Klasyki Polityki

Morze jak w telewizorze

Czy Polak jest turystą stadnym?

Morze stało się synonimem wakacji. Morze stało się synonimem wakacji. Stanisław Ciok / Polityka
Rozmowa z dr. hab. Krzysztofem Podemskim, socjologiem, o tym, gdzie (i dlaczego właśnie tam) spędziliśmy wakacje

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA we wrześniu 2007 r.

JOANNA PODGÓRSKA: – Pewien warszawski taksówkarz pytany, dlaczego wybiera na wakacje najbardziej zatłoczone miejsca, stwierdził, że gdy pojedzie tam, gdzie jest pusto, ma poczucie, że znalazł się nie tam, gdzie trzeba. Latem Kaszuby były pustawe, na Mazurach – tyle o ile, a nad Bałtykiem człowiek na człowieku. Czy Polak jest turystą stadnym?
KRZYSZTOF PODEMSKI: – Niestety, trzeba zacząć od truizmu: turyści są różni. Brytyjski socjolog John Urry wyróżnia dwa typy doświadczenia turystycznego. Spojrzenie romantyczne jest związane z kontemplowaniem przyrody, cieszeniem się ciszą, wyszukiwaniem miejsc szczególnych. To spojrzenie właściwe jest częściej elitom. Przypisywano je arystokracji, mieszczaństwu. Potem na scenę wkracza klasa robotnicza, a wraz z nią spojrzenie kolektywne, zbiorowe. W nim liczy się życie towarzyskie, zabawa, atrakcją stają się sami ludzie, czyli inni turyści.

Czyli dużo znaczy dobrze?
Tak i ma to racjonalne uzasadnienie. Wyobraźmy sobie londyńską Oxford Street bez tłumu przechodniów. To oni nadają sens i znaczenie temu miejscu. Podobnie zakopiańskim Krupówkom. A co do polskich plaż, w większości jeżdżą tam ludzie, u których dominuje spojrzenie kolektywne. Australijski antropolog Malcolm Crick stwierdził, że ludzie szukają przede wszystkim czterech „s”: sun, sea, sand i sex. I plaża wszystkie te warunki spełnia. Umożliwia nam oglądanie całej masy przedstawicieli płci odmiennej w sposób, który zazwyczaj w naszych warunkach kulturowych jest mało możliwy. Do tego dochodzi element, jakim jest bywanie, wypada pokazać się w pewnych miejscach. Wreszcie – szukamy znajomości, kontaktów, romansów. To także efekt upowszechniającej się kultury singli. Wakacje się zdemokratyzowały, a to zawsze wiąże się z plebejskością. Spojrzenie kolektywne zaczęło dominować. Tak jest nad Bałtykiem, ale i w Egipcie, Hiszpanii, Grecji czy we włoskim Rimini.

Zbity tłum nad polskim morzem to element globalizacji?
Tak, polscy turyści nie są oryginalni. Wybierają morze, jak ponad 60 proc. Europejczyków. Morze stało się właściwie synonimem wakacji. Ludzie kierują się w swoich wyborach środkami masowego przekazu. A co media pokazują na hasło: wakacje? Nadmorską plażę, dziewczyny w bikini, dmuchane piłki. Ludzie tak sobie wyobrażają wakacje i takie chcą mieć. To zaczęło się pod koniec XIX w. Przedtem morza się bano. Ludzie nie umieli pływać, nie wypadało się rozbierać powyżej kostki, opalać. Wcześniej atrakcją były góry. To one fascynowały poetów i malarzy. Związane były z romantycznym, elitarnym spojrzeniem. Dziś mit gór umiera, poza oczywiście wyjazdami na narty, bo góry wymagają jednak pewnego wysiłku. W zeszłym roku byłem w czeskich Karkonoszach i rozmawiałem z kierownikiem ośrodka położonego na pograniczu z Polską i Niemcami. Mówił, że grozi mu plajta. Żyli z Niemców, a młodzież niemiecka nie chce już jeździć w góry. Chce pić piwo, bawić się, tańczyć i uprawiać seks, a nie zdobywać szczyty. W Polsce jest podobnie, choć są wyjątki. Bieszczady, które w latach 90. straciły na atrakcyjności, znów zaczynają budzić zainteresowanie. Może część ludzi wróciła tu znudzona tłumem na plażach. Ja wierzę, że ogromny wpływ na polską rzeczywistość mają seriale. To one modelują zachowania. A ostatnio jest parę takich, które pokazują uroki życia w ustronnych miejscach.

Gdy spojrzeć na Półwysep Helski, każda miejscowość ma tam swoją specyfikę. Jest plebejskie Władysławowo z dyskotekami i tłumem w dresach, Chałupy okupowane przez surferów, Jurata, gdzie bawi się biznes z show-biznesem. Czy Polska widziana oczami socjologa układa się w jakąś turystyczną mapę?
Główny podział to jednak podział regionalny. Warszawa jeździ na Mazury i na Suwalszczyznę, Wielkopolska – do Kołobrzegu i w Karkonosze. To podział racjonalny i często związany z posiadaniem drugiego, wakacyjnego domu.

A dokąd jeździ polski inteligent?
Inteligentów dosięgło to samo, co wszystkich, czyli kultura popularna. Uczestnictwo inteligenta w kulturze nie jest już tak radykalnie odmienne jak kiedyś. Niektórzy badacze twierdzą zresztą, że inteligentów już nie ma, zastąpiła ich klasa średnia. I tym, co ją różni od reszty, jest przede wszystkim częstość wyjeżdżania. Podróżowanie jest wyróżnikiem społecznym, symbolem statusu. Osoby, które nigdzie nie jeżdżą, odczuwają to jako dotkliwą dyskryminację. A jest ona w Polsce spora. Można spokojnie założyć, że jak ktoś w tym roku nie był na wakacjach, to nie był też w roku ubiegłym i nie pojedzie w przyszłym. Około połowa Polaków nigdzie nie jeździ. Najwięcej, bo przeszło 60 proc., wyjechało w 1997 r. Najmniej – bo tylko 31 proc. – w 1987 r. W roku ubiegłym na urlopie było tyle osób co w rekordowym w czasach PRL – 1977 r., kiedy wyjechało około 45 proc. osób powyżej 15 lat.

Czy przeciętny Polak za granicą różni się czymś od innych turystów?
Wyjazdy zagraniczne są oczywiście jeszcze mniej zdemokratyzowane niż krajowe, ale i one się demokratyzują. Robiłem kiedyś badania wśród pilotów wycieczek i oni mówili o dwóch cechach charakterystycznych dla Polaków. Po pierwsze, wykupują więcej wycieczek fakultatywnych, chcą zwiedzać. Chęć zobaczenia piramid w Gizie czy Luksoru jest znacznie bardziej powszechna niż wśród turystów niemieckich czy angielskich.

Może oni je już dziesięć razy widzieli?
Najpewniej tak, my musieliśmy czekać na taką możliwość kilkadziesiąt lat dłużej, a to dodatkowo podniosło atrakcyjność tych miejsc. Ale wynika to też z faktu, że za granicę jeździ sporo inteligentów, na przykład nauczycieli, którzy z małej pensji oszczędzają na wyjazd, wykupują tani, trzygwiazdkowy hotel i dzielą go z angielską czy niemiecką klasą robotniczą. Jest to swego rodzaju zderzenie kultur, bo tamtych interesują głównie drinki i basen, często w ogóle nie wychodzą poza teren hotelowy. Druga rzecz, o której mówili piloci, to fakt, że gdy się Polakom na wycieczce daje czas wolny, to oni bardzo tego nie lubią. Boją się odchodzić od pilota, bo nie znają języków i mogą się zgubić. To się będzie zmieniać. Turystę lękowego wyeliminuje młodsze pokolenie.

Na wakacje mieszkańcy wielkich miast wyjeżdżają o wiele chętniej niż mieszkańcy wsi; to oczywiste i ze względów finansowych, i dlatego, że ludzie szukają odpoczynku od wielkiego miasta. Ja ciągle jednak nie rozumiem, dlaczego oni jadą w największy rejwach?
Ludzie przyzwyczaili się do pewnych rzeczy. Muzyka gra na plażach Majorki, Ibizy, Łeby i Władysławowa, więc turyści najwidoczniej tego chcą. Zawsze byli tacy, którzy szukali odpoczynku w samotności, i tacy, którzy szukali intensywnych doznań w tłumie. Ale też nasze życie się zmieniło, coraz mniej mamy czasu na refleksje i chyba zaczynamy wypoczywać tak, jak pracujemy. Zwłaszcza młodzi z wielkich miast, którzy pracują i żyją intensywnie. To przyzwyczajenie przeniosło się na czas wolny.

Czyli wyjeżdżamy po to samo, co mamy w domu?
Odwołam się do amerykańskiego psychologa Stanleya Plota, który pracował dla przemysłu turystycznego i badał amerykańską klasę wyższą. Zafascynował go fakt, że część tych ludzi w ogóle nie chce jeździć, choć ich stać. Uznał, że istnieją dwa skrajne typy osobowości: psychocentryczny, skoncentrowany na własnym wnętrzu, i allocentryczny, skoncentrowany na odmienności. Większość z nas jest pośrodku skali. To nie wynika z uwarunkowań kulturowych czy społecznych, ale psychologicznych. Jedni poszukują swojskości i obawiają się konfrontacji z obcością, drudzy przeciwnie – poszukują egzotyki. To ci pierwsi często nie jeżdżą wcale. Ale turystyka to taki „cwany” biznes, że zaspokaja potrzeby jednych i drugich, komercjalizując obcość. Dla jednych ją oswaja i redukuje tworząc turystyczne zony, dostarczając klimatyzowane autobusy i hotele oraz zastępując w kebabie baraninę kurczakiem, a do tego dodając frytki. Dla drugich, odwrotnie, wyolbrzymia, uatrakcyjnia i inscenizuje obcość, organizując choćby występy tubylców w anachronicznych strojach regionalnych.

Takie psycho- i allocentryczne typy wyszły także w badaniach, które robiliśmy w Wielkopolsce. Część badanych marzy o podróżach na ścianę wschodnią, żeby zobaczyć meczet w Bohonikach czy cerkiewki w Hajnówce, fascynuje ich tamta egzotyka. Ale całkiem spora część deklaruje, że w życiu by tam nie pojechała, bo ich zdaniem nie ma tam nic ciekawego: jakiś dziki Wschód, brud, smród i ubóstwo.

Wróćmy do spojrzenia romantycznego i kolektywnego. Wydaje się, że w czasach PRL, przynajmniej w kulturze, dominowało spojrzenie romantyczne. Był mit Stachury wędrującego z gitarą, moda na autostop, włóczęgi z plecakiem. I nagle okazało się, że tak naprawdę ludzie chcieli zatłoczonej plaży i Dody z głośników?
Po pierwsze, ludzie nie mieli pieniędzy. Po drugie, baza turystyczna była uboga. Po trzecie, oferta komercyjna praktycznie nie istniała. Po czwarte wreszcie, był to element buntu wobec turystyki zorganizowanej, owego Funduszu Wczasów Pracowniczych, gdzie ludzi wożono autokarami, śniadanie było zawsze o tej samej porze, wiadomo było, że w niedzielę dadzą szynkę, a na obiad rosół, potrawkę z kurczaka i mizerię, a w ośrodku będzie bilard i wieczorek rozpoznawczo-zapoznawczy. Ale to był główny nurt, a włóczęgi z plecakiem w Bieszczady także wtedy stanowiły margines. Może bardziej widoczny, bo to były czasy buntu młodych i hipisowskiej kontrkultury. Dziś młodzi się nie buntują.

Gdy popatrzeć na bałtyckie kurorty, z roku na rok pojawia się w nich coraz więcej atrakcji: karuzele, minibungie, góralskie grille, squady, jarmarki, festyny, pikniki. Turysta ma coraz większą potrzebę bycia zabawianym?
Tak jest na całym świecie. Pod Paryżem, miastem, któremu przecież nie brakuje prawdziwych atrakcji, powstał Disneyland – coś całkowicie sztucznego i sprzecznego z narodową tradycją, a jednak cieszy się szalonym powodzeniem. W Londynie stanęło olbrzymie diabelskie koło London Eye, które dominuje nad kopułą katedry św. Pawła. To efekty walki o klienta. Pytanie, jakie stawiają sobie antropolodzy i socjolodzy, brzmi: czy biznes w pewien sposób wymusza na ludziach uczestnictwo w tych atrakcjach, czy odwrotnie, dopasowuje się do masowych gustów? George Ritzer, twórca pojęcia makdonaldyzacji, twierdzi, że turystyka uległa makdisneizacji, a tym, czego ludzie szukają, są właśnie sztuczne atrakcje. Dean MacCannell z kolei uważa, że turyści szukają autentyczności, natomiast biznes preparuje pewien wizerunek i wciska go ludziom.

Daniel Boorstin stawia tezę, że współcześni Amerykanie nie potrafią już doświadczać rzeczywistości bezpośrednio, tylko przez media, a turystyka jest tego najlepszym przykładem. Dzisiejszy turysta jest całkowicie bierny, oczekuje, że ciekawe rzeczy wydarzą się same, wszystko będzie przygotowane dla niego i ze względu na niego. To zwrot o 180 stopni w stosunku do tego, od czego turystyka się zaczęła, czyli od wysiłku opuszczenia własnego świata i wstąpienia w obcy.
Tak, za początki nowożytnej turystyki można uznać XVI-wieczne edukacyjne podróże po Europie, w które wysyłano młodzieńców z dobrych domów, by poznali życie w innych krajach. Wtedy podróże były niebezpieczne i nieprzewidywalne.

Czy momentem zwrotnym było otwarcie pierwszego biura podróży przez Cooka w 1841 r.?
To był początek turystyki masowej, można powiedzieć data symboliczna. Pan Cook wykupił bilety od kolei brytyjskich i zorganizował wycieczkę dla klasy robotniczej. Podróż przekształciła się w turystykę i siłą rzeczy stała się częściowo bierna.

Ritzer pisze, że w Ameryce coraz popularniejszymi atrakcjami turystycznymi stają się centra handlowe, które w ostatnich czasach odwiedzane są częściej niż Wielki Kanion czy wodospad Niagara. Jeśli uznać, że Ameryka to laboratorium trendów, czeka nas koszmarna przyszłość.
BBC zorganizowała kiedyś plebiscyt i spytała widzów, jakie miejsce najbardziej pragnęliby zobaczyć przed śmiercią. Wygrał Wielki Kanion, na drugiej pozycji znalazła się australijska rafa koralowa, ale niech pani zgadnie, co było trzecie.

Disneyland?
Tak, Disneyland. To szokujące, ale centra handlowe faktycznie zaczynają być obiektami zwiedzania. Trochę cynicznie i trochę ironicznie można powiedzieć, że stały się współczesnymi świątyniami. Jeśli są metaforą postmodernistycznego świata, w którym przyszło nam żyć, to może ich zwiedzanie nie jest takie irracjonalne? Przecież zakupy są ulubioną czynnością współczesnego człowieka. Oddajemy się jej z upodobaniem, zwłaszcza że wszyscy nas do tego zachęcają. Shopping stał się nieodłącznym elementem turystyki. Paradoks polega na tym, że wszędzie możemy kupić w większości to samo.

Polacy na razie częściej pielgrzymują do sanktuariów, a nie świątyń konsumpcji.
Obawiam się, że jednak do świątyń konsumpcji, z tym że indywidualnie, a nie zbiorowo. Poza tym turystyka pielgrzymkowa jest dziś bardziej turystyką niż pielgrzymką. To też sposób na wakacje, tyle że z moralnym błogosławieństwem i tańszy. W biednym kraju, jakim jest Polska, ta oferta jest bardzo atrakcyjna. Jest też pewnym usprawiedliwieniem: co prawda mam mało pieniędzy, a mimo to decyduję się na wyjazd, choć może nie powinienem, ale to przecież nie wycieczka, tylko pielgrzymka. Podobnie bywa z rodzicami o konserwatywnych poglądach. Nie puszczą córki z rówieśnikami pod namiot, ale do Częstochowy jak najbardziej. Polskim fenomenem jest to, że parafie występują w roli biur podróży. Tu oczywiście zbliżamy się do stereotypu Polaka-katolika. Jest jeszcze jeden stereotyp, Polaka-pijaka; niestety w znacznej mierze prawdziwy. Gdy chodzi o liczbę kierowców – urlopowiczów łapanych w odmiennym stanie świadomości, bijemy wszystkich na głowę.

Polskim fenomenem jest chyba też popularność szlaków papieskich?
Tak, kult papieża przekształca w atrakcję turystyczną każde miejsce, które odwiedził. Ale to część ogólnoświatowego nurtu kreowania atrakcji turystycznych. Miejscowości tworzą je sztucznie albo odgrzebują jakieś zapomniane wydarzenia z własnej historii i to się mnoży w sposób niesłychany. W Wielkiej Brytanii liczba atrakcji turystycznych wzrosła w ostatnich latach kilkadziesiąt razy. Już nie wystarczy świeże powietrze, muszą być atrakcje i eventy. Turyści oczekują czasami czegoś zupełnie odmiennego niż oferuje im przewodnik turystyczny. Najlepszym przykładem jest Kraków, najpiękniejsze polskie miasto, pełne zabytków, a odwiedzają je masowo i tacy, którym zależy, by się upić lub na golasa przebiec przez rynek.

Ale to tacy ludzie tworzą coraz częściej klimat miejsc.
Jeżeli godzimy się, że turystyka to biznes, to decyduje pieniądz i – jak wszędzie – zły pieniądz wypiera dobry. W Krakowie mamy do czynienia z inwazją barbarzyńców, mimo że pochodzących z kraju bardziej cywilizowanego niż nasz. Trudno coś z tym zrobić, bo mimo wszystko to strumień pieniędzy i promocja miasta. Zjawisko masowej turystyki, od której nie ma odwrotu, przynosi takie konsekwencje. Muzeum przegra z festynem, katedra z pubem. Jeśli chodzi o polskich turystów za granicą, to tego jeszcze tak bardzo nie widać, bo na razie wyjeżdżają ludzie z reguły bardziej kulturalni. Ale jak nam się podniesie poziom życia i zaczniemy masowo wyjeżdżać…

Wtedy im pokażemy tak, że się nie pozbierają…
Obawiam się, że tak.

*

Dr hab. Krzysztof Podemski jest dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorem książki „Socjologia podróży”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ucieczka z religii

Masowe protesty w obronie praw kobiet dały nowy impuls ucieczkom z lekcji religii. Trwającym od lat, bo szkolna katecheza to często antyreklama wiedzy, wiary i wartości.

Marcin Piątek
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną