Klasyki Polityki

Dzietni, dzielni, trochę inni

O wielodzietnych w PRL: co rok prorok, nastrugali sobie, dziecioroby

Dzisiejszych wielodzietnych badała Irena Nowacka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dzisiejszych wielodzietnych badała Irena Nowacka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Leszek Zych / Polityka
U Niemyskich urodziło się ośmioro dzieci, u Mikosiów – sześcioro. Przy piątym porodzie lekarz powiedział Annie Niemyskiej, że przy szóstym już jej nie zszyje. Żeby osoba wykształcona miała tyle dzieci?

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w marcu 2006 r.

Mikosiowie przyjmowali kolejne dzieci, jak mówią, raz z przerażeniem, raz z radością. Niemyscy – zwyczajnie. Po prostu przychodziły na świat. Gdyby nie atmosfera Przymierza Rodzin, katolickiego stowarzyszenia, do którego należą (jak wiele wielodzietnych), może byłoby ich mniej. A tak – ośmioro. Ród nie zginie. Zwłaszcza że najstarsza Marysia ma już troje własnych. Ja – oświadczyła rodzicom – dużo dzieci mieć nie będę, najwyżej pięcioro.

Co rok prorok, nastrugali sobie, dziecioroby – mówiono o takich we wczesnej PRL i do jednego worka wrzucano z kołtunem i zabobonem. Chyba że była to matka robociarska albo chłopska, która dała czterech synów górnictwu, milicji i wojsku. Taka dostawała medale.

Dzisiejszych wielodzietnych badała Irena Nowacka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ponad połowie z nich brakuje pieniędzy na jedzenie, prawie połowa nie może kupić niezbędnych ubrań, lekarstw i opłacić kosztów mieszkaniowych. Naukowcy zajmujący się biedą w Polsce są zgodni, że to takim rodzinom, a nie emerytom i samotnym matkom, wiedzie się najgorzej.

Więc wielodzietni inteligenci to jednak ciągle dziwo, bo przecież oni mają wyobraźnię, muszą sobie zdawać sprawę, że będzie ciężko. A może nie? Może oni potrafią jakoś wyrwać się ze stereotypu, że wielodzietność to bieda, bezrobocie, życie z zasiłku. I gorsze perspektywy dla dzieci, bo bieda, bezrobocie i zasiłki stają się u nas coraz bardziej dziedziczne.

Jak z pracą?

Dariusz Mikoś, magister archeologii, założył firmę deratyzacyjną, bo w archeologii zajęcie znaleźć trudno. Likwidował szczury w PGR, wywoziło się je ciężarówkami. Ale pegeery upadły, a interes razem z nimi. Założył więc firmę graficzną i współpracował z wydawnictwem, które jednak też upadło. Mikoś wysyła teraz CV do agencji, odpowiada na ogłoszenia firm szukających pracowników. Bez skutku. Pracodawców odstrasza, jak sądzi, jego mało konkurencyjny wiek – 45 lat, brak formalnego wykształcenia w grafice, ale nade wszystko liczba dzieci. Czy ktoś z szóstką może być pracownikiem? Chyba nie, odpowiada sobie Dariusz, bo w przeciwnym razie miałby pracę.

Z reguły matki nie pracują, a jeśli już – to te wykształcone, a tych jest mało. Anna Niemyska, polonistka, uczyła swego przedmiotu w liceum Batorego w Warszawie, a tam nauczyciel musi być pierwsza klasa. Słabo przygotowany nie ma szans. Anna pracę kocha. Na siebie jako wyłącznie matkę dzieciom absolutnie się nie zgadza, więc kiedy nie dało się pogodzić całego etatu z rosnącą liczbą pociech, przeszła na połówkę i uczy teraz przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie w prywatnej szkole. Marek nie patrzy na to z entuzjazmem. Ale niechby kto z zewnątrz powiedział o tym z przyganą albo jakiekolwiek inne marne słowo o mamie, wtedy tata, mówią dzieci, zawsze jej broni, zawsze po jej stronie. Jak mur.

Jak z alkoholem?

Kiedy Mikosiowie wprowadzili się do domku, który za oszczędności życia kupili im rodzice Dariusza, a ich dzieci poszły do szkoły, zjawiła się u nich pracownica opieki społecznej. O (tu padło trochę nieobyczajne słowo, które dowodziło wielkiego zdumienia), to normalna rodzina – powiedziała już w przedpokoju. Pracownicy opieki są bowiem przyzwyczajeni, że wielodzietni, którym opieka pomaga, żyją marnie, biednie i pod poziomem. Bardzo często ojcowie są bezrobotni. 22 proc. ojców pije, zwłaszcza ci, którym pomaga opieka społeczna.

Pracownica, jakby niedowierzając, spytała prosto z mostu, jak u nich z alkoholem, zwłaszcza że musiała wstawić odpowiednią uwagę do kwestionariusza – niezbędnego, aby przyjść wielodzietnym z pomocą. Owszem, oboje z żoną jesteśmy miłośnikami wybornych trunków, odpowiedział Dariusz Mikoś, cóż, kiedy nie mamy na nie środków.

Jak z pomocą?

Bez owijania w bawełnę, mówi Urszula Mikoś: żyjemy z łaski. Mają rodzinne, trochę pomaga opieka społeczna. Znajomi przychodzący w odwiedziny nabrali zwyczaju przynoszenia w prezencie wiktuałów, które zostawiają w lodówce. Piekarnia daje bezpłatnie chleb gruboziarnisty z poprzedniego dnia. Matka Dariusza, emerytka, opłaca obiady dziewczynek w przedszkolu, a ojciec Urszuli, mimo że po wylewie przestał widzieć na jedno oko, podjął na nowo pracę w ślusarstwie, żeby im pomóc. Dzieci w szkole są za darmo ubezpieczone, a dziewczynki będą chodzić na lekcje tańca do domu kultury, też bezpłatnie. I jakoś żyją. Kiedy Dariusz zachodzi do sąsiadów, widzi przepaść między standardem ich życia i własnym. Lecz nie uważa swojej rodziny za biedną. Mają szóstkę wspaniałych dzieciaków. Jeden ma zespół ADHD, ale też jest wspaniały, zresztą z tego się wyrasta.

Dariusz Mikoś dzięki dzieciom stał się z ateisty wierzącym. Skoro dotąd nie przepadli, widać On istnieje i ma w tym jakiś plan. Ile bowiem razy znajdowali się na skraju przepaści finansowej, przychodził ratunek.

Rodzinie Niemyskich pomoc społeczna też pomagała, lecz śladowo. Było to potrzebne, kiedy Marek Niemyski, doktor ekonomii, musiał odejść z uniwersytetu, bo nie zrobił habilitacji.

Za ścianą, w jeszcze przedwojennym mieszkaniu, mieszka ojciec Marka, profesor akademicki na emeryturze. Obie rodziny i Marka, i Anny zasiedziałe są, z tradycjami, ziemiańskie, z medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata i żeby tylko ten jeden powód był do rodowej dumy. Habilitacja więc powinna mieć miejsce. Ale jak, skoro ojciec rodziny brał prace zlecone, jakie tylko były do wzięcia, a wieczorem malował mieszkania i nawet się to opłacało. Po odejściu z uczelni zaczął pracować w firmie doradczej, która nieźle prosperuje. Nic tak nie dopinguje mężczyzny, sądzi Marek, jak rosnąca liczba dzieci, a więc także odpowiedzialność.

Jak z ojcostwem?

Ojcowie z rodzin gromadnych mają mizerny związek z dziećmi, jak wynika z badań Anny Świtek. Nie tylko z tego powodu, że starają się zapracować na liczną gromadkę, ale także, że im ona wyraźnie ciąży. Tylko 38 proc. bawi się z dziećmi, a 10 proc. pomaga im w nauce. Nie lubią chodzić na wywiadówki, rzadko rozmawiają z nimi i rzadko je przytulają.

Nie cierpią prac domowych, od tego mają żony. Są na boku: boczniacy. Płodzą i starają się, choć z różnym skutkiem, bo zwykle nie mają wykształcenia, zarobić na rodzinę. Tak można by opisać obszar ich aktywności.

Co innego – matka. Ona jest królową gromadnej rodziny. Podejmuje decyzje i rozwiązuje problemy. Jak z badań wynika, nawet nie zwraca się do męża o wsparcie, a w każdym razie rzadko. Ma syndrom Lotty z „Cierpień młodego Wertera”. Stoi samotnie krojąc chleb dla gromadki dzieci. Z nią dzieciaki – od oseska do podlotka – mają sztamę. Do niej przychodzą po poradę, pomoc i buziaka. Jeśli zajęta, zła lub strapiona – wtedy do babci, starszej siostry, ciotki. Do kobiety. Do boczniaka – raczej rzadko.

Którekolwiek z dzieci Niemyskich wchodzi do mieszkania, już od progu woła: jest mama? Choć Marek, ojciec, boczny przecie nie jest, przeciwnie: świetny, do ósmej potęgi ojciec. Ale tak już w rodzinach gromadnych się dzieje. Matka – królowa. Długo, długo nic i reszta.

Jak między rodzicami?

Anna jest zadbana, śliczny uśmiech, figura jak trzeba, czym się jaskrawo odróżnia od wielodzietnej typowej, czyli o niskim statusie społecznym i marnym wykształceniu. Typowa zapuszcza się, figurę po porodach zostawia odłogiem. Im starsza, tym bardziej. I nie tylko dlatego, że ciurkiem w domu, w praniach, gotowaniach, zmywaniach i kombinowaniach, jak tu dociągnąć do wypłaty lub zasiłku. Również z powodu wcale nie najlepszych z mężem układów.

Wydawać by się mogło, że jeśli dziecko cementuje związek, tak się w każdym razie powszechnie uważa, to grupa dzieci cementuje na amen. I owszem, badania pokazują, że rodzin niepełnych, a gromadnych jest mało.

Wielodzietność nie sprzyja jednak za bardzo więzi małżeńskiej. Małżonkom nie wychodzi przebywanie ze sobą. Z badań Anny Świątek wynika, że tylko nieco ponad 18 proc. mężów i żon z sobą rozmawia. Wymieniają niezbędne uwagi i to wszystko. Nie chadzają razem na spacery, nie zajmują się czymś, co ich wspólnie interesuje. Ba, połowa w ogóle rzadko spędza czas we dwoje. Przedzielają ich pewnie worki skarpetek, przedpokoje pełne butów, stosy dresów, kurtek, czapek. I kłopoty. Za dużo tego, żeby być bliżej siebie?

Matki z gromadnych rodzin zazdroszczą pewnie innym rodzinom tylko kilku par butów, kilku zmian pościeli. Połowa badanych przez Irenę Nowacką rodzin poznańskich jest bowiem niezadowolona z wielodzietności. I z życia w ogóle.

Jak między dziećmi?

Jeśli Anna Niemyska czegoś zazdrości koleżankom, to tego, że jedna pojechała z mężem na urlop na Cypr, inne do Chin czy Japonii. U nich oczywiście nie wchodzi to w grę. Lecz po pierwsze – nie można mieć w życiu wszystkiego, a po drugie – oni swoje wyjazdy też mają. I to jakie!

Kiedy jeszcze nie mieli samochodu, ładowali się gromadą z maluchami w nosidłach do tramwaju, potem do pociągu. Chodzili i nadal chodzą nałogowo po górach. Jeżdżą na nartach. Marek twierdzi, że wspólne wędrówki cementują rodzinną więź i obejść się bez nich co roku absolutnie niepodobna.

Rodzeństwo gromadne trzyma ze sobą sztamę nad sztamy. Tu nieważne, czy rodzice wykształceni czy nie. W ogień by za sobą poszli. Między zaharowaną matką i ojcem boczniakiem wspierają się i pomagają sobie wzajemnie. Mniej zazdrośni o względy rodziców, bo rozkładają się one na wiele głów i musi kapnąć każdemu po troszku.

Wszyscy, ci duzi i jeszcze mali, jak mają wolną chwilę, meldują się w kuchni u mamy. Posiedzieć. Zawsze ktoś z nią siedzi. Czasem trzeba pomóc ulepić pierogi. Kilkaset pierogów. Czasem Anna piecze ciasta. Któreś ma imieniny. We wszystkich gromadnych obchodzenie świąt i uroczystości jest obyczajem, od którego rzadko się odstępuje. Obchodzone są Dzień Matki, Ojca, Babci, Dziadka (93 proc. rodzin). Niemal wszystkie rodziny święcą również imieniny, urodziny i Dzień Dziecka.

U Niemyskich, w niektórych miesiącach, urodziny i imieniny występują wprost seryjnie. Mama zawsze piecze ciasto. U Mikosiów też. Cudnie jest zobaczyć, ile wszystkich jest. Pomyśleć, że jak się pożenią i powychodzą za mąż, drzewo genealogiczne się rozrośnie wszerz i wzdłuż, i to jest poczucie niebotyczne i niebywałe.

Tam, gdzie wszystkiego brakuje – jedzenia, mydła, butów i proszku do prania, aż tak cudnie może nie jest. Ale (też to wynika z badań) i oni lubią się zebrać, coś zjeść wspólnie i przesiadywać w kuchni z mamą. Nawet wtedy, gdy taty nie ma, bo poszedł z kolegami na piwo.

Jakie perspektywy?

I oto różnica najjaskrawsza między wielodzietną przeciętną a inteligencką. W gromadnych mało na ogół dba się o rozwijanie zdolności dzieci, najwięcej o to, żeby jak najszybciej wdrożyć je do prac domowych. Żeby zdobyły zawód i niech zarabiają na siebie, choć paradoksalnie, dzieci z takich rodzin później usamodzielniają się niż z innych.

Że u Mikosiów poświęca się dzieciom wiele uwagi, to rzecz zrozumiała – rodzice są z nimi w domu. Ale jak to robią Niemyscy, pracujący, że na każdego dzieciaka chucha się u nich i dmucha, doglądając i sportu, i intelektu?

Anna Niemyska źle znosi odejścia z domu. Odeszła na swoje Marysia, już mężatka, ale wraca z trójką dzieci z okazji i bez. Ciągnie ją do rodzinnej gromady. I Władzio. Po maturze zaczął studiować MEL (Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa) na politechnice, bo jak coś trudnego, to Władzio pierwszy. Zaliczył dobrze pierwszy rok. I nagle oświadczył, że idzie do seminarium duchownego i pragnie być zakonnikiem misyjnym.

Niemyscy są bardzo wierzący (to norma u wielodzietnych), ale że Władzio, o którym się mówiło, że kto jak kto, ale on sobie w życiu świetnie poradzi, poszedł do seminarium, to serce rodziców jednak trochę boli. Jeszcze od ziemi nie odrósł, a już starał się rządzić braćmi. Zbiłem Stasia, mówił. Staś musi płakać. Po studiach Władzio pojechać może na koniec świata. Powstanie bolesna wyrwa, ubytek.

Staś też pójdzie na politechnikę, bo jest bardzo rzeczowy. „Mam dylemat” – powiedział raz starszy brat. „A ja mam latarkę” – postanowił mu dorównać Staś. Trylogię podzielił na liczbę wojsk, oddziałów i dokładnie narysował ich marszruty. Dlaczego tu nie wygrali, choć było ich tylu i tylu, a tu wprost przeciwnie. Wszystko inne w Trylogii mniej go obchodziło.

Wandzia to talent matematyczny, Krzyś – entuzjasta biologii, chce być lekarzem. Antek kończy historię i będzie zdawał na hebraistykę, uczy się łaciny i greki. A Janeczka, późne dziecko, najmłodsze, oczko w głowie rodziny, jest jeszcze w podstawówce. Najstarsza jest slawistką. Robi doktorat. Później będzie pewnie habilitacja. Habilitacja, jako się rzekło, w rodzinie być musi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną