Klasyki Polityki

Irena, która była Jolantą

Żydóweczka – stwierdzili tonem wykluczającym sprzeciw. – A pani szanowna też z naszych?

Na ekranach film o Irenie Sendlerowej, w księgarniach opowieść o jej losach i setkach uratowanych dzieci, zdokumentowana przez Annę Mieszkowską wiarygodnie i rzetelnie. Nagle pokoik w Domu Opieki Ojców Bonifratrów stał się miejscem przywróconej pamięci. A nie jest to pamięć łatwa, wydobywa na światło dzienne także donosy pisane na przybraną matkę zbiegów z getta, nie skrywa i tego, że „Jolanta” (pod takim pseudonimem działała Irena S.) znalazła się na liście osób do likwidacji sporządzonej przez bojówki NSZ.

Nie należy się więc dziwić, że oficjalny życiorys bohaterki wspomagają relacje złożone z ułamków zdarzeń, przerywane w połowie zdania opisy dramatycznych scen. Tak rodzi się dzisiaj legenda uzupełniająca chłód faktografii. Spróbujmy sporządzić jedną z takich relacji, usłyszeć opowieść taką, jaką mogłaby przedstawić sama bohaterka.

Dorwali mnie na Raszyńskiej, kiedy przeprowadzałam Elżbietkę do nowych opiekunów.

Było ich dwóch, z twarzami ukrytymi w kołnierzach palt.

– Żydóweczka – stwierdzili tonem wykluczającym sprzeciw. – A pani szanowna też z naszych?

I tu gest sygnalizujący wyimaginowaną rabinacką brodę mojego ojca.

– To jakaś pomyłka. Jestem Polką, a dziewczynka jest córką mojej kuzynki.

Zanurzyłam dłoń w kieszeni, żeby pokazać ausweis.

– Ausweis pokaże paniuśka na komisariacie – młodszy z łapsów błysnął białą blizną przecinającą wargę.

– Idziemy – jego wspólnik wziął mnie pod ramię i zaczął popychać. – Na komisariacie będzie dość czasu na wyjaśnienia. Chyba że się jakoś dogadamy.

Nie mogłam ryzykować – miałam przy sobie listę odbiorców zapomóg. Z nazwiskami i adresami. Jak się tego pozbyć? Obserwowali każdy mój ruch. Krzykiem zaalarmować przechodniów? Bez sensu. Kto chciałby wdawać się w przepychankę z osobnikami niewyglądającymi na słabeuszy. Na dobitkę milcząca dotąd Elżbietka wybuchnęła płaczem.

– To jak będzie – ten z blizną na wardze wyraźnie się zniecierpliwił. – Pańcia i zasmarkana Żydóweczka – należy się zusammen pięć patoli.

– Ale ja nie mam takich pieniędzy – wybąkałam, podając Elżbietce chusteczkę.

– Nikt nie nosi przy sobie takiej forsy – kolega typka z blizną był wyrozumiały. – Firma to przewidziała, spokojna głowa... Nie szliśmy daleko – dwie, trzy bramy. Potem schody, drzwi na pierwszym piętrze, chrobot klucza, ciemny przedpokój z paką na węgiel i opartym o ścianę rowerem.

Ten z blizną na wardze wepchnął nas do pokoju wyglądającego jak skład pospiesznie zgromadzonych mebli. Kraty w oknach – zauważyłam je od razu. Podobnie jak zawieszony na ścianie telefon. Wzrok drugiego z typków powędrował za moim spojrzeniem.

– Otóż to – powiedział. – Zatelefonuje pańcia po forsę.

– Do kogo mam zadzwonić?

– Ma przynieść pięć kawałków. I wtedy pójdziecie stąd. Żydóweczka nareszcie przestanie ryczeć, pańci wrócą rumieńce po tej trupiej bladości. Nie jesteśmy ciekawi, do kogo pańcia zadzwoni. Ale uprzedzam: żadnych sztuczek. Będziemy obok. Aha, adres – Raszyńska.

Tyle usłyszałam od gościa z blizną.

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, patrzyłam na czarne pudło telefonu.

Elżbietka przysiadła na brudnawej kanapie. Też patrzyła na telefon. Do kogo zadzwonić... Podobną sytuację łatwiej sobie wyobrazić, niż przeżyć ją naprawdę. Matka... Nie ma zaskórniaków na czarną godzinę. Przyjaciele, ci przy forsie, nadal zamożni. Zadzwonię do nich, wystawiając pielęgnowaną przez lata przyjaźń na ryzyko odmowy. Przedłużająca się cisza w słuchawce, potem tłumaczenie, że nie dysponują wolną gotówką, bo jak raz – zawsze to „jak raz” – mieli ekstra wydatki, więc nie mogą, ale może Karol mógłby. Przesiaduje codziennie we Fregacie, przechwala się udanymi transakcjami dolarowymi... Nie, nie zatelefonuję do Karola. Za mało go znam, zawsze wydawał mi się jakiś śliski, za głośny, za nachalny. Ciocia Basia – żadna zresztą ciocia, koleżanka z pracy w Zarządzie Miejskim. Gdybym do niej zadzwoniła, o mojej wpadce wiedziałoby pół Warszawy. Andrzej – kolega ze studiów... Nie dość, że odmówiłby pomocy, to jeszcze miałby satysfakcję, że mądry i przewidujący. Ile to już lat temu nalegał, żebym więcej myślała o sobie, mniej o zbawianiu świata. Ksiądz Eugeniusz... Wykręci się, świętoszkowato wzdychając, że nie ma, że nie dysponuje, że nie może. I równocześnie pomyśli: na jego wyszło – ostrzegał, że z Żydkami – ksiądz mówi „Żydki” – tylko kłopoty.

Przerzucałam karty mojej prywatnej książki telefonicznej. Coraz szybciej, coraz bardziej nerwowo. Został mi jedynie numer Trojana. Pod tym pseudonimem występował Julian Grobelny, stary pepeesiak. To on włączył mnie do działań Żegoty.

Wykręciłam numer.

Na szczęście był w domu.

– Spotkałam znajomych. Pilnie potrzebują pięciu tysięcy. Jestem u nich razem z Elżbietką. Adres: Raszyńska.

Trojan, niedoleczony gruźlik, przez chwilę kaszlał. – Kogoś przyślę, złotko.

Po czterdziestu minutach zjawił się nieznany mi chłopak. Przywiózł pieniądze, odczekał, aż panowie szmalcownicy je przeliczą, przepuścił nas przodem, po czym, dalej bez słowa, zamknął drzwi.

Schodząc po schodach pomyślałam, że każdy, absolutnie każdy powinien mieć w rezerwie taki numer telefonu, dzwoniący nie gdzieś tam w Niebie, ale na ziemi, gdzie czasem spotyka się pokasłujące anioły.

Polityka 44.2009 (2729) z dnia 31.10.2009; Groński; s. 105
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Chłopcy 30+, czyli faceci jak dzieci

Psychologowie alarmują: to już epidemia. Pokolenie 20-, 30-, a nawet 40-latków nie chce dorosnąć.

Agnieszka Sowa
12.07.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną