Klasyki Polityki

Pogubione słowa

Jak ocalić znikające słowa?

Słowa, których nikt nie wypowiada, znikają z obiegu komunikacyjnego. Słowa, których nikt nie wypowiada, znikają z obiegu komunikacyjnego. Mirosław Gryń / Polityka
Coraz trudniej dziś mówić z sensem, skoro słowa tak szybko tracą wartość i gubią swoje pierwotne znaczenie. Umierają. Sporządziliśmy inwentarz tych najbardziej pogubionych pojęć.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w grudniu 2014 r.

Słowa, których nikt nie wypowiada, znikają z obiegu komunikacyjnego. Wraz z nimi zamiera lub zanika myśl sprowadzona do zasuszonej postaci przetrwalnika” – napisał prof. Karol Modzelewski, historyk, w swej autobiografii „Zajeździmy kobyłę historii”. Refleksję tę przyjęliśmy za motto inwentaryzacji współczesnej polszczyzny, do czego zaprosiliśmy prof. Iwonę Jakubowską-Branicką – socjolingwistkę, prof. Idę Kurcz – psycholingwistkę, dr hab. Katarzynę Kłosińską – językoznawczynię, prof. Wojciecha Łukowskiego – socjologa, oraz rzecz jasna autora motta – prof. Modzelewskiego (każda z tych osób obserwuje język i jego przemiany z punktu widzenia innej dyscypliny).

Człowiek pomyśli tylko tyle, ile umie pomyśleć – powiada prof. Jakubowska-Branicka. Słowa, „którymi myślimy”, nazywają i interpretują rzeczywistość, lecz także ją kształtują. Szczególne znaczenie mają tu pojęcia abstrakcyjne, czyli wszystko to, co nie odnosi się do zmysłowego – dotykalnego, widzialnego i słyszalnego – świata. I właśnie tym głównie tropem – pogubionych pojęć – pójdźmy, szukając przyczyn i skutków ich znikania z mowy, pisma i myślenia. A także obserwując słowa, które wchodzą w ich miejsce.

Muzealne

W niedawno wydanej książce „Zapomniane słowa” Magdalena Budzińska zgromadziła eseje kilkudziesięciu osób pióra, z których wielu na rzucone przez autorkę tytułowe hasło z sentymentem przywołuje rozmaite archaizmy w rodzaju kalkomanii czy kukuruźnika. Sprawa wydaje się jasna: znika desygnat z rzeczywistości – oznaczające go słowo nabiera wartości muzealnej. Podobnie rzecz ma się z wieloma pojęciami.

Karol Modzelewski uważa, że słowo solidarność jest już dziś tylko rocznicowym bibelotem (pomysł, by tak właśnie nazwać w 1980 r. związek zawodowy i wielki ruch społeczny, był autorstwa Modzelewskiego). Jeszcze bardziej zarchaizował się synonim – braterstwo. I niewiele pomogła jego bardzo długa obecność w historii. Barbarzyńskie plemiona Europy więź etniczną postrzegały właśnie jako związek pokrewieństwa. To fikcja o wielkiej doniosłości, przekonuje prof. Modzelewski, albowiem psychicznie spajała wspólnotę polityczną. W XVII-wiecznej Polsce równość (inna sprawa – prawdziwa czy fikcyjna) w obrębie stanu szlacheckiego wyrażała się kolokwializmem „panowie bracia”.

Rewolucja francuska wyniosła braterstwo wraz z równością i wolnością na sztandary, a hasło to stało się podwaliną demokracji liberalnej. Do bezprzykładnego zbratania inteligencji z robotnikami w masowym ruchu doszło w Polsce w latach 1980–81. Śmierć braterstwa prof. Modzelewski datuje na moment, w którym zbiegły się: kryzys zachodniego państwa opiekuńczego, upadek komunizmu i zwrot Zachodu w kierunku neokonserwatyzmu i neoliberalizmu: – Uznano, że braterstwo jest nie do pogodzenia z duchem konkurencji, podobnie jak to, że wolność nie może współistnieć z równością.

W „Zapomnianych słowach” prof. Magdalena Środa wśród muzealiów umieszcza zaś cnotę – w arystotelesowskim, a nie anatomiczno-potocznym rozumieniu. Czyli trwałą dyspozycję, którą trenuje się poprzez unikanie skrajności. Cnotliwy to ten, kto jest odważny, co znaczy ani tchórzliwy, ani też zuchwały. Prawdomówny to ten, kto nie kłamie, ale też potrafi dochować dyskrecji. Katalogi cnót tworzono jeszcze w XIX w. (np. pokora, pracowitość, schludność, szczerość). „Było to ważne pojęcie, konkurencyjne wobec nakazów, zakazów, praw i obowiązków moralnych – pisze Magdalena Środa. – Filozofowie próbują ją niekiedy wskrzesić. Na próżno. Cnota umarła”.

Niepraktyczne

Być może cnotę należałoby zaliczyć już do kolejnej kategorii – słów wymarłych z powodu niepraktyczności czy nowocześniej – niefunkcjonalności. Umiarkowanie i „złoty środek” kiepsko mają się do czasów, w których królem jest skuteczność. Katarzyna Kłosińska powiada, że teraz tego pojęcia używa się obsesyjnie, często jako językowej przyprawy nawet kompletnie bez sensu, np. w reklamie: Skutecznie usuwa plamy (jakby możliwe było nieskuteczne usuwanie plam).

Skuteczność sprawiła, że autorytet padł pod naporem eksperta i idola i rozpanoszył się projekt, już nie tylko jako zamiar czy zarys, ale nieomal określenie na każde przedsięwzięcie, włącznie z pracą domową.

Czy pisząc rekomendację stażyście (co ma mu pomóc w „budowaniu kariery”), warto charakteryzować go zaletami lub przymiotami? Niknie nie tylko słowo przymiot, ale i to, co się pod nim rozumie. Pewnie istnieją wciąż osoby, które można by nazwać słowem zacny, ale wyjaśniać dziś znaczenie tego pojęcia to tłumaczyć nieznane nieznanym. Bo trzeba by użyć równie „niefunkcjonalnych” terminów w rodzaju szlachetne serce czy prawość (lepiej już komplementować kogoś kompetencjami miękkimi, wysokim miejscem na skali inteligencji społecznej, empatią). Toteż słowniki języka polskiego klasyfikują (i dyskwalifikują) zacność jako słowo archaiczne i podniosłe.

Język nasiąkł duchem pragmatyzmu. Wojciech Łukowski powiada, że młode pokolenie myśli w kategoriach celów i projektów. Już nie ma tęsknot czy nadziei. Jeśli nawet zdarza się użyć słowa marzenia, to w rozumieniu: zadania. Gdy marzeniem są podróże, to jako osiąganie kolejnych punktów na mapie, takie po prostu dalej, dalej, dalej. Miłość też umiera, skoro ma być „budowaniem relacji”.

Nieeuropejskie

Prof. Ida Kurcz zauważa, że języki nigdy nie zmieniały się w takim tempie jak dzisiaj. Zawsze słychać było różnice pokoleniowe, ale ona sama – rocznik 1930 – mówi zupełnie inną polszczyzną niż w młodości. Zapożyczenia i kalki językowe płyną powodzią z angielszczyzny (co ciekawe, właśnie angielszczyzna jest największą pożyczalską – statystycznie zawiera najwięcej słów obcego pochodzenia!). Za sprawą rozwoju technologicznego i globalizacji zaczęliśmy linkować, kompaktować, lajkować, hejtować (świeżo zasłyszane: „W ciąży złapałam strasznego hejta na słodkie”). Zrazu żartobliwie, „młodzieżowo”. Ale słowa te wydają się po prostu ekonomiczniejsze niż czynić dygresje, streszczać, wyrażać aprobatę, solidaryzować się, agresywnie manifestować dysgust.

Katarzyna Kłosińska zwraca uwagę na zjawisko właściwe nie tylko polszczyźnie: brukselizację języka. Rzecz w angielskim, jakim posługuje się unijna biurokracja, zwanym żartobliwie jungliszem (od ang. euenglish). Ma być nieambarasujący dla nikogo, kto nie jest poliglotą. Ale odbiera językom bogactwo. Za sprawą snobizmów i mód językowych roznosi się na mowę polityki, reklamy, mediów, a w końcu i tę potoczną.

Obecnie np. wszystko jest transparentne. Transparentny przetarg – dawniej jawny. Zamiary – przejrzyste. Decyzja jasna. Farba bezbarwna. Tkanina prześwitująca. Szyba przezroczysta. Dawniej dedykowało się komuś książkę. Dziś linie lotnicze dedykują przejścia lepszym pasażerom, banki – zindywidualizowane rachunki lepszym klientom, a sklepy – sprzedawców nabywcom określonej marki (np. sprzętu AGD). Agenda zastąpiła terminarz, mapa drogowa – plan zamierzeń.

Za mizerne

Wypieranie z języka niuansów i subtelności odbywa się też za sprawą jego tabloidyzacji, które to pojęcie – ekonomicznie, poręcznie i modnie – oddaje (nie tylko językowy) prymitywizm i prostactwo, dosadność, emocjonalne nie tyle naładowanie, ile przeładowanie. Afera jest dosadniejsza niż wykroczenie, podłość niż niegodziwość, hańba niż wstyd, fałszerstwo niż zafałszowanie.

Urszula Kozioł w „Zapomnianych słowach” zauważa: „Gamonia i fajtłapę wypiera dupek i – excuses le mot – ch…! Zamiast impertynent większość mówi cham”. Chciałoby się dodać: porażający cham, by użyć modnej przydawki.

Skompromitowane

Język polityki jest kopalnią pogubionych słów. W różnym znaczeniu słowa pogubiony. Zacznijmy od tych wypartych celowo i zrazu z ulgą. Piotr Żuk, socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, w książce „Podziały klasowe i nierówności społeczne – refleksje po dwóch dekadach realnego kapitalizmu w Polsce”, pisze o początku lat 90.: „Nie tylko w mediach czy debatach, ale w słowniku nauk społecznych unikano sformułowań, które zbyt mocno kojarzyły się z okresem realnego socjalizmu. Na cenzurowanym znalazły się podziały klasowe, nierówności społeczne. Inne terminy, które sprawiały wrażenie pustych pojęć, to klasa robotnicza, kapitał, konflikt klasowy, walka klas. Klasę robotniczą – głównego bohatera realnego socjalizmu – w realnym kapitalizmie zastąpiła bohaterska klasa średnia”. Wyzysk i ucisk musiały ustąpić miejsca elastycznym formom zatrudnienia.

Karol Modzelewski zgadza się, że dziś lewica w Polsce ma ucięty język i niewykluczone, że to właśnie przyczyna jej postępującej politycznej słabości. Nazwać kogoś socjalistą, a zwłaszcza narodowym socjalistą (a był nim np. jego przyjaciel Tadeusz Mazowiecki), to otrzeć się nieomal o obelgę.

Nawet nad pojęciem sztandarem społeczeństwo obywatelskie ciąży klątwa złego urodzenia. Paweł Załęski na łamach „Zeszytów Prasoznawczych” analizował przed kilku laty, kto pierwszy i po co zaczął go używać. Partia. Dokładniej – X Plenum KC PZPR w 1989 r. Dodano go do frazesu o socjalistycznej demokracji. „Analiza prasy tego okresu przeczy zdroworozsądkowej opinii o opozycyjnym rodowodzie koncepcji społeczeństwa obywatelskiego” – pisze Załęski, przedstawiając wyniki swej kwerendy w gazetach z pierwszej połowy 1989 r. Znalazł je 14 razy w „Trybunie Ludu”, 12 razy w „Rzeczpospolitej”, raz w „Tygodniku Mazowsze” i raz w „Tygodniku Powszechnym”.

Jeśli jakąś społeczną odmianę ma przynieść obecne ożywienie tzw. ruchów miejskich, to nie bez znalezienia nowego języka. Bo na razie ma wybór między tym genetycznie obciążonym (społecznik, aktywista, organizacja społeczna, czyn społeczny, pluralizm organizacyjny) a zapożyczonym i skalkowanym, którym myśleć jeszcze trudniej (NGO, wolontariat, partycypacja itd., plus cała ta obudowa projektowo-zadaniowa).

Białe karły

Śmierć słów przypomina śmierć gwiazd średniej wielkości. Zanim zapadną się jako czarne dziury, stają się białymi karłami – wypalonymi, bez energii. Mamy tych białych karłów sporo, niektóre nawet w konstytucji. Czy jeszcze nimi myślimy? Na przykład kategorią dobro wspólne (art. 1), ideały sprawiedliwości społecznej (art. 2), społeczna gospodarka rynkowa (art. 20). Owszem, w internecie na jednym z forów można wciąż znaleźć dyskusję wywołaną hasłem sprawiedliwość społeczna, ale niewarta ona cytowania, bo w całości jest wymianą hejtów. W przewadze są ci, którzy uważają to pojęcie za całkowitą bzdurę. Nawet nie za utopię, nie ideał, nie wartość, ale językowy i pojęciowy rupieć. Nikt nie jest chętny do uzgodnienia znaczenia – każdy wie swoje. Przypomnijmy – art. 2 Konstytucji RP!

Białych karłów kręci się po makrokosmosie polszczyzny sporo. Nim ustalono ich znaczenie, jedni ich nadużyli, więc drudzy bezlitośnie wyszydzili. Tak jest np. z poprawnością polityczną, o której już nawet na jednej ze stron LGBT można przeczytać, że teraz to termin używany raczej przez środowiska prawicowe – oczywiście ironicznie. Szyderstwo wyparło ze słownika etos i elitę. Tak jest teraz ze społeczną odpowiedzialnością biznesu, kojarzoną głównie z zabiegami marketingowymi w celu „poprawy wizerunku marki”. (Nawiasem mówiąc, wizerunek marki wyparł biznesową rzetelność). Trzymając się gwiezdnej metaforyki, można powiedzieć, że terminom tym nawet nie był dany poprzedzający skarlenie etap czerwonego olbrzyma.

Czerwone olbrzymy

Olbrzymy pozornie kipią energią, są w stanie chronicznej eksplozji. Weźmy tylko trzy: demokracja, wolność, prawa człowieka. Iwona Jakubowska-Branicka jest przerażona tym, co się z nimi dzieje, nie tylko w polszczyźnie, generalnie – w upowszechniającym się w świecie zachodnim języku myślenia. W krajach, które deklarują się jako liberalne demokracje.

Powiedzieć demokracja, tłumaczy socjolingwistka, to jeszcze nic nie powiedzieć. Demokracji na świecie były tysiące, włącznie z np. tą w Sparcie – prostą tyranią większości, gdzie prawa jednostki sprowadzono do zera. Demokracja proceduralna, pojmowana jako technika wyłaniania władz, może obowiązywać w skrajnie niedemokratycznie urządzonym państwie, jak np. współczesny Iran. Demokracja liberalna polega na balansie między władzą większości a wolnościami jednostki, skatalogowanymi w Europie w 1950 r.

Liberalna demokracja nie jest ani wymysłem obyczajowych libertynów, ani gospodarczych liberałów (neoliberałów) – jest umową wynikającą z powojennej traumy. Umówiono się na takie zasady urządzenia państw, by żadna większość nie puściła z dymem żadnej mniejszości, tłumaczy dobitnie prof. Jakubowska-Branicka. Żeby żadne prawo już nie pozwalało zabić człowieka z powodu rasy, narodowości, religii, płci.

Dziś, powiada, o demokracji coraz częściej Europejczycy myślą w kategoriach proceduralnych – stanowionym prawem ma być wola większości. O wolności jednostki, zwłaszcza wolności słowa – myśli się jako o niczym nieskrępowanym prawie do wyrażania swoich przekonań i sądów. Niczym, nawet zapisami kodeksów karnych. A prawa człowieka kojarzą się z Trybunałem w Strasburgu, pojmowanym jako jakaś zapasowa instancja wymiaru sprawiedliwości.

To pogubienie sensu pojęć dotyczy rozwrzeszczanego, pełnego skrajności internetu, w którym ktoś taki jak Anders Breivik może pławić się w rasowej i etnicznej nienawiści. Niestety, zdaniem Iwony Jakubowskiej-Branickiej, dotyczy także sądownictwa w wielu krajach europejskich, co przejawia się w wyrokach, które nie piętnują ani wieszania krzyży w miejscach publicznych, ani wieszania genitaliów na krzyżu, ani publikowania obraźliwych karykatur Mahometa, ani używania swastyki jako – podobno – znaku szczęścia. Prof. Jakubowska-Branicka twierdzi, że zasada „nie naruszaj mojego tabu, ja nie będę naruszał twego” – kwintesencja liberalnej demokracji, wypala się, karleje. Zaprzepaszczamy ją również językiem.

Zawłaszczone/przekodowane

Zdarza się coraz częściej, że obawiamy się własnych słów. Nie dlatego, by ktoś nas za nie represjonował, ale dlatego, że zostaniemy źle zrozumiani albo – nie daj Boże – zrobimy komuś krzywdę niezasłużoną etykietką. Kiedy Wiesław Uchański, wydawca książki Karola Modzelewskiego, chciał niedawno w radiowej Trójce wyrazić uznanie dla autora, zastrzegł się, że trochę się boi, ale wypowie to słowo: patriota.

Zdaniem Iwony Jakubowskiej-Branickiej podobną krzywdę wyrządzono słowu tolerancja, gdy religijni ortodoksi przedefiniowali je i utożsamili z brakiem jakichkolwiek rygorów moralnych.

Ten gwałt na słowach odbywa się wtedy, kiedy zawłaszcza je jedna opcja ideowa. Od lat dotyczy to terminu wartościi nieomal całej jego zawartości, począwszy od pojęć o największym ładunku: prawda, życie, godność. To naturalne, że każdy człowiek, który uważa to wszystko za dobro (a pewnie większość, niezależnie od światopoglądu i przekonań religijnych, tak uważa), trochę inaczej przekłada je na swój wewnętrzny język, rozpisuje – by tak rzec – na konkrety. Ale problem tkwi w języku używanym publicznie. Wielu polityków tak zwane skuteczne uprawianie polityki pojmuje jako językową żonglerkę „wartościami”; dziś w Polsce przoduje w niej narodowa prawica, ale wcale nie ma na nią wyłączności. Niszczą język, instrumentalizując swoje „święte” wartości: dla „najświętszych” gotowi są poświęcić „podrzędne”. A nawet „najświętsze”, np. kłamiąc w imię prawdy. Na cóż tu komuś jakiś uniwersalny autorytet moralny? Oto kolejna przyczyna, dla której słowo autorytet zanika.

Zanim zamilkniemy

Wzorem autorki „Zapomnianych słów” zostawiamy ostatni rozdział, nie zapisując go słowami, lecz zachęcając czytelników, by po swojemu zinwentaryzować język – i ten własny, i publiczny. Albo – dla zabawy umysłowej – wyobrazić sobie, „czym odezwałoby się” przy wigilijnej okazji domowe zwierzę, zważywszy, że ludzki język mogło zapożyczyć od domowników, ewentualnie z telewizora i internetu.

Nasz przegląd pogubionych słów – siłą rzeczy niekompletny – skupił się na negatywnych stronach języka. Pewnie można też zgromadzić dowody, że polszczyzna wciąż się wzbogaca, a „przyrost naturalny słów”, określających wciąż nowe przedmioty (np. wszystkie iPady, smartfony, DVD, Wi-Fi), równoważy ich ubytek.

Problem z pojęciami abstrakcyjnymi jest jednak szczególnego rodzaju. Jeśli wyprzemy z użytku słowo sprawiedliwość, choćby jako niedościgły ideał, zamkniemy oczy na niesprawiedliwość. Jeśli umrze pojęcie wyzysk, w głowach zostanie już tylko czysty zysk.

Jak piszą George Lakoff i Mark Johnson w książce „Metafory w naszym życiu”, dla większości ludzi metafora to domena poetów, ozdoba retoryczna. Tymczasem pojęcia mają właśnie charakter metafor. Używamy ich bezustannie tak, jakby to były rzeczy, które można dotknąć, zobaczyć, usłyszeć. Co więcej, metafory codziennego użytku układają się w systemy. Pewnie mało kto zauważa, jak w język wgryzła się np. metafora „spór polityczny to wojna”. Mówimy wszak: nie obronił stanowiska. Zaatakował słabe punkty. Krytyka trafiła w cel. Zburzył argumentację. Opracował strategię. Zbił argumenty. Wygrał, pokonał, rozgromił.

To jeden z tysięcy przykładów, jak język panuje nad rzeczywistością i materializuje się w niej – niewidzialnie, czasem podstępnie, czasem subtelnie. Ale jest on warunkiem istnienia społeczeństwa, ponieważ to narzędzie, którym się komunikujemy. Bez wspólnego języka, bez słów, które ludzie nie tylko rozumieją, ale rozumieją tak samo, społeczeństwo milknie. Gubi się. Przestaje istnieć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną