Klasyki Polityki

Polonista nie baca

Grzegorz Leszczyński, polonista z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Grzegorz Leszczyński, polonista z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Grzegorz Press / Polityka
Całe nasze życie to życie w sferze słów. Tyle widzimy, ile potrafimy nazwać – mówił przed laty dr. hab. Grzegorz Leszczyński, polonista z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Artykuł ukazał się w Niebędniku Inteligenta POLITYKI, w Wydaniu 14, z marca 2008 r.

Z dr. hab. Grzegorzem Leszczyńskim, polonistą z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, o zasobach słów, magii języka, zgubnych skutkach nieczytania i o tym, po co istnieją poloniści, rozmawia Sławomir Mizerski

Sławomir Mizerski: – Miewa pan kłopoty ze zrozumieniem ludzi, którzy mówią do pana po polsku?
Grzegorz Leszczyński:
– Jeśli mam kłopoty, to nie tyle ze zrozumieniem, co z zaakceptowaniem tego, co ludzie do mnie mówią. Czasem nie mogę się nadziwić, że ktoś sformułował jakąś myśl.

Ile słów zna przeciętny Polak?
Z badań wynika, że wykształcony Polak zna około pięciu tysięcy słów, czyli tyle, ile zawiera średniej wielkości podręczny słownik dwujęzyczny. Ale na co dzień używa około dwóch tysięcy.

Dlaczego nie używa pozostałych trzech tysięcy? Ma jakiś problem z ich użyciem czy nie odczuwa potrzeby włączania ich do swojego codziennego języka? Może za leniwy jest?
Po prostu to są słowa, których używamy rzadko. Takie spektrum, do którego sięgamy, gdy zachodzi potrzeba. I właśnie „spektrum” to słowo z tego zbioru. Sięgnąłem po nie, bo było mi potrzebne.

Czyli że te trzy tysiące zawsze mamy w pogotowiu?
One stanowią dodatkowe zaplecze, taki zaskórniak, do którego sięgamy, gdy chcemy coś specjalnego nazwać, opisać.

Ciekawe, ilu słów używa pan jako polonista? Do dziesięciu tysięcy pan już doszedł?
Szalenie trudne pytanie, ponieważ ani nie liczę tego, ani nie mam specjalnej pożądliwości do gromadzenia takich zasobów. To trochę, jakby mnie pan zapytał, ile butów jeszcze bym sobie dokupił? Odpowiadam: tyle, ile byłoby mi potrzebne. Jeśli jakieś słowo jest mi potrzebne, to ono wskakuje do języka. Jeśli usłyszymy nowe słowo określające coś, czego nie potrafiliśmy dotąd nazwać, to wrzucamy je do tych dwóch tysięcy albo do naszej trzytysięcznej rezerwy. Jako polonista co i raz muszę coś dorzucać tu czy tam.

Rezerwa słów

W naszej rozmowie będę używał tych podstawowych dwóch tysięcy słów, a trzy tysiące będę miał w zapasie, bo mogą się przydać. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że jest jeszcze pewna grupa słów, których znaczenie co prawda rozumiem, ale z powodu wewnętrznych ograniczeń czy zahamowań w ogóle ich nie używam. Gdy mówię albo piszę, po prostu nigdy nie przychodzą mi do głowy. Tkwią na jakimś pawlaczu pamięci, znam je, ale jakby nie są moje.
Wie pan, to dlatego, że język jest zwierciadłem duszy. Taką pan ma wewnętrzną strukturę, duchowość, że one są panu niepotrzebne. Podejrzewam, że w pana języku nie jest potrzebne np. słowo „kwark”.

Gdybyśmy postanowili rozmawiać o fizyce cząstek elementarnych, na której zresztą się nie znam, niewykluczone, że przyszłoby mi do głowy i użyłbym go. Nie używam za to wielu przymiotników i czasowników, chociaż je znam. Nie mam pojęcia, dlaczego. Czuję ubóstwo tej swojej polszczyzny. Noszę ją w sobie, ale jakoś nie potrafię z niej w pełni skorzystać.
To prawda, często mamy wrażenie, że ten nasz język jest ubogi i chciałoby się go uczynić bogatszym, dojrzalszym. Ale z drugiej strony trzeba by się zapytać, czy w grę nie wchodzi tu przypadkiem snobizm językowy. Podczas obrony prac doktorskich często słyszę, ile w wystąpieniach jest słownego indyczenia się, napuszenia. Bywa, że za potokiem wyszukanych terminów czai się niesłychana jałowość myśli. I dopiero gdy takiego doktoranta naprawdę zaskoczy jakieś pytanie i nie potrafi on obudować odpowiedzi wyszukanym słownictwem, zaczyna mówić normalnym, własnym językiem. Nazywa rzeczy po imieniu i nie chowa się za słowami. Bo słowa są także naszą przyłbicą, którą opuszczamy, gdy czujemy się niepewnie, gdy sytuacja nas przerasta, gdy przeżywamy stres. Chowamy się za pancerz i jeśli ktoś będzie chciał nas ugodzić, ugodzi ten pancerz. Zaatakuje język, a nie nas.

Czyli że warto znać język, bo można się nim zasłonić, obronić w rozmowie.
Gdy mój syn był mały, w kółko zadawał mi pytania, ale nie słuchał odpowiedzi, tylko wciąż pytał dalej. Ponieważ nie można dziecka zbyć, czasem z premedytacją kończyłem tę serię taką formułą, której on nie rozumiał, i wtedy rezygnował, bo nie wiedział, jak do tego nawiązać. Kiedyś spytał mnie, czy żet pisze jako zet z kreseczką, czy jako zet z kropeczką, a ja odpowiedziałem: Wiesz Marcinku, to są warianty kombinatoryczne. On powiedział: Aha, i poszedł pisać po swojemu.

Nieźle pan dziecko załatwił.
Można powiedzieć, że jak cyniczny ojciec eksperymentowałem na własnym synu. Ale taka umiejętność to jeden z codziennych pożytków językowych. Z tym że inne pożytki są znacznie ważniejsze. Choćby umiejętność pełniejszego nazywania, a zatem rozpoznawania rzeczywistości.

Nazywam, więc jestem

Czym zajmuje się dzisiaj polonista? Jaką misję ma do spełnienia?
Wiedza humanistyczna służy nie tylko bezinteresownemu poznaniu, ale także modelowaniu człowieka, języka, literatury, jednym słowem wpływaniu na coś, co można by określić mianem kondycji współczesności. Czy polonista ma dziś jakąś misję? Można powiedzieć, że jest stróżem kanonu, sfery narodowego sacrum, epicentrum kulturowej świadomości. Takim epicentrum jest język i literatura.

Polonista jako strażnik skarbu, którym jest polszczyzna? Ale czego on tak naprawdę pilnuje?
Całe nasze życie to życie w sferze słów. Tyle widzimy, ile potrafimy nazwać. Jeśli umiemy nazywać drzewa, to wchodząc do lasu widzimy nie zieloną gęstwinę, widzimy buki, jawory, sosny, dęby. Język jest nie tylko zwierciadłem duszy, ale także narzędziem poznania świata. Skoro widzę w świecie tyle, ile potrafię nazwać w ojczystym języku, to ten, który stoi na straży tego języka, kultury słowa, stoi także na straży poznania. Zatem odpowiadając na pana pytanie, można powiedzieć, że polonista stoi na straży poznania. „Język – powtarza za Fryderykiem Schillerem wielki współczesny filolog Victor Klemperer – układa słowa i myśli za ciebie”. Twój język układa twoje myśli i twoje słowa za ciebie. I to jest tak naprawdę rdzeniem człowieczeństwa.

Ale czy język rzeczywiście wymaga takiej straży? Język jest żywiołowym procesem i być może wcale nie trzeba go tak bardzo pilnować?
Polonista nie jest tym, który wskazuje kierunki rozwoju języka. Polonista opisuje stan faktyczny jak historyk, jak krytyk sztuki. I to jest pana sprawa, co pan z tym opisem zrobi, czy pan się z nim zapozna. Do muzeum można po prostu przyjść popatrzeć na piękne obrazy, ale można też chcieć dowiedzieć się czegoś o ich historii, stylu, autorach, ich warsztacie. Język rozwija się oczywiście według własnych praw i nie potrzeba mu żadnego bacy, który pilnowałby go i przeganiał jak owieczki z jednego miejsca na drugie. Ale potrzebny mu jest ktoś, kto go będzie opisywał. Bo język się zmienia.

Zastanawiam się, na ile polonista bada i opisuje, a na ile wartościuje? Na ile jest on arbitrem?
Wyobraźmy sobie, że kupujemy keyboard, gramy na nim cokolwiek, uderzając w klawisze, ustawiamy automatycznie podkład perkusyjny, brzmienie orkiestry. Skąd wiadomo, że to nie jest dzieło sztuki? Otóż potrzebny jest ktoś, kto potrafi odróżnić ziarno od plew. Grać pan może, co pan chce, ale nie wszystko jest muzyką. Mówić też możemy, jak chcemy, ale z pewnością nie wszystko będzie pełnym, ładnym językiem.

W klatce słów

Co najbardziej zaśmieca polszczyznę?
Mówi się, że wulgaryzmy, ale moim zdaniem zaśmieca ją wprowadzanie elementów burzących strukturę języka, które albo zasłaniają wyrażaną za pomocą tego języka myśl, albo w ogóle nie pozwalają na jej wyrażenie.

Każdy mówi właściwym sobie językiem, ponieważ ten język adekwatnie opisuje jego rzeczywistość. Jeśli przy okazji psuje polszczyznę, zaśmieca ją, to widocznie dlatego, że taki język jest mu bardziej przydatny.
Ma pan prawo używać takiego języka, jakiego pan chce. Polonista to nie policjant, on nie tyle walczy z czymś, ile strzeże tego, co poprawne, pełne. Jeśli pan chce w sposób pełny wyrażać swoje myśli, doznania, a także w sposób pełny poznawać świat, ma pan do tego język. I ktoś musi czuwać nad tym, co jest sferą centralną tego języka. Nie po to, żeby wykosić zachwaszczone obszary czy piętnować. Chodzi o to, żebyśmy wszyscy razem mieli świadomość, jak mamy mówić, do jakich wzorów mamy się odnosić. Dawniej sytuacja był prostsza: dla chłopa wzorem był język, którym mówili starzy, dla szlachcica wzorcowy był język seniora rodu, określone wzory kształtowały dwory magnackie. Dzisiaj sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, dlatego że nie mamy takich punktów odniesienia.

Czytaj także: Jakiej polszczyzny używamy w mediach społecznościowych?

Każdy mówi, jak chce.
I bardzo dobrze, to nasza sfera wolności. Ale jednocześnie ktoś musi być tym starcem, tym seniorem rodu. Ktoś, kto wie, gdzie jest sfera sacrum, czystości językowej, po to, żeby się do niej odnosić. I to dotyczy języka każdej dziedziny, fizyki cząstek elementarnych też. Pamiętam, że kiedyś wytłumaczyłem synowi zadanie z fizyki, a potem on dostał pałę, bo ja mu je wytłumaczyłem jak polonista, a nie jak fizyk.

Czy jakość naszej polszczyzny bardzo wpływa na jakość naszego życia?
Na jakość życia, poznania, komunikacji z innymi. Oczywiście porozumiewamy się nie tylko poprzez słowa, ale także spojrzenia, mimikę, gesty, nawet takie jak gest Kozakiewicza. Małe dziecko często nie rozumie sensu słów, a jednak odbiera, co bliscy do niego mówią.

Niekiedy porozumienie bez słów bywa nawet głębsze, pełniejsze. Z drugiej strony słowa często rodzą nieporozumienia, kłótnie o ich znaczenie, sens. Język staje się źródłem konfliktów.
To prawda, że kłótnie o słowa dotykają rdzenia naszych kontaktów. Jest takie stare porzekadło: „jak chcę coś powiedzieć, zawsze mówię więcej i mniej, niżbym chciał”. Więcej, bo będę inaczej zrozumiany, a mniej, bo nie jestem w stanie wszystkiego, co myślę i czuję, ubrać w słowa. Jesteśmy zamknięci w klatce słów. Nie wszystko da się wypowiedzieć, nazwać. Rozmawiamy w Zakopanem, za oknem majaczą szczyty Tatr. Możemy wejść na jeden z nich i odczuć zachwyt na widok rozciągającej się panoramy, ale tego nie da się nazwać, można to tylko opisać. Z drugiej strony, porozumiewamy się za pomocą języka i jego ubóstwo powoduje, że zatrzaskujemy się w samotności, w niemożności wyjścia poza siebie. Gdy potrafię nazwać swoje stany emocjonalne, mogę je zrozumieć i próbować odnaleźć ścieżki w tym buszu emocji. Potrafię także zrozumieć drugiego człowieka, jego stany. To powoduje, że przestaję być samotny.

Człowiek redukujący swój język działa przeciwko sobie. W przypadku języka prostota nie jest szlachetna, nie oznacza doskonałości?
W istocie prostota zawsze jest lepsza niż rzeczy skomplikowane. Jeśli zaczyna się chodzić krętymi, pogmatwanymi ścieżkami, rzeczywistość staje się mniej jednoznaczna. Dochodzi do tego, że chaos rzeczywistości staje się naszym własnym wewnętrznym chaosem. Z tym że ta szlachetna prostota języka oznacza, ni mniej, ni więcej, tylko nazywanie rzeczy po imieniu. I nie ma to żadnego związku z posiadanym zasobem słów. Prosty język pomaga nam lepiej dotrzeć do różnych sfer, które chcemy nazwać, wyrazić. Natomiast język prostacki zamyka przed nami te sfery.

Słowa się gubią

Badania naukowe dowodzą, że wielu Polaków nie rozumie tego, co się do nich mówi, np. w telewizyjnych programach informacyjnych czy publicystycznych.
Z niedawnych badań wśród poborowych w wieku 18–19 lat wynika, że 80 proc. z nich nie rozumie prostego, publicystycznego tekstu, czyli np. tego, co jest napisane w „Polityce”. To pokazuje dramatyzm sytuacji. Z tym że w większości rozwiniętych krajów świata ok. 10 proc. społeczeństwa to analfabeci, najczęściej wtórni. Z całej reszty mniej więcej 10–15 proc. rozumie, co się do nich mówi i pisze w mediach i potrafi się na ten temat wysłowić.

Rozumiem, że zasób słów tych 80 proc. poborowych jest mniejszy niż pięć, a może nawet i dwa tysiące. Ale przecież ci poborowi ukończyli szkołę podstawową, w której kilka tysięcy słów jednak obiło im się o uszy, a wiele z nich sobie pewnie przyswoili. I co, zgubili je potem?
No tak. Jeśli jakichś słów w ogóle się nie używa, to one nam wypadają. Gubią nam się reguły gramatyczne. Żeby to odwrócić, odrobić straty, trzeba by się znaleźć w sytuacji przymusu.

Większość dorosłych nie jest w sytuacji przymusu.
Oni często są w sytuacji wyparcia języka codziennego na rzecz języka profesjonalnego, używanego w pracy. Posługujemy się nim każdego dnia przez wiele godzin, potem przychodzimy do domu. I jeśli jest to dom, w którym się nie rozmawia, nie używa języka, nie ma wymiany myśli, tylko jest cisza lub włączony telewizor, to automatycznie nasza sfera językowa zamyka się, ubożeje.

W efekcie potrafimy umiejętnie komunikować się w pracy, a w domu z własną żoną i dziećmi nie umiemy mówić o rzeczach tak ważnych jak emocje, uczucia.
Nie potrafimy ani nazwać własnych emocji, ani słuchać o emocjach innych. Nie bardzo wiemy nawet, jak o to zapytać. Zakleszczamy się w przestrzeni absolutnej samotności.

Można się z niej jakoś wydobyć?
Jednym ze sposobów jest kontakt z literaturą. Trzeba czytać, bo od czytania wszystko się zaczyna. Czytanie automatycznie poszerza sferę językową, a przy okazji sferę emocji, doświadczenia. Lektura powoduje wzrost wewnętrzny, ożywia człowieka. Z badań prowadzonych nad dziećmi ułomnymi wynika, że te, które nie widzą, są zwykle mniej rozwinięte intelektualnie od tych, które nie słyszą. Powodem jest to, że dzieci niewidome nie są w stanie czytać. A czytanie, wzrokowy kontakt z językiem, rozwija, stymuluje nasz mózg. Wartość mojego kontaktu z literaturą polega też na tym, że obcuję z emocjami, z czyimś światem przeżyć i w efekcie zaczynam widzieć własne problemy niczym podczas seansu psychoterapeutycznego. Tego rodzaju kontakt pozwala na przekroczenie siebie, spojrzenie z dystansu. Właśnie takich przeżyć od początku człowieczeństwa dostarczały mity, rytuały, obrzędy. Dzięki takiemu wyjściu z sytuacji, w której się znajduje, dzięki takiemu dystansowi, człowiek potrafi samego siebie zrozumieć.

Tajemnica za słowami

Co się dzieje z ludźmi, którzy nie są w stanie zrozumieć nawet nieskomplikowanych przekazów medialnych? Biorąc pod uwagę liczby, mamy do czynienia z poważnym zjawiskiem społecznym.
Moim zdaniem, ono ma charakter ponadczasowy. Platon uważał, że demokracja to system zdeformowany, bo oznacza rządy głupców, jako że głupcy stanowią w każdym społeczeństwie większość, a demokracja to rządy większości. Ta jego koncepcja nie wzięła się z powietrza, ale z obserwacji prawidłowości życia społecznego. Te prawidłowości funkcjonują do dzisiaj. Człowiek, który nie rozumie przekazów sytuujących się poza nim, znajduje się w specyficznym położeniu. Albo czuje, że obcuje ze sferą dla niego tajemną, takim fascinosum tremendum...

Myśli sobie: o, jak mądrze mówią, nic nie rozumiem!
Proszę pomyśleć, w dawnych czasach człowiek szedł ze wsi do świątyni, słuchał nabożeństwa po łacinie, kazania po niemiecku, nie rozumiał ani słowa. Ale obcował z pewną tajemnicą i to go poruszało. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że ten, kto nie rozumie tego, co mówią w telewizji, przeżywa takie fascinosum...

Np. słuchając exposé premiera...
Tak, bo owo fascinosum wymaga jednak pewnego teatru, misterium, którego dziś nie ma.

Tylko że to fascinosum nie zastępuje rozumienia.
Ale oznacza przeżywanie tajemnicy. Z tym że to jest sytuacja wymagająca pokory. Dawniej człowiek, który stawał w obliczu czegoś, czego nie rozumiał, odczuwał pokorę dziecka: nie rozumiem, ale może kiedyś dojrzeję do tego. Taka postawa sprzyjała rozwojowi. I to jest jedna sytuacja człowieka, który czegoś nie rozumie. Druga, zupełnie inna, polega na tym, że człowiek, który nie ma w sobie pokory, wybiera z przekazów jedynie to, co do niego przemawia, bo jest zrozumiałe. Resztę ignoruje, uważa za bełkot i odrzuca. Przyjmuje tylko to, co do niego dociera, a ponieważ najłatwiej dociera do niego populizm, no to wracamy do Platona.

Rysuje się tu obraz wielkiej szkody spowodowanej faktem, że część Polaków jednak dość słabo rozumie po polsku.
Ja bym nad tym nie załamywał rąk, społeczeństwo jest, jakie jest. Ważne, żeby to społeczeństwo miało świadomość, że w każdej dziedzinie życia, także w dziedzinie języka, istnieją elity reprezentujące rzeczywistość, do której warto aspirować, ku której warto zmierzać. Wie pan, jednym z moich ulubionych myślicieli jest Michał Heller, filozof przyrody, fizyk, kosmolog i astronom. Ale kiedy go czytam, nie jestem w stanie wszystkiego zrozumieć, bo nie jestem ani fizykiem, ani kosmologiem, tylko prostym polonistą. Odbieram zaledwie fragment i mam świadomość, że prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem reszty w sposób pełny. Ale obcowanie z tajemnicą jest dla człowieka czymś niesłychanie budującym i ważnym. Z kolei uproszczenie języka, zredukowanie przekazu, którego dopuszczają się niektóre media, grozi martwotą. I tu wracamy do pańskiego pytania: Po co komu właściwie ten polonista? Właśnie po to, żebyśmy nie obciosali samych siebie z własnego człowieczeństwa.

Bo zostanie nagi kołek.
Właśnie. Rzeczywistość nie jest prostacka. Ale jeśli nasz język stanie się prostacki, prostackie i skarlałe stanie się nasze człowieczeństwo.

rozmawiał Sławomir Mizerski

Dr hab. Grzegorz Leszczyński jest krytykiem i historykiem literatury, adiunktem w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, autorem m.in. „Literatury i książki dziecięcej. Słowo, obiegi, konteksty”, leksykonu „Elementarz literacki”, antologii „Po schodach wierszy”, „Słownika literatury dziecięcej i młodzieżowej” (redakcja naukowa). Współpracował przy układaniu listy lektur kolekcji „Polityki” i Fundacji ABCXXI „Cała Polska czyta dzieciom”.

Reklama

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama