Klasyki Polityki

Klan ponad wszystko

Dżalila nie przyjechała, by się bawić

Dżalila nie przyjechała tutaj, aby się bawić, lecz po to, by spełnić swoją powinność. Rodzina czeka na spadkobiercę. Dżalila nie przyjechała tutaj, aby się bawić, lecz po to, by spełnić swoją powinność. Rodzina czeka na spadkobiercę. Archiwum Autora / Polityka
Najpierw z Arabem Muhammadem mieszkała Żydówka Rachela. Wieś przymykała na to oczy, ale potrzebny był potomek. Rachel spakowała walizki, a z Ameryki sprowadzono Dżalilę.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w marcu 2002 r. Autor tekstu zmarł w 2015 r.

Wszystko zaczęło się od fotografii, którą przyniosła matka Muhammada zaraz po powrocie z pielgrzymki do Mekki. Z kolorowej, amatorskiej odbitki spoglądała kobieta o ciemnych, wesołych oczach i starannym makijażu. Nosiła różową, koronkową bluzkę z krótkim rękawem. Tak Muhammad zobaczył po raz pierwszy Dżalilę. Postać nie bardzo pasującą do otoczenia, w którym rodzina Muhammada mieszkała od pokoleń. W arabskich wsiach wspinających się białymi domami na wzgórza po obu stronach wąwozu Ara, na trasie z Tel Awiwu do Nazaretu, starsze kobiety wciąż jeszcze chodzą zakwefione, a żadna młódka nie odważyłaby się uszminkować ust. Zaś koronkowa, trochę przezroczysta bluzka – to już prawdziwe bluźnierstwo.

Męski wybór

Ale, o dziwo, matka nie wydawała się być zszokowana. Była stara i wystarczająco doświadczona, aby wiedzieć, że w wyjątkowych sytuacjach cel uświęca środki. Powiedziała synowi: – Wybił ci czwarty krzyżyk; skończył się czas hulanek, trzeba pomyśleć o spadkobiercy. Zbyt dużo nam się tego majątku zebrało, aby poszedł w obce ręce. Ona jest wdową po jednym z tych, co nigdy nie chodzili po prośbie. A co ważniejsze, z naszego jest klanu.

Tradycyjne struktury klanowe z czasów, gdy koczownicze plemiona wyznawców Mahometa przywędrowały w te strony z dalekiego Półwyspu Arabskiego, rozpadły się wraz z upadkiem feudalizmu, ale nigdy nie wyzbyły się rodzinnej solidarności. Jądrem klanu jest sto, nieraz dwieście rodzin wyrastających z tego samego drzewa genealogicznego; otokę stanowią setki spowinowaconych, czasami tylko zaprzyjaźnionych domów. W demokratycznym Izraelu system zatracił patriarchalny charakter, ale utrzymał, przynajmniej częściowo, troskę o wspólnotę interesów. Większość małżeństw w muzułmańskiej, wiejskiej społeczności koligacona jest wewnątrz tej wspólnoty. Chodzi zarówno o właściwy przyrost naturalny jak i o to, by majątki nie wyciekały na zewnątrz.

Gdyby chciano przestrzegać wszystkich niepisanych zwyczajów, to ojciec i starszy brat Muhammada powinni udać się w odwiedziny do rodziny panny młodej, by prosić o jej rękę. Na ceremonię tego rodzaju zaprasza się licznych gości, nawet dalszych, ubogich krewnych. Wszystkich częstuje się czarną kawą, nalewaną z mosiężnego findżanu do miniaturowych białych filiżanek. Gdy ojciec kandydata na pana młodego dostaje kawę mocno słodzoną, znak to, że zgodę na małżeństwo uzyskał. Gorzka kawa oznacza odmowę. Ponieważ tylko on wie, jaki smak ma podana mu kawa, w przypadku odmowy oszczędzony mu zostaje dyshonor.

Sprawa była starannie zaplanowana. Od ponad roku swaci przeglądali annały rodzinne i przez szkło powiększające badali każdą wchodzącą w rachubę damę, aby znaleźć odpowiednią partię dla Muhammada. Ostateczny wybór padł na Dżalilę, urodzoną w kupieckim domu w Gazie, która owdowiała bezdzietnie po czternastu latach u boku zamożnego, arabskiego pośrednika nieruchomości na Florydzie. Przyczyna bezdzietności Dżalili została dyskretnie zbadana, bo przecież sprawa kontynuacji rodu leżała u podstaw całej tej matrymonialnej transakcji. Równie dyskretnie omówione zostały finansowe warunki umowy. Pieniądze i majątek nieruchomy to rzecz zbyt poważna, aby pozostawić ją przypadkowi. W świecie muzułmańskim nie kobieta wnosi mężowi posag, lecz mężczyzna wpłaca na ręce rodziców przepisany Koranem mohar, rodzaj zabezpieczenia na wypadek rozwodu. Bo przecież, aby mahometański rozwód stał się faktem dokonanym, wystarczy, że niezadowolony mąż każe towarzyszce życia opuścić dom.

Najpierw była Rachela

Zastanawiałem się jak młoda, nowocześnie wychowana i przyzwyczajona do amerykańskiego stylu życia, Dżalila dostosuje się do wskazań wciąż jeszcze obowiązujących we wsi Arara, gdzie na szczycie wzgórza, wśród oliwnego gaju, Muhammad Watad wybudował swoje domostwo. Od nowoczesności, a więc od supermarketów, neonów, barów i dyskotek, od dziewcząt w skąpych kostiumach kąpielowych na plaży i od tego, co w Izraelu nazywa się amerykanizacją codziennego życia – dzielić będzie ją zaledwie dziesięć minut jazdy samochodem. Zresztą Muhammad robi wrażenie człowieka na wskroś nowoczesnego. Gdy udaje się do miasta, zawsze w trochę wyświechtanych dżinsach i zielonym swetrze, niczym nie różni się od przeciętnego przechodnia. Tylko znajomi wiedzą, że jest Arabem, że stacja benzynowa i restauracja w wąwozie Ara to jego własność, podobnie jak pobliskie kamieniołomy, plantacje oliwek i świetnie prosperująca firma budowlana. Zimowe urlopy chętnie spędzał w austriackich uzdrowiskach, Paryż nie jest mu obcy. Światowy człowiek żyjący między dwoma światami: zewnętrznym, w którym pogoda jest dla bogaczy – i wewnętrznym, wciśniętym w twarde rygory wiejskiej tradycji. Świat, którego granice wyznaczała mama, duchowo wzmocniona pielgrzymką do Mekki.

Czasami jednak nawet rygorystyczna matka musi pójść na kompromis. Przed dwudziestu laty, gdy po raz pierwszy gościłem u Muhammada, kolacja podana była na dywanie rozłożonym pośrodku obszernego salonu, a zaproszeni siedzieli na poduszkach ułożonych wzdłuż ścian. Rzecz jasna, kobieta nigdy nie uczestniczy w męskich biesiadach. Jej miejsce jest w kuchni. Ku mojemu zdziwieniu honory domu czyniła Rachela, Żydówka z pobliskiego miasteczka Hadera. – Poznaj, to moja przyjaciółka – powiedział Muhammad spokojnie i rzeczowo, jakby mówił o pogodzie lub interesach.

Pozamałżeńskie, intymne stosunki mężczyzny i kobiety są w arabskiej wsi wciąż jeszcze rzeczą nie do pomyślenia. Czasami wystarcza nieskromny uśmiech lub nieostrożny gest wyrażający coś więcej niż obojętne zainteresowanie, aby sprowadzić ostracyzm na dziewczynę. Podejrzenie o kontakt cielesny nierzadko kończy się śmiercią „grzesznicy”. Ale człowiek jest tylko człowiekiem, więc takie rygory moralne powodują między innymi wysoki odsetek stosunków homoseksualnych. Muhammad wybrał inną drogę: Rachelę. Ponieważ nie była mahometanką, tolerowała ją zarówno religijna mama jak i starszy brat Jusuf. Sąsiedzi udawali, że niczego nie widzą.

Tak było do czasu, gdy sprawa ożenku została ostatecznie zaklepana. Wówczas Rachela znikła na zawsze z salonu i chyba także z życia Muhammada Watada. Wkrótce i ja miałem stamtąd zniknąć.

Poskromienie złośnicy

Dżalila spakowała swoje manatki i wyposażona w amerykański paszport oraz mgliste pojęcie o życiu w arabskiej wsi wylądowała w domu Muhammada. Coś się tam zmieniło niemal od pierwszego dnia jej pobytu. Podpłomyki były smaczne jak dawniej, ale miejsce dywanu na podłodze salonu zajął duży dębowy stół, a zamiast miękkich poduszek pojawiły się stylowe krzesła. Natomiast nigdy już nie widziałem znanej mi ze zdjęcia różowej koronkowej bluzki.

Wieś ma swoje wymagania – powiedziała, lekko wzruszając ramionami. Po tym dodała: – Prawdę mówiąc, nic mnie tam nie ciągnie; i tak nie mam o czym z nimi rozmawiać.

To „z nimi” brzmiało dosyć pogardliwie. Dżalila była obca u siebie w domu. Jej arabski przesiąknięty był amerykańskim akcentem, a po angielsku nikt tu nie mówił. O codziennych przyjemnościach życia musiała zapomnieć. Kino lub teatr to nie zajęcie dla porządnych kobiet. Modą zajmują się tylko ladacznice. Wyjazd do miasta bez męża był zabroniony.

Intifada postawiła muzułmańską ludność Izraela przed trudnym konfliktem tożsamości. Czy są przede wszystkim lojalnymi obywatelami państwa, czy może przede wszystkim Palestyńczykami? Muhammad Watad nie bywa już w moim domu i nie zaprasza mnie do swojego. Przyjąłem jego decyzję ze zrozumieniem. Dopiero niedawno wszystko się wyjaśniło. Nasz wspólny znajomy Said wysłuchał, co miałem do powiedzenia, i roześmiał się: – Bzdury – powiedział. – Rodzina Watadów zawsze umiała się urządzić; tak było za Turków, tak podczas brytyjskiego mandatu i tak jest teraz, w Izraelu. Pamiętasz, że ty i twoja żona zaproponowaliście kiedyś Dżalili, że weźmiecie ją na zakupy do Tel Awiwu? Prawdziwy shopping, jak w amerykańskim Fort Lauderdale, gdzie spędziła tyle lat. Pamiętasz? Muhammad także pamiętał. Przestraszył się, że sprowadzicie ją na manowcei zerwał kontakty.

Dżalila nie przyjechała tutaj, aby się bawić, lecz po to, by spełnić swoją powinność. Rodzina czeka na spadkobiercę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną