobiet jest bardziej emocjonalne, głuszy lęki, depresję, samotność. Najczęściej tłumaczą, że piją z powodu problemów domowych.

Według badań Uniwersytetu w Göteborgu kryzys małżeński sześciokrotnie zwiększa ryzyko alkoholizmu u kobiet. Kobiety z niestabilną sytuacją życiową, rozwiedzione, samotne stanowią coraz liczniejszą grupę na odwykach.

Przyjęło się, że w życiu kobiety są dwa momenty szczególnego ryzyka. Pierwszy to lata 21–30, gdy kończy się studia, zaczyna karierę, wychodzi za mąż, rodzi dzieci. To czas zmiany ról, któremu towarzyszą konflikty, załamania, intensywne emocje niosące ryzyko picia problemowego. Często dochodzi do tego poczucie, że nie spełniły się młodzieńcze marzenia, nie udało się zrealizować planów.

Moment drugi to lata 49–59, czas utraty ról życiowych, gdy dzieci odchodzą z domu pozostawiając puste gniazdo, odchodzi się na emeryturę, trzeba zaakceptować starzenie, utratę atrakcyjności.

Panie koło 60 to nadal grupa kobiet pijąca najmniej, ale i tu widać pewien ruch. – Emerytki i rencistki robią to, do czego nie miały okazji przez całe życie, a drinkowanie staje się dla nich nowym sposobem życia – opowiada dr Luba Szawdyn. – Raczą się piwem z sąsiadkami albo popijają koniaczek zapisany na serce przez lekarza, tyle że w coraz większych ilościach i nie zauważają, kiedy się uzależniają.

Tę grupę leczy się najtrudniej. Nie mają motywacji. No bo po co? Dla kogo? Jeszcze trudniej przyznać się im do choroby, bo słowo alkoholiczka to zwłaszcza dla starszego pokolenia straszny wstyd. A stara alkoholiczka to już w ogóle lepiej nie mówić.

Między octem i olejem

Pytani o zawody wysokiego ryzyka terapeuci trochę żartem wymieniają chirurga i hydraulika dla mężczyzn, a dla kobiet gospodynię domową, nauczycielkę, pielęgniarkę. Z drugiej strony wiadomo, że dużo piją kobiety pracujące w tradycyjnie męskich zawodach. Chcą naśladować męski styl bycia, demonstrują równość.

– Nie pijesz, zakablujesz – opowiada policjantka Jadzia lecząca się w Łukowie, która swoją „przygodę” z alkoholem zaczęła na służbie od gorzkiej żołądkowej. – W pracy byłam kumplem od wszystkiego, a jednocześnie faceci mnie adorowali. Miałam poczucie, że to sytuacja uprzywilejowana. Mogłam zawsze na nich liczyć, a potem w rewanżu postawić flaszkę.

Każdy, kto pije, jest przekonany, że pracuje w zawodzie wysokiego ryzyka. To dobre tłumaczenie. Ze mną też tak było – wspomina Anna Pietrzak, solistka popularnego w latach 70., a dziś reaktywowanego zespołu Partita, prowadząca także wraz z mężem ośrodek terapii i profilaktyki uzależnień dla młodzieży. Po koncertach pili wszyscy, tylko że ona bardzo szybko zaczęła mieć z tym kłopoty.

Upijała się bardziej niż inni, urywał jej się film. Rano po bankiecie widziała w oczach ludzi litość, pogardę, obrzydzenie. Myślała gorączkowo, co tym razem narozrabiałam: krzyczałam? obraziłam kogoś? zdjęłam bluzkę? – Po alkoholu wychodził ze mnie kawałek diabła. Robiłam rzeczy nieprzewidywalne, niemieszczące się w moim kodeksie moralnym – opowiada. Starała się pilnować, przez kilka imprez było miło, a potem znowu wysiadały hamulce i szło do końca. Przerzuciła się na babski styl picia – kieliszek wina sączony przez cały wieczór i nerwowe liczenie minut, kiedy wyjdą goście, mąż położy się spać, a ona wreszcie będzie mogła sięgnąć po butelkę schowaną w spiżarni między octem i olejem.

Syndrom Bridget Jones

Zawsze grupą wysokiego ryzyka były żony alkoholików pijące po to, by on wypił mniej albo żeby został w domu. Ostatnie lata dodały nowe typy do galerii alkoholiczek: dziewczyny ze złotych klatek, które sprzedały się w jasyr starszym bogatym panom, żony wymieniane na nowszy model, bizneswomen, które po powrocie do domu zrzucają służbowy mundurek i nagradzają się drinkiem za ciężki dzień.

– Kończy się model, w którym mężczyzna pracuje i łoży. Kobiety mają własne pieniądze, ciężko pracują i są przekonane, że mają prawo pić – mówi dr Luba Szawdyn. – Biorą na siebie wszystkie role, jakie świat wymyślił: profesjonalistka, żona, matka, kochanka, kierowca, sprzątaczka, kucharka i w końcu się pod tym balastem załamują. Szukają w alkoholu paliwa do życia.

Z badań prowadzonych przez ostatnich 20 lat w Wielkiej Brytanii wynika, że grupą kobiet, która pije najwięcej, są młode (20–30 lat) profesjonalistki z wyższych klas społecznych, dobrze zarabiające i nieobciążone obowiązkami rodzinnymi. W Polsce też już je widać – wykształcone, niezależne, z sukcesem, które mają w życiu wszystko prócz ciepła.

Ten typ kobiet można już spotkać na odwykach, ale na razie nie jest ich wiele. One się jeszcze dopijają. Największa fala przyjdzie za kilka lat – przewiduje Bożena Snella-Mrozik.

Potwierdza to Ewa Woydyłło, psycholog i terapeutka uzależnień, w wywiadzie udzielonym „Wysokim Obcasom”: „To dość liczna grupa kobiet sukcesu, które weszły przebojowo w świat życia zawodowego. Są ambitne, nastawione na sukces. Przy czym swoje cele osiągają nie tylko dla siebie – często spełniają jakieś dążenia rodziców, rywalizują z mężem. W Szwajcarii, w Ameryce alkoholiczek nie jest więcej, niż było, bo tam kobieta już się nie miota, już nie musi niczego udowadniać. A u nas jeszcze musi. W życiu kobiet pojawiło się ogromne napięcie, a wszystkie sygnały, jakie płyną od społeczeństwa, wciąż je wzmagają: a to jesteś za stara, bo masz już 35 lat i nie możesz zostać przyjęta do pracy, a to nie masz długich nóg, a to nie znasz czterech języków... Facet nie zna i dostaje pracę, a kobieta nie”.

Piciu kobiet sprzyja także moda na lekkie alkohole. Nikogo nie dziwi ani nie oburza widok kobiety z puszką piwa czy kieliszkiem wina w ręku. To jest społecznie akceptowane. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się choroba. Mężczyznom więcej się wybacza. Alkoholik nie myśli: przestałem być mężczyzną. U alkoholiczek wraca to jak refren: przestałam być kobietą. „Byłam odarta z szacunku i godności. Czułam do siebie wstręt i obrzydzenie. Nienawidziłam siebie tak bardzo, że prawie zawsze miałam ochotę zrobić sobie krzywdę. Byłam zmiętą, szarpaną torsjami i nie mogącą złapać oddechu szmatą” – to jedno z wielu podobnych wyznań uzależnionych kobiet.

Pijana matka Polka

Każda ma swoje dno gdzie indziej. To może być piąty detoks, pobyt w izbie wytrzeźwień albo obudzenie się w cudzym łóżku. Dla Marty to był Dzień Matki w przedszkolu, kiedy jej czteroletni syn z namaszczeniem i na cały głos powiedział: Mamusiu, a ja ci życzę, żebyś nie piła tyle wódki. Matka alkoholiczka to straszny stygmat. Stereotyp alkoholiczki – szmaty i dziwki, zderza się tu ze stereotypem Matki Polki. „Nieobecność ojca w domu jest w naszej kulturze zrozumiała. Nieobecni byli żołnierze, marynarze, myśliwi, a więc fakt, że nieobecny alkoholik nie rujnuje porządku świata” – pisze terapeutka Magdalena Ilnicka. Ojciec, który porzuca dzieci, to drań i łobuz, matka – potwór zasługujący na śmierć społeczną. Picie kobiet szybciej prowadzi do destrukcji rodziny, a jednocześnie mechanizm wypierania choroby jest silniejszy, bo kobiety jak bastionu bronią pozycji dobrej matki i żony.

Często picie zaczyna się niedługo po urodzeniu dziecka, sprzyjają temu nowe obowiązki, zamknięcie w domu, poczucie odcięcia od świata. Powoli dziecko, jak każda inna przeszkoda w piciu, zaczyna być zwalczane. Na trzeźwo kac moralny jest nie do wytrzymania. Pijące matki robią coś, czego same nie potrafią sobie darować. Koszmar konfrontacji z rzeczywistością, do której doprowadziły, rodzi poczucie winy, które trzeba zapić. Tak powstaje błędne koło. Magdalena Ilnicka twierdzi, że w zaawansowanej fazie choroby posiadanie dzieci powoduje bardziej intensywne picie. U pijących matek częściej też występują objawy psychopatologiczne: depresje, lęki, paranoidalne myśli. Z drugiej strony częściej niż bezdzietne kończą terapię, bo motywacja, by wyjść z choroby, jest u nich bardzo silna.

To idzie młodość

Ze wspomnianych już angielskich badań wyłania się jeszcze jedna grupa ryzyka wśród pijących kobiet – w ciągu ostatnich 20 lat trzykrotnie wzrosła liczba młodych (16–24 lata) pijących więcej niż 35 jednostek alkoholu tygodniowo (to np. 35 piw lub 35 kieliszków wina). W Polsce nie prowadzi się tak dokładnych obserwacji, ale z naszych statystyk też wynika, że coś się tu zmienia. W latach 1989–1995 wśród nastolatków nastąpił trzykrotny wzrost spożycia alkoholu, ale dziewczęta zapracowały na niego bardziej niż chłopcy. W tym czasie liczba pacjentek na oddziałach odwykowych podwoiła się, ale najmłodszych (do 19 roku życia) wzrosła czterokrotnie.

Młode dziewczyny piją fest, a wiek alkoholowej inicjacji stale się obniża – potwierdza dr Luba Szawdyn. Niedawno miała do czynienia z przypadkiem 10-letniej Joasi, która przed szkolną wycieczką zgromadziła kilkanaście puszek piwa. Już w autokarze zaczęła częstować koleżanki, a potem tak się upiła, że zaginęła i trafiła do izby wytrzeźwień.

To, że dziewczyny piją fest, widać choćby z internetowych blogów, w których opisują imprezowe życie bez cenzury. Ooka, zwana również Karoliną, „lubi pić wódkę z mety i spać na trawie, a jeszcze jak sobie rzygnie, to już jest raj na ziemi”. Kana „lubi pić spirytus do czyszczenia silników samolotowych i spać pod płotami. Kana, Kana zajebana od samego rana”. Lifki z kolei „nie przegada nikt, chyba że jest bardzo napizgana i nie jest w stanie już mówić, lubi po przepiciu odpoczywać w miejskich krzakach. Zwykle po 4 piwach chodzi z uśmiechem od ucha do ucha i krzyczy: ale się najebałam”. To blog skejt-szparek, dziewczyn hiphopowców, ale piją nie tylko takie.

– Nieśmiałe, zakompleksione dziewczyny sięgają po alkohol, żeby przełamać lęk przed ludźmi, lepiej się poczuć w towarzystwie, zaimponować chłopcom – mówi Halina Ginowicz. – Piją dziewczyny z rodzin alkoholików, ale też te z restrykcyjnych, wymagających domów. Kiedyś dwudziestolatka na naszym oddziale to była rzadkość, dziś nikogo nie dziwi.

Trudne powroty

Wśród terapeutów długo pokutowało przekonanie, że kobiety leczy się trudniej. W istocie tak było, ponieważ większość na zajęciach terapii grupowej stanowią mężczyźni. Kobiety wolą relacje indywidualne. Efekty leczenia poprawiły się, gdy do programu wprowadzono dodatkowe zajęcia w kobiecym gronie.

Rozmawiamy o tym, o czym trudno mówić przy mężczyznach. Przede wszystkim o doświadczeniach seksualnych, bo wiele alkoholiczek to osoby molestowane w dzieciństwie, inne z kolei miały po pijanemu niechciane kontakty. To trzeba z siebie wyrzucić, a przed kobietami łatwiej się otworzyć – tłumaczy Renata Kępka, terapeutka z Łukowa. – Druga grupa tematów to relacje z dziećmi, obciążone ogromnym poczuciem winy.

Kobiecy alkoholizm jest bardziej skomplikowany w diagnozowaniu, bo bardzo często połączony z uzależnieniem od leków psychotropowych, uspokajających, nasennych, splątany z depresjami, nerwicami. – Często maskowany jest depresją – mówi Halina Ginowicz. – Czasem trudno ustalić, co było pierwsze: picie czy depresja.

Kobiety szybciej przepijają szacunek dla samych siebie, dlatego niełatwo im odzyskać poczucie godności. Mężczyzna wraca z odwyku jak bohater witany przez dumną rodzinę, która chucha i dmucha na jego trzeźwość. 9 na 10 alkoholiczek zostaje opuszczonych przez mężów (w przypadku mężczyzn proporcja jest dokładnie odwrotna). Wracają ze spuszczoną głową, a rodzina oczekuje, że jak już wypoczęła w ośrodku, to teraz szybko nadrobi, co zawaliła.

Zdarza się, że mężowie po prostu uniemożliwiają dalszą terapię – opowiada Halina Ginowicz. – Mówią: najpierw cię nie było, bo chlałaś, teraz cię nie ma, bo latasz na spotkania. Dosyć już tego wstydu.

Mimo wszystko między kobietami i mężczyznami nie ma wielkich różnic, gdy idzie o skuteczność terapii.

Zdaniem dr. Jerzego Kamińskiego, ordynatora oddziału odwykowego w Łukowie, wzrost liczby kobiet na odwykach jest w gruncie rzeczy zjawiskiem pozytywnym. – To prawda, pije coraz więcej, ale też coraz więcej ma odwagę się leczyć. Dwanaście lat temu, gdy powstał ośrodek, trafiały do nas kobiety zdegradowane, w bardzo zaawansowanej fazie choroby. To się na szczęście zmienia.

Świadomość, że płeć nie jest żadnym zabezpieczeniem przed alkoholizmem, staje się coraz bardziej powszechna. Im więcej się o tym mówi, tym lepiej. Poczucie, że przytrafiło się to także innym, pomaga przełamać barierę wstydu i podjąć decyzję o leczeniu. Kobiety ze świecznika potrafią już mówić publicznie o chorobach, mastektomii, rozwodach. Na wyznanie choroby alkoholowej odważyła się znakomita aktorka Stanisława Celińska i, ku swojemu zdumieniu, spotkała się z bardzo pozytywnymi reakcjami.

To strasznie trudne – przyznaje Anna Pietrzak. – Ludzie niby wiedzą, że to choroba, ale jakaś zawiniona, degradująca. Odważyłam się, bo jednym z kroków terapii AA jest niesienie pomocy innym.

Bożena Snella-Mrozik także długo zastanawiała się, czy podpisać książkę własnym nazwiskiem. Pytała rodzinę o pozwolenie. – Alkoholik żyje w strefie kłamstwa, w stałym lęku, że się wyda – mówi. – Przestałam pić, przestałam się bać, przestałam kłamać. Powiedziałam prawdę. I nic złego się nie stało. Świat się nie zawalił.

Joanna Podgórska, współpraca Dominika Makówka

Korzystałam m.in. z publikacji zamieszczonych w miesięczniku „Świat problemów”. Imiona kilku bohaterek zostały zmienione.

Inne ciało

Matka natura dyskryminuje kobiety. Po wypiciu takiej samej dawki alkoholu jego stężenie we krwi kobiety jest o 30 proc. wyższe niż u mężczyzny, nawet jeśli ważą tyle samo. Wiąże się to z różną zawartością płynów w stosunku do masy ciała (ok. 60 proc. u kobiet, a 70 proc. u mężczyzn) oraz niższą aktywnością dehydrogenazy alkoholowej w śluzówce żołądka. Wpływ na metabolizm alkoholu mają także hormony produkowane podczas miesiączki. Stwierdzono związek zespołu napięcia przedmiesiączkowego z piciem, wiele ciągów alkoholowych zaczynały kobiety właśnie w tym momencie.

Potrzeba mniej czasu, by u kobiety rozwinął się pełen obraz uzależnienia. Objawy marskości wątroby pojawiają się u kobiet już po 5 latach intensywnego picia, podczas gdy u mężczyzn trzeba na to 10–20 lat.

Sześć kroków do piekła

Sześć objawów uzależnienia od alkoholu według 10 edycji Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, Urazów i Przyczyn Zgonów (ICD 10). Do stwierdzenia choroby wystarczą trzy z nich:
• problemy z kontrolowaniem picia (powstrzymywaniem się od picia, zakończeniem go czy ograniczaniem ilości wypijanego alkoholu);
• wzrost tolerancji na alkohol, zwiększanie dawek do osiągnięcia pożądanego stanu;
• natrętna potrzeba picia, głód alkoholu;
• objawy abstynencyjne (bezsenność, lęk, kołatanie serca, drżenie rąk, pocenie się, nudności, biegunki, brak apetytu, tzw. padaczka alkoholowa) i używanie alkoholu, aby się od tych objawów uwolnić;
• utrata zainteresowań niezwiązanych z piciem (rodzina, dom, własny wygląd);
• picie mimo szkód społecznych i zdrowotnych powodowanych przez alkohol.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama