Klasyki Polityki

Kartki, oporniki, bimber

Rzeczywistość stanu wojennego. Chociaż obowiązywały kartki m.in. na mięso, w sklepach straszyły puste haki, za to na bazarach królowali „spekulanci”. Rzeczywistość stanu wojennego. Chociaż obowiązywały kartki m.in. na mięso, w sklepach straszyły puste haki, za to na bazarach królowali „spekulanci”. Chris Niedenthal / Forum
Obchodzimy kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Tak wspominaliśmy go po 20 latach.
Po pierwszym szoku pierwsze przejawy buntu. Ulice krzyczały napisami, szablonami, ulotkami.Chris Niedenthal/Forum Po pierwszym szoku pierwsze przejawy buntu. Ulice krzyczały napisami, szablonami, ulotkami.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w grudniu 2001 r.

W ursynowskim Megasamie sprzedawczyni zwierza się reporterowi „Trybuny Ludu”: „Lubię tę pracę. Szkoda jednak, że muszę także kontrolować klientów. Np. gdy jest śmietana, wydzielam po jednej, a to powoduje protesty, awantury. Dziś, na szczęście, nie ma śmietany...”.

„Rano, o dziewiątej włączyliśmy telewizor, żeby Marek mógł obejrzeć Teleranek. Odbiornik warczał. Drugi program – to samo. Próbowaliśmy zadzwonić do sąsiadów z pytaniem: czy u was także telewizor nie odbiera? Ale w słuchawce głucho. Włączamy radio. Właśnie leci przemówienie Jaruzelskiego. Stan wojenny”. Tak typowo zaczyna się jeden z tysięcy „dzienników stanu wojny”, jakie pisywali ludzie od niedzieli 13 grudnia 1981 r.

Gdzie my jesteśmy?

Radio i TVP zostały zmilitaryzowane. W Warszawie, przy ul. Woronicza, przy pl. Powstańców, przy Malczewskiego i Łazienkowskiej budynki obstawione przez komandosów. Spikerzy – prezenterzy telewizyjni – w mundurach. Ludzie darowaliby im to, co czytają, ale powszechny niesmak, wręcz nienawiść wzbudza zaangażowanie, z jakim to robią.

Na rogatkach miast, przy większych skrzyżowaniach ulic posterunki wojska. Czołg albo samochód opancerzony, kilku żołnierzy grzejących się przy koksowniku. W niedzielę, 13 grudnia, Janina K. z dzieckiem w wózku mija taki posterunek przy ul. Stalowej na Pradze, skąd nie widać Pałacu Kultury. – Proszę pani – zwraca się do niej młody żołnierz, a jej serce podchodzi do gardła. – Proszę pani, przepraszam, ale w jakim mieście my jesteśmy? – pyta zażenowany.

Obowiązuje godzina milicyjna, początkowo od 22 do 6 rano. A co z tymi, którzy rozpoczynają pracę o godz. 6? Muszą mieć przepustki. Przybyło więc w miastach np. roznosicieli mleka, gdyż dostawali oni całonocne przepustki. 19 grudnia skrócono godzinę milicyjną w Warszawie. Obowiązywała ona od 23 do 5 rano. Żeby pojechać do innego miasta, trzeba było wystarać się o „decyzję-zezwolenie” na zmianę miejsca pobytu. Krystyna N., która w marcu 1982 r. pojechała na narty do Zakopanego, musiała mieć taką decyzję. I dodatkowo, żeby zjeżdżać z Kasprowego Wierchu – drugą, na „pobyt w strefie nadgranicznej w miejscowości Kasprowy Wierch”. Decyzja wystawiona na 12 dni, wydana „z up.” (z upoważnienia) prezydenta miasta Zakopane przez kierownika wydziału kosztowała 50 zł uiszczonych w postaci opłaty skarbowej. Decyzja była ostateczna (ze zbiorów Ośrodka Karta).

Instytucje musiały przygotować specjalne druki-zezwolenia „na korzystanie z samochodu służbowego w okresie stanu wojennego”. Centralny Ośrodek Informacji Budownictwa wystawił takie zezwolenie ob. Leszkowi K. 22 grudnia 1981 r. na godz. 8–16 „w celu przywiezienia mleka”. Ręcznie dopisano tam: „Niniejszy samochód przewozi 20 l benzyny w kanistrze celem uruchomienia innego samochodu na ul. Senatorskiej”. Podpisała osoba upoważniona. Wprowadzono bowiem zakaz sprzedaży benzyny do pojazdów prywatnych. Sprzedawano ją wyłącznie rolnikom na podstawie zaświadczenia, że dostarczają żywność „własnym transportem mechanicznym”.

Do 10 stycznia nie działały telefony, co w niezamierzony i niespotykany dotąd sposób łączyło ludzi. Wielka była potrzeba kontaktu, rozmowy, potwierdzenia, że jesteśmy jednak razem. Była też potrzeba wymiany informacji, gdyż po 13 grudnia ukazywały się jedynie dwie gazety codzienne: „Trybuna Ludu” (TL) i „Żołnierz Wolności” (ŻW), do których szybko przylgnęło określenie „gadzinówki”. Od początku gazet tych – po prostu – nie wypadało czytać. A warto było. Oto np. początek komentarza redakcyjnego z TL z samego początku stanu wojennego pt. „Metodą oszczerstw i fałszu”: „Z ukrycia, zza węgła, stugębną plotką, a gdzie się uda prymitywną ulotką starają się przeszkadzać procesowi normalizacji, burzyć ład i spokój wrogowie socjalizmu...”. TL zamieszczała też praktyczne informacje. Np. czytelnik pytał ponoć: „Kto może w czasie trwania godziny milicyjnej korzystać z bufetów i restauracji dworcowych?”. Odpowiedź: „Wszystkie osoby upoważnione (...) do poruszania się w tym czasie”. Ktoś inny pytał: „Czy odbędzie się losowanie bonów PKO i czy wygrane będą realizowane?”. Tak, ale „jednorazowo można będzie podjąć 10 tys. zł”.

Rzucający się w oczy spokój

W trzecim dniu stanu wojennego TL informowała, że „udaremniono próby zakłóceń pracy i porządku publicznego”. W środę, 16 grudnia, telewizja doniosła (news numer jeden), że „w Mińsku Mazowieckim pijany mężczyzna ciął szablą w głowę funkcjonariusza ORMO”. Wieczorem zaś wystąpił w TV Janusz Przymanowski i powiedział o gen. Wojciechu Jaruzelskim: „Spotkałem go w 1945 r. i już wówczas zanotowałem tę postać jako szkic grottgerowski”.

18 grudnia Janek Zabieglik z zawieszonego „Życia Warszawy” opowiadał w kawiarni Świtezianka, gdzie codziennie zbierał się niemal cały zespół, jak dzień wcześniej uciekał przed zomowcami Krakowskim Przedmieściem i Świętokrzyską. W tym samym czasie, gdy zomowcy pałowali demonstrantów i strzelali ślepymi nabojami, przy ul. Marszałkowskiej przed sklepem Futra ludzie sprawdzali się na społecznej liście w kolejce po kożuchy.

Zdaniem TL „sytuacja ulega systematycznej normalizacji” i byłoby właściwie normalnie, gdyby nie „kłopoty z nabyciem chleba i mleka”. Zupełnie niepotrzebnie tworzą się po te artykuły kolejki, „mimo iż chleb sprzedaje się najwyżej po dwa bochenki”. Mają miejsce „polowania na chleb całych rodzin, a także kilkakrotne ustawianie się w kolejce tych samych osób”. Z kolei „zapasy ziemniaków i warzyw są wystarczające”, ale „śnieżyce i mrozy utrudniają rytmiczność dostaw”. TL posłała więc swojego reportera do Płońska: „W środowe popołudnie w Płońsku – donosił wysłannik – panuje rzucający się w oczy spokój, choć, jak mówi I sekretarz KM PZPR, są pewne kłopoty z zaopatrzeniem w chleb”. W tutejszej Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej zaś pracownica twarożkarni powiada: „A poza tym (nie mówi wcześniej poza czym – przyp. WM) dobrze się stało (że wprowadzono stan wojenny – przyp. WM), bo przynajmniej w kraju będzie spokój. Pod każdym względem”.

W dobie powszechnego braku jajek „niecodzienny przykład dobrego serca miał miejsce w szpitalu na Kapuściskach 2 w Bydgoszczy. Rolnik z Solca Kujawskiego dostarczył dla tamtejszych pacjentów 300 jajek nie biorąc za nie pieniędzy i nieujawniając swego nazwiska” (TL z 21 grudnia 1981, „Praca toruje drogę normalizowaniu życia”).

PAP sugerowała przyczynę, dla której Romuald Spasowski, ambasador w Waszyngtonie, poprosił o azyl: „Od pewnego czasu RS cierpiał na okresowe stany depresji, w związku z czym został odwołany do kraju”.

W Warszawie „69 sklepów samoobsługowych przystosowano do sprzedaży tradycyjnej”. Wygospodarowano w ten sposób więcej miejsca „po to, aby klienci nie stali przed sklepami”. Na święta nie będzie wędlin lepszych gatunków, pomarańcze (300 ton) tylko do paczek i dla domów dziecka. Nie będzie też zimnych ogni, gdyż – twierdził przedstawiciel SPHW – okazało się, iż „są one szkodliwe dla zdrowia dzieci”. Wybrane polskie dzieci otrzymały za to paczki od pionierów z NRD i ZSRR. Słodyczopodobne przesyłki zawierały ulotki: „Drogi polski przyjacielu! Nasz socjalistyczny związek młodzieży i jego Organizacja Pionierów imienia Ernsta Thälmanna wezwały nas przyczynić się do pomocy dla Was pod hasłem »Pionierzy NRD przesyłają dzieciom polskim, cierpiącym na skutkach kontrrewolucji, paczki świąteczne pod choinkę«. Dlatego nasza drużyna pionierska naradzała się i pragnie sprawić Tobie z tą paczką przyjemność. Przyjaźń! Pionierzy Okręgu Cottbus”.

Dorośli Polacy zaś „w związku ze stopniową poprawą dyscypliny społecznej” uzyskali „możliwość przemieszczania się osób w ramach tradycyjnych odwiedzin świątecznych”. Od TL zaś pod choinkę zapewnienie, że „pieczywa nie powinno zabraknąć, sprzedawane będzie w wigilię prosto z samochodów” oraz wywiad red. Ryszarda Wojny z Mieczysławem Moczarem, prezesem rady naczelnej ZBoWiD. Ostatnie pytanie: „Czy możecie, Generale, powiedzieć coś optymistycznego?” Odpowiedź: „Uważam, że optymizm jest zawsze warunkiem zdrowia psychicznego, zarówno człowieka jak i społeczeństwa”.

Wigilię – wspomina Tomasz Jastrun, poeta, w 1981 r. działacz Regionu Mazowsze, w stanie wojennym redaktor podziemnego pisma literackiego „Wyzwanie” – spędziłem w domu Juliusza Żuławskiego, pisarza. Był tam także drugi sędziwy pisarz Paweł Hertz. Kłócili się, jak zwykle, o politykę. W pewnym momencie Hertz powiedział, że przygotował kuferek z niezbędnymi rzeczami. Bo był już kiedyś zesłany na Syberię, więc kuferek ma gotowy. Tak na wszelki wypadek, gdyby po niego przyszli. Żuławski aż zerwał się z krzesła: jak ja mogłem o tym nie pomyśleć, wyrzucał sobie.

10 stopień zasilania

„Podczas świąt sytuacja energetyczna kraju była dobra. Obowiązywał 10 stopień zasilania. Nie było wyłączeń energii elektrycznej” – informowała TL. Ogłoszono też „Nowe zasady sprzedaży reglamentowanej” (Kartki po raz trzeci w historii PRL wprowadzono w 1981 r., kilka miesięcy przed stanem wojennym). Mimo że jak zapewniały „środki musowego przekazu”, skup wzrasta, obniżono normy kartkowe mięsa i jego przetworów oraz masła „niektórym grupom ludności”. Chodziło o rolników gospodarujących na pół hektara i więcej, którzy od stycznia nie otrzymali żadnych przydziałów mięsa. Od stycznia były „tylko karty mięsno-maślane M-I i M-II oraz karty P na inne artykuły reglamentowane”. Niemowlęta otrzymały jedną kartę „0”. Pracownicy umysłowi, emeryci i dzieci w wieku 1–12 lat mieli możliwość kupienia 2,5 kg mięsa, fizyczni – 4 kg, górnicy i hutnicy dodatkowo 1 kg – razem 5 kg. Kobiety ciężarne obowiązywał przydział taki jak dla dzieci (4 kg) plus papierosy i alkohol bez możliwości zamienienia ich na cukierki. Na kartki były ponadto cukier, mąka, art. zbożowe, czekolada, mydło, proszek do prania, kawa. Wprowadzono też – na 3 lata – przedpłaty na pralki automatyczne, telewizory kolorowe, lodówki i niektóre meble. Dywany, butle gazowe, rowery – pozostawiono w gestii komitetów kolejkowych, na tzw. listy zapisów. „Za pośrednictwem zakładów pracy – informowała TL – ludność będzie się zaopatrywać w obuwie, ciepłą bieliznę i ubrania”.

Wydano zdecydowaną walkę spekulacji. Codziennie informowano o sukcesach na tym polu. Np. w Częstochowie „funkcjonariusze KM MO w wyniku działań operacyjno-dochodzeniowych ujawnili w mieszkaniu Mariana O., kierownika działu zaopatrzenia w Zakładach Mięsnych, 5 chłodziarek, 2 zamrażarki, 4 pralki automatyczne, 5 kompletów mebli, 6 dywanów, 4 radia samochodowe, 700 l benzyny, 118 kg szynki, 219 butelek spirytusu oraz 4 samochody, w tym 3 zakonserwowane na stałe, bez rejestracji. Prokurator zastosował areszt tymczasowy”. Jak udało się Marianowi O. wszystko to pomieścić w mieszkaniu – TL nie wyjaśniła.

29 stycznia odbyła się narada prezesów wojewódzkich komitetów ZSL. Wnioski: „Przemysł musi pomóc rolnictwu. Proste narzędzia też są ważne”. Uchwalono – mimo braku materiałów – wzrost produkcji łańcuchów oraz konwi na mleko. Idąc za ciosem poinformowano, że „od 1 stycznia 1982 dzieci od 1 roku życia do 3 lat 11 miesięcy i 29 dni otrzymają przydział 1 litra dziennie pełnotłustego mleka o zawartości 3,2 proc. tłuszczu. Dzieci otrzymają specjalne karty zaopatrzeniowe, które trzeba będzie zarejestrować w wybranym sklepie i tam cały czas mleko odbierać”.

Gen. Tadeusz Szaciło poinformował zagranicznych dziennikarzy, że „w kopalni Piast organizatorzy strajku uwięzili górników pod ziemią i za pomocą terroru psychicznego i fizycznego uniemożliwiali opuszczenie kopalni i porozumiewanie się ze światem zewnętrznym. Wielu górnikom udało się jednak uciec”.

Tymczasem z kraju płynęły do TL listy: „Z całego serca i z wdzięcznością wielu ludzi w Polsce może obecnie powiedzieć: Brawo Generale, Brawo Wojsko Polskie! Gdy w zimowe mroźne dni i noce stoicie Koledzy i Synowie na powierzonych Wam stanowiskach, wiedzcie, że sercami jesteśmy z Wami. Niech te ciepłe słowa Was rozgrzeją”.

Wąsy, broda i opornik

Obok tych oficjalności, a właściwie przeciwko nim toczy się zupełnie inne życie. Zima jest wasza, ale wiosna będzie nasza. Klarowny jest podział na „my” i „oni”. My to społeczeństwo, oni to władza. Pojawiają się hasła „WRON-a (szybko) skona”, „orła nie pokona”. Śpiewa się „A mury runą”, „Żeby Polska była Polską”. Kwitnie życie towarzyskie. Rozmowy – te nietelefoniczne – nie są kontrolowane. Ludzie spotykają się chętnie i często. Jak nigdy przedtem i nigdy później. Dyskutują, słuchają wrogich rozgłośni, z różnym skutkiem zagłuszanych: Wolnej Europy, Głosu Ameryki, Radia Londyn, Radia France International. Często używane jest – z braku pewnej i szybkiej informacji – słowo „podobno”. Podobno członkowie kierownictwa Solidarności są więzieni na statku pływającym po Bałtyku. Podobno w Gdańsku 17 grudnia 1981 r. są zabici, minimum ośmiu. Podobno Rosjanie szykują się do wejścia. Podobno – po zablokowaniu kont dewizowych – dolar kosztuje 1000 zł. Jajka są po 25 zł, ale ich nie ma. Czy będą po 150 zł, jak prorokował Andrzej Mleczko? Były, ale dopiero w 1987 r.

Wódka jest na kartki, ale jakoś się znajduje. W Peweksie. Powszechne, niemal na granicy czynu patriotycznego, staje się pędzenie bimbru. – W moim domu – wspomina Andrzej Lewandowski, inżynier elektryk – na 22 mieszkania robiono siwuchę w dwudziestu. Wcześniej i później w jednym, może dwóch. Aparatury tylko wędrowały z piętra na piętro. Przepis był prosty: bitwa pod Grunwaldem, 1410, czyli 1 kg cukru, 4 dekagramy drożdży i 10 litrów wody. Śmierdziała od tego cała klatka.

Nigdy wcześniej nie napisano tylu wierszy (z przewagą grafomańskich), tekstów piosenek, nie powstało tyle parafraz znanych utworów, m.in. „Lokomotywy” Juliana Tuwima przerobionej na „Egzekutywę” i „ZOMO-tywę” (Stoi na placu oddział milicji/Silny i zwarty, pełen ambicji/– Bój się milicji/Stoi i sapie, dyszy i chrzęści/wśród łbów zakutych pały i pięści/W łeb anarchistę, w łeb ekstremistę, w łeb syjonistę/Już ledwie myślą, już ledwo czują/lecz oni nigdy nie zastrajkują).

Każdy szanujący się opozycjonista pragnący uchodzić za konspiratora obowiązkowo zapuszczał brodę i wąsy. W klapie nosił znaczek Solidarności albo z Lechem Wałęsą. Gdy okazało się, że znaczki te zbytnio drażnią mundurowych, wymieniono je na oporniki. W sprawie znaczków milicja sprokurowała oddzielną instrukcję: „Podstawą prawną do ścigania osób noszących (używających) odznakę »Solidarność« stanowi art. 61 par. 2 kodeksu wykroczeń. W myśl tego przepisu karze aresztu lub grzywny podlega m.in. ten, kto ustanawia, wytwarza, rozpowszechnia lub nosi odznakę, na której ustanowienie lub noszenie (używanie) nie uzyskano wymaganego zezwolenia”. Solidarność nie dopełniła tego obowiązku, więc „istnieje podstawa do ścigania...”. Opornik jednak nie podpadał pod żadne przepisy ustawy o odznakach i mundurach, więc milicjanci – co się zdarzało – nakazywali je zdejmować, czasem nawet zjadać.

Nosiło się też – studenci i młodzi pracownicy nauki – długie włosy, flanelowe koszule w kratę, zielone kurtki, chlebaki lub plecaki i buty na traktorze. Plecaki i chlebaki służyły do noszenia ulotek. I jeśli nawet niczego trefnego w nich nie było – materiałów, nielegalnych wydawnictw, czyli bibuły – to przynajmniej myliły milicję lub ubecję.

Dojście do mięsa

1 lutego 1982 r. ogłoszono podwyżkę cen żywności. Oficjalne komunikaty mówiły, że podrożała ona „średnio o 241 proc.”. Praktycznie jednak była to podwyżka 300–400-procentowa. Nie podrożały chleb (16 zł za kg) i mąka (23 zł), ale np. cena schabu wzrosła z 90 zł za kg do 360 zł, kurczaków z 80 do 316 zł, kiełbasy zwyczajnej z 44 do 190 zł, wędzonej makreli z 25 do 130 zł, kostki masła ze 100 do 300 zł, chudego twarogu z 12 do 54 zł, cukru z 10,5 do 46 zł. Pensje zaś w gospodarce uspołecznionej wzrosły średnio – z 7,7 tys. zł w 1981 r. do 11,6 tys. zł w 1982 r.

Wzrosły ceny, ale towarów nie przybywało. Nadal niemal wszystko trzeba było wystać w kolejkach, załatwić, skombinować, mieć dojście do mięsa, rajstop, papieru toaletowego, skarpetek, lekarstw, cytryn, pomarańczy, dobrej książki, wakacji w kraju (bo wyjazd za granicę był jedynie marzeniem), do miejscówki w pociągu. Kwitło więc drobne łapówkarstwo, które dzisiaj nazywamy korupcją. Np. dojście do mięsa kosztowało pół litra wódki raz na miesiąc lub dwa. Dojście do pół litra wódki kosztowało bombonierkę raz na miesiąc lub dwa. Doj-ście do bombonierki...

Kwitł szmugiel ze wsi do miasta. Tyle że „u baby” (mięso dostarczały do domu) kilogram np. nielegalnej cielęciny kosztował 2–3 razy drożej niż w sklepie. No, ale w sklepie nie było.

5 lutego 1982 r. w Świdniku rozpoczęły się manifestacyjne spacery w porze dziennika telewizyjnego o godz. 19.30. Po kilku tygodniach spacerowano tak w całej Polsce. Tymczasem w Świdniku wprowadzono godzinę milicyjną od 19.00. Rozpoczęto więc spacery w czasie popołudniowego dziennika o godz. 17. Druga zmiana w WSK zaś bojkotowała DTV („bo kłamie”) spacerując o godz. 10, w porze dziennika porannego. „Ulicę Sławińskiego zradiofonizowano i mieszkańcy podejrzewają, że władze zaczną nadawać DTV przez głośniki” – informował podziemny „Tygodnik Mazowsze” (nr 4/82).

Opór wyrażał się na różne sposoby. W 1982 r. popularne było umieszczanie na biletach NBP nadruków (głównie portretu Lecha Wałęsy i znaku Solidarności) lub napisów „o treści politycznej bądź antypaństwowej”. Powszechność takich praktyk sprawiła, że MHWiU rozesłało do przedsiębiorstw handlowych poufną instrukcję, jak należy takie banknoty wycofywać z obiegu. „Nie wydawać reszty tymi banknotami, należy przechowywać je w miejscu niewidocznym dla osób postronnych. Przy rozliczaniu kasy wydzielić, zaznaczając na pakiecie (zaklejonej kopercie) »banknoty do wycofania«. O powyższym poinformować wyłącznie kasjerów” (zbiory Ośrodka Karta).

Z kolei na wysokich kominach lub w innych trudno dostępnych miejscach wywieszano flagi lub umieszczano napisy. Np. na 200-metrowym kominie szczecińskich Polic-2 zawieszono 3,5-metrową flagę Solidarności i transparent „Solidarność żyje” długości ponad 10 metrów („Tygodnik Mazowsze” nr 22/82). Podobnie w puławskich Azotach. W pobliżu elektrowni Skawina zaś – nad środkiem rzeki. W Poznaniu ktoś wywiesił flagę z napisem „Solidarność” na dachu KW PZPR. Zamalowywanie napisów i zdejmowanie flag było kosztowne. Np. za zamalowanie napisu „Solidarność” na kominie elektrowni w Skawinie dyrekcja musiała im zapłacić 25 tys. zł.

Mundialowe ubytki

Szybko mijała wiara, że wkrótce coś się zmieni. Coraz więcej ludzi myślało o wyjeździe za granicę na stałe. Kiedy więc 5 kwietnia 1983 r. rzucono na ladę w Sports Touriście miejsca na pierwszą imprezę zbiorową, organizowaną przez biura turystyczne po 13 grudnia, na mistrzostwa świata w piłce nożnej Espana 82 – było 13 chętnych na jedno miejsce. Należało jednak przedstawić rekomendacje i zaświadczenia z klubów, organizacji społecznych, z pracy. Z Polski wyjechało w sumie 819 osób, wróciła niespełna połowa. – Dokąd? – pytał po powrocie, a właściwie niepowrocie polskich grup klient Orbisu. – Dokąd jeszcze organizujecie państwo w tym roku wyjazdy? – Czechosłowacja, Związek Radziecki – wymieniała pani z Orbisu. – Bułgaria, Rumunia, Mongolia, Kuba... Przy tym ostatnim kraju klient przerwał: – A gdzie będzie międzylądowanie?

*

Dziękuję p. Agnieszce Iwaszkiewicz z Ośrodka Karta za pomoc w dotarciu do dokumentów. Korzystałem też z „Małego vademecum Peerelu – z wycinków gazet podziemnych” Anny i Piotra Bikontów i Wojciecha Cesarskiego, Agora 1990.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Tata Maty: Młodzi ludzie są mądrzejsi, niż my myślimy, że są

Z prof. Marcinem Matczakiem o tym, dlaczego nie warto być zbyt posłusznym.

Martyna Bunda
07.09.2021
Reklama