Klasyki Polityki

Adamofobia

To już Michnik nie ma gdzie mieszkać, tylko ausgerechnet w alei gestapowców i ubeków?

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 26 czerwca 2004 r.

W „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł na temat alei Przyjaciół w Warszawie, przy której mieszkali kiedyś burżuje, później kolejno hitlerowcy, butni Rosjanie, Żydzi i komuniści, luminarze bezpieki, a po dziś dzień mieszka Adam Michnik. Starsi mieszkańcy alei pamiętają, jak Michnika, który nie chciał wyjść z więzienia, dowoziła tam siłą bezpieka. Podczas kiedy innych UB zabierało, Michnika – dostarczało, bo on zawsze na odwrót. Taka pokrętna natura.

Ktoś nieżyczliwy „Gazecie Wyborczej” i jej naczelnemu może zapytać: To już Michnik nie ma gdzie mieszkać, tylko ausgerechnet w alei gestapowców i ubeków? Czyż nie byłoby bardziej stosowne, żeby nadal mieszkał za żelazną bramą? Kto inny, mniej z kolei życzliwy „Rzeczpospolitej”, może zapytać: to już nie ma ulic bardziej interesujących, jak na przykład aleja Róż, gdzie Cyrankiewicz i Słonimski „w jednym stali domu”, aleja Szucha, gdzie w budynku zajmowanym najpierw przez notabli hitlerowskich, a później reżimowych, miał mieszkanie Kisiel? Albo bloki Kiepury na Polnej (dziś niesłusznie przemianowanej na tym odcinku na ulicę Boya-Żeleńskiego), w których obok siebie mieszkali przedwojenni przedsiębiorcy z Lewiatana – państwo Wierzbiccy, komuna z Urzędu Rady Ministrów, członkowie Rady Państwa i rządu Cyrankiewicza, a obok nich maleńki Januszek Onyszkiewicz? Są, ale przy żadnej z tych ulic nie mieszkał Michnik. Poza Rakowiecką, oczywiście... Tak też niektórzy czytelnicy i redaktorzy odczytali tekst. Jedno z czasopism przedrukowało artykuł, dając własny tytuł: „TOWARZYSTWO Z ALEI PRZYJACIÓŁ” i nadtytuł: „MIESZKALI TU GESTAPOWCY, UBECY, PARTYJNIACY, A TERAZ ADAM MICHNIK”.

„Niedaleko pada jabłko od jabłoni”, „swój do swego ciągnie”, „czym skorupka za młodu nasiąknie” – to tylko niektóre skojarzenia z listą mieszkańców alei Przyjaciół. Zwłaszcza jednego, który wywołuje adamofobię, tak jak nasiona trawy wywołują alergię. Symptomy tej choroby zdradza modna dziś na prawicy książka prof. Zdzisława Krasnodębskiego „Demokracja peryferii”. Na marginesie debaty o Jedwabnem, z wielkim zacięciem prowadzonej przez organ alei, „Gazetę Przyjaciół”, prof. Krasnodębski pisze, że „niektórym uczestnikom debaty łatwiej jest utożsamić się z ofiarami Jedwabnego niż z ofiarami represji stalinowskich”. W tłumaczeniu na polski znaczy to, że owi „niektórzy” byli ofiarami Holocaustu, ale nie represji stalinowskich, których może nawet byli sprawcami. Czyż nie było tak np. w przypadku Cyrankiewicza, który przeniósł się z Auschwitz na fotel premiera i groził, że obetnie każdą rękę podniesioną na PRL? Cyrankiewicz to dobry przykład, ale lepszy byłby komunista, który stał się stalinowskim oprawcą, a później emigrował albo zasiadł przy Okrągłym Stole. Na przykład towarzysz Morel – były więzień Oświęcimia, później komendant obozu w Łambinowicach, następnie emigrant.

Adamofobia czeka jeszcze na swojego Roberta Kocha, który odkryje jej prątki, czy też na tandem uczonych jak Heine i Medina. Na razie wiadomo, że osoba dotknięta adamofobią dostaje wysypki na widok, głos lub pismo Adama Michnika. Uważa go za największe zło, jakie pozostało w Polsce po upadku, czy jak kto chce – obaleniu – komunizmu. To jest człowiek, który zdeprawował Polskę. Publicyści i naukowcy, jak prof. Krasnodębski, niczym Karol Darwin nad powstawaniem gatunków pracują obecnie nad katalogowaniem, opisem i systematyzacją szkód wyrządzanych przez gatunek Michnika.

Oto niektóre objawy, jakie wywołują typowe dla Michnika prątki Krasnodębskiego: relatywizm moralny, liczne skrzywienia kręgosłupa, pobudliwość nerwowa, wymachiwanie kończynami górnymi (ożywiona gestykulacja), zamieszkiwanie na niewłaściwej ulicy, utrata pamięci dotyczącej niedawnej przeszłości (afera Rywina), całkowita utrata pamięci dotycząca wydarzeń dalszej przeszłości (chrzest Polski, wojna polsko-bolszewicka, Gułag), brak poczucia wspólnego dobra, neutralność etyczna, zaburzenia błędnika (utrata równowagi Dobra i Zła), upadek moralny, utrata honoru, nadużywanie alkoholu, tytoniu i kobiet, nieuzasadnione wzbogacenie, nienasycenie, deptanie świętości (Herbert, Herling), koteryjność (Święty Geremek, Święty Konwicki, Święty Kutz), zwolennik systemu jednopartyjnego (Unia Wolności), pogarda dla ludu (Lepper), zwłaszcza inteligencji (Rokita), stosunki z mafią (Miller), lekceważenie tradycji narodowej i pryncypiów moralnych, zwyrodnienie mentalności, zanik więzi narodowej (z wyjątkiem jednego narodu) i religijnej, maskowane słabością do liberałów w sutannach – ks. Tischnera i bpa Pieronka.

To ostatnie uzasadnia, dlaczego studia na temat choroby ukazują się w „Tygodniku Powszechnym”. Epidemiolog, doktor Jarosław Gowin, uznaje odkrycie prątków Krasnodębskiego za „najlepszy jak dotąd program naprawy Polski”. Zwraca on uwagę na to, jak trafnie dr K. zdemaskował obłudę nosicieli tej choroby: „domagają się potępienia zbrodni w Jedwabnem nie tylko przez państwo, ale i przez Kościół, podczas gdy są przeciwni potępieniu przez te instytucje zbrodni komunistycznych”, gdyż to byłoby ich zdaniem wciskaniem kadzidła w nie swoje sprawy. To oni „zniweczyli wielki dorobek początkowej fazy III RP”. Dyskwalifikują poglądy większości, są nieufni wobec obywateli, o których sądzą, że nie dorośli do liberalnej demokracji, po 1989 r. starali się ograniczać udział społeczeństwa w rządzeniu. Niestety, dr Gowin nie pisze, czy demokratyczna większość byłaby za tolerancją dla mniejszości, zniesieniem kary śmierci i potępieniem Jedwabnego. Wyjaśni to zapewne wkrótce demokratyczna większość złożona z Samoobrony, LPR i PSL. Lepper, Giertych i Pawlak są bowiem szczepieni na prątki Krasnodębskiego.

Nie wiadomo, czy Polska – jak twierdzą niektórzy – jest chorym człowiekiem Europy, ale wiadomo, że Michnik jest chorym człowiekiem Polski. Nawet Aleksander Hall zarzuca mu „gloryfikację drogi, którą poszła Polska w 1989 roku” oraz bywanie na salonach Urbana, czym poruszył ludzi obdarzonych pamięcią i honorem.

Na zakończenie jedna pociecha: adamofobia jest uleczalna. Wiele osób, które przeszły tę fazę rozwoju, żyje i ma się świetnie, mimo że nie zostały potraktowane w zakładach zamkniętych, takich jak leprozoria, szpital chorób zakaźnych na Woli, szpitale więzienne, klinika na Rakowieckiej, sanatorium w Białołęce... Tajemnica lekarska nie zezwala nam na podanie pełnych nazwisk pacjentów skutecznie wyciągniętych z adamofobii, ale wystarczy wymienić Czesława K., Wojciecha J., czy Jerzego U., którzy tak się uodpornili na prątki Krasnodębskiego, że dziś współżyją z nimi, ba – są ich nosicielami, ale sami nie zdradzają już objawów choroby. Wobec nich sam Michnik zaleca leczenie ambulatoryjne, dużo płynów, lub – w cięższych stanach – składa wizyty domowe.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną