Klasyki Polityki

Wara od rz!

Prof. Jan Miodek Prof. Jan Miodek Bartosz Sadowski / Agencja Gazeta
Rozróżnień „rz” i „ż”, „ó” i „u” będę bronił tak jak Fidel Castro socjalizmu na Kubie – mówił przed laty prof. Miodek.

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2002 r.

MARIUSZ URBANEK: – Panie profesorze, nie obawia się pan, że po powstaniu zjednoczonego państwa europejskiego polszczyzna zniknie?
JAN MIODEK: Nie, nie obawiam się zupełnie. Polszczyzna będzie za lat 20, za 200 i za 400, i to w zjednoczonej, mam nadzieję, Europie. Rozumiem podobne obawy, ale jestem wściekły na ludzi, którzy je ugruntowują, bo to obawy niepotrzebne.

Wobec tego skąd się biorą?
Widzę tu bardzo wyraźnie cezurę roku 1989. Widzę, jak bardzo od tego czasu społeczeństwo polskie stało się nieufne i podatne na strach. Przecież słyszymy ciągle: wykupią nas, co z nami będzie, Bruksela nas pożre.

I to przekłada się na język?
Tak. Po 1989 r. dostaję coraz więcej listów pisanych w tonie rejtanowsko-kasandryczno-piotrowoskargowym: Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze 5, jeszcze 10 lat i nie będzie polszczyzny. Będziemy żyć w świecie marketów, monitoringów, spółek joint venture, sponsoringu, dealerów, skanerów, mailów, joysticków itd., itp.

A nie będziemy?
Ludziom bardzo trudno uświadomić, że dzieje naszego języka to historia nieustannie napływających do niego zapożyczeń, z którymi polszczyzna doskonale sobie dotąd radziła dzięki wszechogarniającym procesom przystosowawczym. I tak jak nic się nie stało w przeszłości, gdy weszło do języka polskiego słownictwo proweniencji greckiej, łacińskiej, niemieckiej, francuskiej, tak nic złego nie stanie się z polszczyzną z powodu napływu do niej słów proweniencji angielskiej. Joystick już stał się tworem, który można napisać przez „dż”, jak dżdżownica, większość tych słów odmieniamy już przez przypadki tak jak słowa rodzime.

Ale są pola, na których angielszczyzna odwojowuje utracone, wydawałoby się, pozycje. Wydawało się, że ketchup został już przez język polski wchłonięty jako „keczup”, ale dziś coraz mocniej słychać formę angielską „keczap”.
Przyszli historycy języka na pewno powiedzą, że dzięki otwarciu się Polski na świat wzrosła liczba zapożyczeń akustycznych, zbliżonych do oryginału. Ale to zjawisko bardzo naturalne i wcale nie negatywne. Przykładem mogą być słowa „klub” i „pub”. Klub z punktu widzenia historii języka to szczeniak, to słowo przyszło do nas zaledwie sto lat temu. Ale dziś nikomu nie przyjdzie do głowy powiedzenie: Górniczy Klab Sportowy. Natomiast „pab” przyszedł od razu w wersji akustycznej i nikt nie powie inaczej. Jeszcze w latach dwudziestych ubiegłego stulecia mówiło się o „businessie”, zgodnie z pisownią. Dziś pewien wykładowca szkoły ekonomicznej grozi dwóją w indeksie, gdy student mówi o „biznesie”, a nie o „byznesie”. To oczywiście przesada, w Polsce obowiązuje dziś forma „biznes”, ale jestem przekonany, że to „byznes” w końcu stanie się rzeczywistością powszechną. Taka jest ogólnojęzykowa prawidłowość. Jeśli język jest zamknięty, kontakty ze światem ograniczone, więcej jest zapożyczeń graficznych. Natomiast kiedy kontakt ze światem zaczyna być swobodniejszy, pub jest od razu „pabem”.

Ale czy nie powstanie w efekcie jakaś polsko-angielska hybryda?
Oczywiście moglibyśmy cały dzień i noc wyliczać śmieszności, takie jak odczytywanie z angielska słów o tradycji ugruntowanej w polszczyźnie od wieków, typu walka Dejwida z Goliatem, owoc kaiwai, Najki z Samotraki. Ale to jest efekt głupoty. Znacznie gorzej będzie, gdy już nikt nie będzie mówił: tak, owszem, oczywiście, pewnie że tak, ale powie za każdym razem „dokładnie”, bo to kalka exactly, wredny anglicyzm, będący ingerencją w polski system semantyczno-leksykalny. Podobnie, jeśli ktoś nie potrafi już powiedzieć: o rany, rety, o matko, o Jezus, tylko popiskuje wow, to mam ochotę go zamordować.

Co jest dla języka bezpieczniejsze? Adaptowanie słów w oryginalnym brzmieniu, czy szukanie ich polskich odpowiedników?
Bezwzględnie adaptacja. Nie ma nic gorszego niż próba polszczenia czegoś na siłę. Przecież tak właśnie zafundowaliśmy sobie w XIX wieku światopogląd. Pewnie, że on się ostatecznie przyjął, ale jeszcze po II wojnie światowej miliony Polaków były światopoglądem zaniepokojone, bo to językowy potworek skalkowany z niemieckiego Weltanschauung. Czy w konsekwencji mielibyśmy mówić także: sportopogląd, szkołopogląd? Nie! Dlatego wolę pochodzącą z francuskiego portmonetkę, która zaadaptowała się nam bardzo pięknie i jej odmiana nie różni się niczym od odmiany kobietki, niż słowo „dokładnie”. Kalka jest zawsze gorsza od zapożyczenia, bo niszczy system języka – stylistyczny, leksykalny, morfologiczny.

Ale sam pan wiele razy powtarzał, że jeśli ludzie uprą się, by popełniać jakiś błąd, nie pomoże darcie szat, by taką tendencję zatrzymać.
Wiem, że nie usuniemy już raczej z języka Kredyt Banku czy autonaprawy, ale możemy bronić się przed pisaniem, a niektórzy ekonomiści próbują już to czynić, o wydajnośćanalizie czy jakośćanalizie, bo tak brzmi proste tłumaczenie z języków germańskich. Widuję też w prasie tytuły typu protestmarsz w Oświęcimiu, choć wydawać by się mogło, że zbitka wyrazowa marsz protestacyjny była już na tyle silna, że nic jej nie może zagrozić. A tu się okazuje, że może.

Nie jest tak, że im lepiej mówimy językami obcymi, tym gorzej mówimy po polsku?
W średniowieczu mówiono: Disce puer latine, ucz się chłopcze łaciny, w domyśle, jeśli chcesz być kimś. Mogę powtórzyć, za wszystkimi rodzicami w Polsce, ucz się chłopcze angielskiego, jeśli chcesz kimś być. Ci, którzy dobrze poznają język obcy, zwykle lepiej mówią także po polsku. Mam nadzieję, że w końcu skutek będzie taki, że będzie i Nike z Samotraki, i buty „najki”, walka Dawida z Goliatem i piłkarz „Dejwid” Beckham.

Ale czy we wspólnej Europie polszczyzna po prostu nie przestanie być potrzebna? Skazana na rolę peryferyjną, rolę gwary, jak dziś gwara śląska czy kaszubska?
Nie. Ekspansja angielszczyzny następuje w sferach branżowych: ekonomii, informatyce, technice. Owszem, pojawią się w języku codziennym wpływy angielskie, ale wyłącznie w sferze leksykalnej. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby angielski miał zagrozić systemowi języka, czyli temu, co przez wieki określało się duchem języka.

Ja nie mówię o tym, co może się stać w ciągu lat 15, ale na przykład 150.
Kilkadziesiąt lat temu przewidywano, że takich języków jak armeński czy języki południowosłowiańskie wkrótce nie będzie, bo imperium radzieckie spowoduje zanik języków narodowych. Dziś te języki przeżywają renesans. W Europie dzieje się to samo. Czy językowi macedońskiemu coś zagraża? Nie. Rozwija się doskonale, choć jako język literacki jest tworem bardzo młodym. Wyjątkiem jest białoruski, ale jeśli państwowość białoruska stanie się faktem na dłużej, to odrodzenie tego języka także nastąpi. Polszczyzna jest bezpieczna, bo zbyt wielu nas nią mówi, żeby miała zaniknąć.

A co z jej zapisem graficznym? Coraz ważniejszą rolę w naszym codziennym życiu odgrywa Internet, a internauci świetnie obchodzą się bez znaków diakrytycznych, wszystkich tych wymagających kombinacji klawiszy ą, ę, ź, ó.
Jest to znak czasu. Na moich seminariach magisterskich zaczynają już powstawać prace na te tematy. Jest to, nie waham się tego powiedzieć, odmiana stylowa języka polskiego, choć nie obawiałbym się jej wpływu na nasze zachowania komunikacyjne.

Dla wielu osób to kolejny krok języka polskiego w niebyt, choć inni widzą w tym tylko efekt wygodnictwa, bo każdy znak diakrytyczny to komplikacja w użyciu klawiszy.
Przy obecnym rozwoju cywilizacji skrót jest w cenie najwyższej, a Internet jest skrótem ekstremalnym. Ale język Internetu to tylko technika zapisu, a nie język jako taki. Dlatego nie obawiam się, że zaczniemy w taki sposób pisać listy albo wiersze. Niedawno felieton o SMS-ach, z którymi problem jest podobny, zacząłem wierszem raciborskiego poety Jacka Molendy, zatytułowanym właśnie SMS. To wiersz, w którym nie ma ogonków przy ą i ę, nie ma kreseczek przy ł, ó, ź ani kropek nad ż.

Język internetowy jest być może skrajnością, ale czy nie jest przyszłością uproszczenie ortografii, która w wypadku polszczyzny jest bardzo rozbudowana?
Dopóki będę żył, to akurat w tym względzie będę zachowywał się jak Rejtan. Ja, który wspólnie z Andrzejem Markowskim i Edwardem Polańskim mogę z dumą powiedzieć, że przeforsowałem uproszczenie pisowni „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi, rozróżnień „rz” i „ż”, „ó” i „u” będę bronił tak jak Fidel Castro socjalizmu na Kubie. Wara od „rz”! Jak można wyobrazić sobie Morze Bałtyckie pisane przez „ż” wobec morskiego brzegu? Jak można wyobrazić sobie stóg siana pisany przez „u” wobec stogu?

W imię czego będzie pan bronił tej reduty?
W imię zasad morfologicznych języka. Bo to, co przeciętnemu Polakowi wydaje się jakąś tragedią, powołam się tu na 34 lata moich doświadczeń, naprawdę niemal nikomu, poza ludźmi chorymi na dysleksję, nie sprawia żadnych problemów. I daję panu najświętsze słowo honoru, że polska ortografia jest 100 razy łatwiejsza od ortografii niemieckiej, francuskiej czy angielskiej. Przylega w bardzo dużym stopniu do fonetyki współczesnej polszczyzny, podczas gdy ortografia angielska, francuska czy niemiecka odpowiada stanom niemczyzny, francuszczyzny czy angielszczyzny sprzed kilkuset lat. Nie fetyszyzujmy więc „ó” i „u”, „rz” czy „ż”, bo wszystko to znajduje uzasadnienie w całej rodzinie słów. Mogli uczeni się umówić, jak w 1936 r., że przez „u”, a nie przez „ó” pisać będziemy słowa takie jak buty czy ślusarz, ale były to słowa obce, francuskie i niemieckie. A jak wyglądalibyśmy z górą pisaną przez „u” w świecie słowiańskim, wobec czeskiej hory czy rosyjskiej gory? Skończmy więc z mitem trudnej ortografii, bo ona wcale trudna nie jest.

A gramatyka? O precyzji i poziomie rozwoju języka świadczy nie tyle jego skomplikowanie ortograficzne, a właśnie gramatyczne?
Siłą napędową każdego języka na świecie jest wygoda i ekonomia. Każdy prawidłowo rozwijający się język staje się coraz łatwiejszy, prostszy i bardziej poręczny. I to jest jego miarą cywilizacyjną. Można mnożyć dziesiątki przykładów, jak bardzo polszczyzna się pod tym względem rozwinęła, odrzucając kategorie gramatyczne, które okazały się balastem, np. liczbę podwójną, pośrednią między pojedynczą i mnogą.

Wkrótce pojawi się na rynku pański „Słownik Ojczyzny Polszczyzny”.
Pomysł wydania tzw. Dużego Miodka, który byłby syntezą blisko 2000 publikacji rozproszonych po prasie, przede wszystkim we wrocławskim „Słowie Polskim”, powstał przed laty w redakcji językowej Ossolineum. To zwieńczenie mojej trwającej już prawie 34 lata pracy językoznawcy i popularyzatora.

Ten słownik całkowicie zmienia reguły tworzenia słowników, odwraca hierarchie. Po raz pierwszy to nie autorytet wykłada ludziom, co powinni wiedzieć, ale sami czytelnicy zdecydowali, czego chcą się od pana dowiedzieć.
Formułę wymyślili moi współpracownicy mgr Elżbieta Bereza-Banach i prof. Irena Kamińska-Szmaj, a dwoje moich wychowanków dr Monika Zaśko-Zielińska i mgr Tomasz Piekot dokonało redakcji tekstów. Powiedzieli, zbierzmy to, co napisałem do tej pory, ale niech ten zbiór ma formę słownika. Słownika nietypowego, który oprócz poprawnościowej reguły będzie pod każdym hasłem zawierał wywód tłumaczący, skąd biorą się najczęstsze błędy.

Nie sądzi pan, że ludzie oczekują od pana raczej jednoznacznej opinii: to wolno, tamtego nie, tak jest dobrze, inaczej źle? Bo rolą językoznawcy jest utrzymywać moralny pion języka?
Tłumaczenie, skąd biorą się błędy, jest oczywiście niebezpieczne, bo często na drugi dzień słyszę: podobno już pan pozwolił mówić „szłem”. Dlatego nigdy nie rezygnuję z kilkakrotnego przypomnienia, jaka jest forma prawidłowa.

Prof. Jan Miodek (ur. 1946 r.) jest dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, od 34 lat autorem rubryki poradnikowej „Rzecz o języku” we wrocławskim „Słowie Polskim”, a od 1987 r. autorem programów telewizyjnych „Ojczyzna – polszczyzna” i „Profesor Miodek odpowiada”. Autor kilkunastu książek, m.in. „Kultura języka w teorii i praktyce”, „Śląska ojczyzna-polszczyzna”, „Jaka jesteś, polszczyzno?”, „Rozmyślajcie nad mową!”. Członek Rady Języka Polskiego PAN oraz Komitetu Językoznawstwa PAN. Kibic Ruchu Chorzów „od zawsze”. 23 kwietnia, nakładem wrocławskiego wydawnictwa Europa, ukaże się „Słownik Ojczyzny Polszczyzny” jego autorstwa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną