Klasyki Polityki

Gęby

Abecadło naturszczyka: Nie pić na planie i być sobą

Jurek Retmaniak – specjalność: uśmiech naturalistyczny Jurek Retmaniak – specjalność: uśmiech naturalistyczny Anna Musiałówna / Polityka
Mają nie lecieć Hamletem, tylko być sobą. Więc w filmach, jak w życiu – grają meneli, prostytutki, cieciów. Lecieć Hamletem to mogą celebryci. Do naturszczyków należy zacieranie różnicy między fikcją a rzeczywistością.
Staszek Śnieżko – specjalność: wariatAnna Musiałówna/Polityka Staszek Śnieżko – specjalność: wariat

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w listopadzie 2008 r.

Zamówienia: „Robimy film o Piłsudskim, potrzebny facet bez nóg i żeby kikuty były tak chude, jak nogi aktora, bo się nie zmontuje”; „Dziewczyna brzydsza od jeża”; „Babka z cycem, najlepiej emerytowana prostytutka”; „Sołdat z ruskim ryjem”; „Rumunki cztery plus dzieci”. Zdzisiu Rychter tylko pyta reżysera: Ma być mały Fellini czy duży? Dostarczy każdego.

U Zdzisia nie ma castingów. Poluje wedle zamówienia, w Monarze albo w burdelu. Idzie, mówi co, gdzie, za ile, że z ręki do ręki. Załatwił kieszonkowców dla Dejczera, morduńki do „Długu” Krauzego, dla Lindy ludzi z byłego gangu pruszkowskiego do „Sezonu na leszcza”; do „Sztosu” Lubaszenki kogoś, kto „siedziałby na kiblu, czytał »Anię z Zielonego Wzgórza« i żeby było wiadomo, że jest mordercą”. Do „E=mc2”, też Lubaszenki, Henia Walczaka ze Szmulek i Janka z Żerania, zwanego Hrabią, którzy po wypiciu alpagi mieli popatrzeć przez opróżnioną butelkę i tylko jęknąć na znak, że dno butelki jest dla nich końcem świata.

Zdzisio załatwi nawet kota. Więc z kotem to było tak: kręcą serial „Siedem życzeń”, jest potrzebny kot do głównej roli, w dodatku mówionej. Zatrudnił persa pewnej pani. Głos podłożą, rola kota to ruszać pyszczkiem. A ponieważ ruszał niechętnie, dawali kotu różne specyfiki, żeby mu pyszczek wykręcało. Efekt uzyskano, ale kot rolę przypłacił życiem.

First ryj drugiego planu

Zdzisio Rychter to prezes albo first ryj Stowarzyszenia Niekonwencjonalnych Postaci Filmowych Gęba. Swoim aktorom stawia dwa warunki. Pierwszy to nie charakteryzować się wewnętrznie, czyli nie pić na planie. Drugi: niezahamlecać roli, żadne ą, ę, tylko być sobą, menelem, złodziejem lub dziwką.

Rok 1976. „Przepraszam, czy tu biją”, reż. Marek Piwowski. Gangster Bellus planuje skok na Dom Towarowy Sezam. Precyzyjnie dobiera grupę.

To Zdziś Rychter był Bellusem. W swoją gębę zaopatrzył już 200 polskich filmów, istny król drugiego planu. Był taksówkarzem w „M jak miłość”, sołdatem w „Bożej podszewce”, robotnikiem z młotem pneumatycznym w „Dniu Świra”, komendantem wojewódzkim MO w „Rozmowach kontrolowanych”, pacjentem Pasikonika w „Sztuce kochania”, budował blok przy „Alternatywy 4”.

Gdyby przejrzeć wstecz biografię Zdzisia, wychodzi z niej luźny stosunek do życia, stąd posiadł oblicze charakterystyczne. Jako że był dzieckiem warszawskiej Pragi, wyklarowała się u Zdzisia awersja do szkoły, a z powodu rozwodu rodziców Zdziś poszedł drogą filmowego Kamila Kuranta, gdzie również grał. Więc – w życiu – szwendał się po brudnych podwórkach, apelując o miłość kogokolwiek. Potem dorósł i powielił „Balladę o Januszku”: knajpy, złodzieje, kozaki praskie, kop, piącha, można powiedzieć: pierwsze popisowe etiudy. Szkoły Zdziś nie skończył, dzięki czemu posiadł wiele zawodów: betonował na akord Dworzec Centralny, był maszynistą sceny w Teatrze Ludowym, robił burze na wiatrownicy w Teatrze Lalkowym, a w stolarni przy ul. Chełmskiej budował wnętrze jachtu do „Smugi cienia” Wajdy. Potem przeszedł na kamieniarstwo i z Himilsbachem szlifował granit na Powązkach. Byli z nich królowie życia, gdyż szacun mieli u rodzin zmarłych, jaki ma chirurg przed operacją. Aż po kolejnym tournée w temacie: meta, seta, galareta, Janek umarł Zdzisiowi na rękach.

W tym czasie z powodu tzw. warunków Zdzicho zaczął pracować w kulturze, obstawiając następujące role: Oprych I, Menel II i tak dalej. Potem kazali mu przyprowadzić na plan kolegów, więc założył segregator ze zdjęciami i ruszył z nowym biznesem. Trzeba wieśniaków, to załatwi wieśniaka. Potrzebny wieśniak kudłaty, Zdzisio otwiera segregator i dzwoni poinformować swojego aktora, żeby się zapuścił, bo będą kręcić, dla przykładu „Kryminalnych”, po czym grzecznie odpowiada na pytanie: A jaka będzie z tego kasiora?

Tym różnią się jego ludzie, z drugiego planu, od celebrytów. Są konkretni, bo wchodzą w interes. Weźmy „Na dobre i na złe”. Filmowcy kilka godzin kręcili ludzi Zdzisia, ciągnących wózek ze złomem, czym ich wnerwili: Kurde, co jest, nie wieta, jak kręcić? To jak bedzieta wiedzieli, przyjdziem.

Bo co tu dublować? Wózek ze złomem ciągnie się zawsze tak samo, normalka.

Konająca starsza pani

Rok 1997. „Sabina”, reż. Kazimierz Tarnas. Umierająca kobieta dostaje zastrzyk, dożylnie, w lewą rękę. Jęczy, konając na oczach córki, Zofii Kucówny, bo to był film o miłości.

To Zofia Ciechomska tak przejmująco umierała przez 20 sekund na wizji, bez jednego słowa. W filmową kulturę weszła, kupując piątkowy „Super Express”, żeby przeczytać, kto, gdzie i kogo zamordował oraz program na weekend. Znalazła ogłoszenie: starsza pani, wzrost wysoki, oczy niebieskie. I wtedy pani Zofii przypomniała się młodość... Miała lat 20, biust trójkę i szła ul. Puławską, a z tyłu czuła wzrok mężczyzny na swojej osobie. W języku szwedzkim zaproponował jej rolę w zagranicznym filmie. Ale zrezygnowała z kariery, będąc zajęta prywatnością z pierwszym mężem.

Wracając do wrażeń z planu. Najpiękniejsza była dla pani Zofii czułość garderobianej, z jaką odnosiła się do jej osoby, jak przebierała ją w te koszule nocne, czesała, co z początku bardzo krępowało Zofię, gdyż nikt tak o nią nie dbał wcześniej ani później. Trzy razy reżyser dublował umieranie, gdyż rola była trudna – udawać konającą, jak się nie zna tego uczucia, bo jest się prawdziwą markietanką, która nie płacze, tylko idzie przez życie. A życie dziś 72-letniej Zofii to dwa rozwody, nudnawa praca ministerialnej urzędniczki, emerytura, masaże rehabilitacyjne na kości, stetryczały mąż, który czyta gazety przez lupę.

Wąchacz, z duszą i z puchy

Sfotografowane oblicze Zofii jest w jednym z segregatorów Zdzisia Rychtera. Ma ich na regale kilkanaście, ułożonych wedle porządku: grubi, krzywe nosy, charczące krtanie, duzi, mali itd. W scenariuszach ludzie z segregatorów grają role anonimowe: Żołnierz 23, Gość weselny 7, Robotnik, Więzień, Łysy, Łach, Denat, Lalunia... Zdzisiu dobiera ich do zamówień także wedle listów przychodzących do Gęby: „Mam oryginalny profil boczny twarzy (lekko zakrzywiony nos i cofniętą szczękę). Mam też przećwiczone odciski dłoni na świeżym betonie. Przeganiano mnie już z niejednego placu budowy. Więc uważam, że jestem w te klocki bezkonkurencyjny. Przesyłam zdjęcie. Było robione rok temu i teraz nie mam tych zajadów w kącikach ust. Rafał”. „Gębo. Dwa razy wystąpiłam w Familiadzie. Wiek 45 lat, waga 138, wzrost 170. Mówią na mnie Kruszynka. Barbara K. z Rudy Śląskiej”. „Wyszedłem z puchy, więc obecnie jestem dyspozycyjny 24 godziny na dobę. Czy da się z tego wyżyć? Henryk z Limanowej”. „Gębo. W mojej piwnicy mieszka Czarek. Ma 18 lat i jest wąchaczem rozpuszczalnika Reno. Nie ukończył szkoły, wyrzucony z domu, kradnie, żeby mieć na towar. Czasem wynoszę mu koc. Gębo, zatrudnijcie go. Traktowany jest jak trędowaty, a przecież też jest człowiekiem. Czesława G. z Grudziądza”. „Nazywam się Zofia N. Urodziłam się 13 maja w piątek. Jestem kucharką w przedszkolu. Mam 45 lat, stertę długów, potrzeb, ale i duszę. Najchętniej oglądam seriale. Czasem tak się utożsamiam z panią Hanią Śleszyńską, że myślę, że to ja”.

Magazynier po imieniu z Szycem

Rok 2007. „Na dobre i na złe”. Lekarze z Leśnej Góry jadą do wypadku. Zawaliły się ruiny, gdzie mieszkają bezdomni, a wśród nich skończony od alkoholu profesor, którego przysypało. Bezdomny I, kumpel profesora, woła: Pomocy!

To Jerzy Retmaniak woła. Żmijewski wchodzi do ruin, a Foremniak się trzęsie, żeby nie szedł, bo może go przywalić, a ona go w tym filmie kocha. Kwestia pana Jurka jest rozbudowana, gdyż pociesza profesora: „Nie będzie tak źle, trzeba mieć nadzieję”.

Jest na wizji ubrany w kufajkę, posypany wapnem, z nosem zrobionym na czerwono. Choć specjalnie charakteryzować pana Jurka nie trzeba, na twarzy ma wypisane, że żył intensywnie, bo nieraz dramaturgia się sypnęła, taka u niego polka. Raz sypnęła się na imieninach, kiedy szyba poszła i spadł na nią, nie otworzywszy spadochronu. Drugi raz sypnęła się, kiedy miał wypadek na motorze. Po 32 dniach na wyciągu taka polka z tego została, że jakby złożyli pana Jurka z części zamiennych – jedna pierś wklęśnięta, kolano na drucie i połamana szczęka. Dodatkowy atut pana Jurka jest taki, że ma lat 70, a papierosy pali od 50. Żaden celebryt z białym uzębieniem z porcelany nie uśmiechnie się tak jak pan Jurek. Więc po przemyśleniu postanowił swojego nie leczyć dla celów filmowych, bo to od takich jak on zależy naturalny bieg wątku, czyli zacieranie różnicy między fikcją a rzeczywistością, żeby – choćby przez taki detal jak uzębienie – widz mógł poczuć, że tej granicy nie ma.

Wracając do sceny z przysypanym profesorem, Żmijewski go ratuje i wiozą wszystkich niby do Leśnej Góry. W filmie piękny szpital, ale na żywo cienizna. Stoi w Sękocinie taki parterowy budyneczek, korytarz, kawałek zakrętu, a reszta to magazyn z ciuchami. Kable, druty, bałagan jak za dawnych czasów u niego w PGR.

Bo pan Jurek został odkryty do talentu na jakiejś imprezie imieninowej w popegeerowskim bloku we wsi Bielany pod Grójcem, gdzie od lat 70. był magazynierem w kombinacie kombinującym przy 250 ha jabłoni. Więc na tych imieninach nabrał wesołości, założył perukę śp. mamy, został zdjęty na fotografii i wciągnięty do katalogu Gęby.

Debiutował w „Tam i z powrotem”: on, Statysta I, rozmawia z babką na stacji, po czym oboje puszczają dmuchawce na łące, on w jedną stronę, ona w przeciwną. Pan Jurek zrutynizował się, gdy zaczęły się seriale, a produkcja filmowa stała się masowa. Grał w serialach meneli, złomiarzy, nielegalnego dystrybutora spirytusu, podpitego krawaciarza i tak dalej, dalej.

W ten sposób pan Jurek, emerytowany magazynier w PGR, został wciągnięty w kulturę i oczarowany gazetą „TeleTydzień”, gdzie na bieżąco człowiek ma sto stron i sobie ustawia tydzień wedle tego, co będzie, a co już było. Wykupili z żoną satelitę w pakiecie i postawili telewizory w dwóch pokojach, żeby nie wchodzić w swoje serialowe wątki i sobie nie przeszkadzać.

I choć z Foremniak wypił herbatę na cateringu, nie popada w gwiazdorstwo, gdyż ma głowę magazyniera, czyli: mógłby pracować u prywaciarzy przy jabłkach, ale zarobi 90 zł za dniówkę, potem musi złotówki wymienić w aptece na leki od bólu krzyża. Przy filmowej dniówce jest 250 zł i krzyż nie boli. Raz tylko połasił się na szybki aplauz. Grał w „Na dobre i na złe”. Scena: są powiatowe zawody bokserskie, a on, Statysta III, robi zakłady, obracając dużymi pieniędzmi. Coś go kusiło, żeby nie oddać filmowych banknotów, bo na oko wyglądają jak prawdziwe. Oddał. Przeliczył w głowie, że to się sumarycznie nie opłaci. Niby w filmie gra łachów, ale w PGR jest kimś, po imieniu z Szycem, jajeczniczkę je z Pszoniakiem, autografy sąsiadom przynosi, z lekarzem recepty załatwia przez telefon.

Aktor na wariata

Rok 2008. „Mniejsze zło”, reż. Janusz Morgenstern. Psychiatryk w Tworkach. Wariat V przewraca oczy do góry i klaszcze z innymi wariatami, choć nie rozumie, o co chodzi. Chodzi o to, że film jest o Solidarności. W telewizji leci, jak Wałęsa słynnym długopisem podpisuje porozumienie sierpniowe, a wariaci w piżamach klaszczą na tle takich jak Pszoniak intelektualistów, ukrywających się w piżamach przed reżimem.

Klaszczącym Wariatem V jest Staś Śnieżko. Rolą Staszka było robić w domu wariatów tzw. koloryt dla takich jak Wojciech Pszoniak. Drugi plan Staszka można porównać do nieba. Dlaczego widać gwiazdy? Dlatego, że jest niebo, czyli drugi plan.

Jeszcze 15 lat wstecz Staszek Śnieżko, menel, był życiowo na drugim planie. Obecnie zatrudniony jako cieć w liceum na warszawskim Mokotowie. Rano rozkodowuje alarm w szkole, potem grabi liście, resztę dnia pilnuje szkolnej cnoty, można powiedzieć. Ale jakby kliknąć w Internet hasło „Staszek Śnieżko”, wyskoczy: aktor. Wyskoczy też, że ostatnio grał pacjenta w filmie „Obywatel NN” Feliksa Falka. Borys Szyc, to znaczy psychiatra Konstanty Żak, porządkuje zniszczoną podczas powodzi wrocławskiej z 1997 r. dokumentację szpitala psychiatrycznego. Więc: straż wali sikawą deszcz z helikoptera, a Staszka, Pacjenta I, wraz z innymi ewakuują do autobusu, przewraca się w kałuży, Szyc go podnosi. Taki thriller psychologiczny.

Ale psychologia dla Staszka jest taka, że pierwszy raz w życiu spał w hotelu, gdzie nawet światło zapalało się na karty, 350 zł kosztowało jego spanie, a rano był szwedzki stół i jadło się jak na weselu. Na umór. W porze obiadowej upokorzyło go psychologiczne myślenie o życiu w filmowym kontekście, gdyż po tym, jak ewakuowano go ze szpitala, asystentka produkcji, szarpiąc jego, Pacjenta I, za zmoczonego łacha, zapytała: Pan miał trochę słów we filmie? Tak? To drugie danie panu przysługuje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną