Kraj

Prasa na bruku

DEBATA: Granice wolności mediów

Apelujemy o poczucie wstydu, ale też o poważny namysł nad stanem polskiej prasy, do której wdarły się dzienniki sensacyjne.

Chyba nigdy wcześniej, tak jak dzisiaj, w nowej Polsce, nie zajmowano się równie namiętnie kwestią, czy prasa nie nadużywa swoich praw do informacji, czy wolno jej wszystko i na czym powinna polegać rola dziennikarzy w prześwietlaniu życia osób publicznych. W tej dyskusji udział biorą także sami dziennikarze, jedni w todze obrońców praw do opisywania i pokazywania dosłownie wszystkiego (z reguły zresztą uprawiający osobiście ten rodzaj dziennikarstwa), i inni, widzący potrzebę wyznaczenia jakichś granic przed całkowitą dowolnością i opowiadający się za świadomym samoograniczeniem czy wręcz karnym ograniczaniem prawa do niepohamowanej twórczości dziennikarzy i redaktorów.

Oczywiście zapalnikiem stał się przypadek Piesiewicza, a ściślej mówiąc, publikacja „Super Expressu”, od której się cała sprawa rozpoczęła. Zwłaszcza fakt opublikowania wstrząsających zdjęć senatora, do tego pozyskanych, czy raczej kupionych, od osób, które – jak wszystko na to wskazuje – zrobiły je w celach przestępczych i szantażowych, budził zasadnicze zastrzeżenia. To tak jak gdyby gazeta świadomie weszła we współpracę z przestępcami i zdecydowała się wypełnić ich wolę, bo zastosowany wcześniej przez nich szantaż wobec Piesiewicza opierał się na groźbie, że zdobyte zdjęcia udostępnione zostaną opinii publicznej. Zdjęcia, które głęboko naruszały sferę prywatności znanej postaci życia publicznego, poniżały ją i ośmieszały. Jacek Żakowski na łamach „Polityki” napisał nawet, że po raz pierwszy nie ma wątpliwości, iż „redaktor powinien ponieść odpowiedzialność karną”.

Przypadek tej publikacji został na wiele sposobów już omówiony, gdyż wymuszał odpowiedź w sprawie: w którym miejscu została przekroczona granica przyzwoitości i etyki dziennikarskiej? Pomijając samą procedurę (czyli przejęcie i wykorzystanie przez „Super Express” materiałów zdobytych drogą przestępczą) dość powszechny stawał się pogląd, że rzecz nie sprowadzała się do samej informacji o kłopotach senatora Piesiewicza, a do tego, że redakcja zamieściła bulwersujące zdjęcia niejako same w sobie, dla emocjonalnego efektu, który był gwarantowany.

Nie ma zdjęcia, nie ma sprawy

One do informacji jako takiej nie wnosiły nic nowego, tworzyły za to przekaz żyjący już wedle innych zasad i praw, od razu wpisywały samo zdarzenie we wszechogarniający scenariusz zła, zepsucia i występku. Ale też żelazną zasadą tabloidów jest: nie ma zdjęcia, nie ma sprawy. To powrót do pradawnej kultury obrazkowej.

Notabene, jak już wiadomo, kilka redakcji (na pewno „Rzeczpospolitej” i Polsatu) nie skorzystało z otrzymanej propozycji, na którą skusił się „Super Express”, widocznie uznano, że wstrzemięźliwość i poczucie obrzydzenia są cnotami wartymi szacunku. Z drugiej strony poważne stacje telewizyjne, informując o publikacji tekstu o Piesiewiczu, bez żadnego oporu pokazywały milionom telewidzów zdjęcia z gazety, jak gdyby z cichą satysfakcją, że także mogą popłynąć na rozhuśtanej fali emocji, same zachowując cnotę.

Ta fala jest rozhuśtywana wręcz profesjonalnie, coraz silniej zalewa polskie media, ulegają jej nawet te, które jeszcze niedawno – wydawało się – będą ostoją spokoju i rzeczowości. Kto nie huśta i nie organizuje igrzysk, nie ma widzów i słuchaczy, nie ma czytelników. A czytelnicy chcą coraz więcej sensacji i afer, bo media ścigają się, by im ich dostarczyć. Bronisław Łagowski mówił „Gazecie Wyborczej”: „Ludzie domagają się ścigania, bez oglądania się na swobody obywatelskie, pragną igrzysk, nie sprawiedliwości”.

Rzecz nazywając po imieniu, o zalewie chamstwa w Polsce pisze się od pewnego czasu, przede wszystkim zwracając uwagę na jego obecność w Internecie, na wielu blogach i forach. W tym strumieniu rzeczywiście pleni się, właściwie bezkarnie, plugastwo najgorszego rodzaju, czasami strach zajrzeć do niektórych wpisów, tak są one opresyjne i dzikie.

Takimi są choćby dlatego, że pozostają w dużym zakresie anonimowe, można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z luźnym strumieniem świadomości społecznej, co powinno stać się poważnym przedmiotem badań socjologów, psychologów społecznych, a wręcz może psychoterapeutów. To tak jak gdyby czytelnicy mówili szczerze, wprost z brzucha, co naprawdę myślą i czego potrzebują, jakich opowieści, jakich prawd i jakich przeżyć. A tabloidy na to ochoczo odpowiadają, to jest ta sama mentalność, tylko dostosowana do oficjalnego rynku prasy.

Tu dziennikarz, tam dziennikarz

Piszemy – prasa, mówimy – dziennikarze, ale tu potrzebna jest precyzja definicyjna. I znowu przy okazji sprawy Piesiewicza pojawiły się zdecydowane głosy, by oddzielić od siebie jednoznacznie gazety, które żywią się sensacjami, wydawane są po to, by pobudzać emocjonalnie czytelników, by wywoływać bez przerwy afery, bulwersować, od tych, które kierują się innymi zasadami, powiedzmy delikatnie, nierozrywkowymi. Że teraz wszyscy wpychani są do tego samego wora, że praktyki wydawnictw tabloidalnych, sensacyjnych, bulwarowych, brukowych, szmatławych (przypomniano sobie stare słowa) kompromitują wydawnictwa tak zwane poważne, jako że w powszechnym odczuciu nie istnieje żadne między nimi podmiotowe odróżnienie. Tu gazeta, tam gazeta, tu dziennikarz, tam dziennikarz, a nawet komentator. Jeden z nas zresztą przeżył niedawno taką oto przygodę. Podał taksówkarzowi adres redakcji i przy wysiadaniu z taksówki usłyszał: ale ma pan świetny zawód, nakłamie pan, nakłamie i jeszcze panu za to płacą.

Istotą i sensem istnienia prasy sensacyjnej są pieniądze, jak najwięcej pieniędzy. Oczywiście, wszyscy wydawcy chcą zarobić, bez przerwy liczą dochody i wydatki, głowią się, jak pozyskać czytelników i reklamodawców, jak uczynić swoją gazetę bardziej atrakcyjną, ale tylko właściciele tabloidów myślą wyłącznie pieniędzmi. I tak kombinują, by te pieniądze spływały, nieważne są treści, prawdy i fakty, w tym sensie nieważne, że w każdej chwili można je zmienić, wymyśleć, dostosować, wykreować.

Ktoś może powiedzieć, że niby o co chodzi, wszystko jest w porządku, to interes jak wiele innych. Tyle tylko, że operuje on na polu słów, sensów i wartości, a nie towarów, choć sprzedaje je właśnie jako towary. Nic nie dzieje się tu bezkarnie, słowa ranią i obrażają, dewastują wartości, odbierają im sens, psują społeczną świadomość.

Kiedy w 2005 r. „Super Express” zamieścił na swojej pierwszej stronie zdjęcie zabitego w Iraku dziennikarza Waldemara Milewicza, Grzegorz Lindenberg, niegdyś redaktor naczelny „Superaka”, opublikował list do swojego następcy Mariusza Ziomeckiego: „Jest zasadnicza różnica pomiędzy gazetą popularną – jaką z „Super Expressu” chciałem zrobić – a brukowcem, jaki z tej gazety robisz Ty. Brukowiec żyje z cynicznego grania na emocjach czytelników, z wykorzystania ich przerażenia, nienawiści, wścibstwa, seksualnego podniecenia, zawiści”.

Lindenberg na swoim przykładzie wyznaczył pewną cezurę i rzeczywiście ona się pojawiła w polskiej prasie w 2003 r., gdy na polskim rynku zagościł „Fakt”, replika niemieckiego „Bildu”, także wydawanego przez największe wydawnictwo prasowe w Europie, czyli Axel Springer. Dużą karierę zrobiło powiedzenie, że bez „Bilda” w Niemczech nie wygrywa się wyborów. W domyśle: z „Faktem” też trzeba się liczyć.

Tanie fakty

„Fakt” wprowadził do Polski nowy styl i wnet stał się liderem czytelniczego rynku. Kosztował tylko złotówkę, co zmusiło wiele innych gazet do obniżenia cen, i ogłosił się gazetą dla „normalnych ludzi”. Stał się, co z chlubą pisał, orędownikiem tak zwanego miękkiego populizmu. Od pierwszego numeru obiecywał, że będzie występował w interesie „zwykłych” obywateli, że będzie w ich obronie atakował polityków. Uaktywnił stary podział na „my” i „oni” i natychmiast przystąpił do ataku. Żądał obniżenia pensji ministrom i odebrania im „trzynastek”, wystawiał – jak w szkole – poszczególnym politykom oceny, Leszek Miller dostał na przykład jedynkę. Minister spraw wewnętrznych i administracji zaś naganę, bo przyznał „złym policjantom” premię i wydał pół miliona na ciasteczka i kawę. Ministrowi zdrowia redakcja przekazała aparat słuchowy (czytelnicy mogli obejrzeć wyrysowany przekrój ucha ministra), by mógł usłyszeć głosy milionów zrozpaczonych pacjentów.

Zwykli ludzie są okradani i oszukiwani, są biedni i chorzy („Mam raka. Muszę umrzeć, bo jestem biedna” – to wielki tytuł na pierwszej stronie pierwszego numeru „Faktu”), lekceważąco traktowani przez administrację, urzędy i sądy („prokuratura rzuca kłody pod nogi”, „dlaczego jej matka musiała umrzeć”, „13 lat nie można wyremontować gmachu”, „w Częstochowie wysocy urzędnicy molestują seksualnie swoją podwładną”). Tak się zaczęło.

Tenże swoisty „onizm” wspierany był komentarzami zaproszonych gości, choćby profesorów Edmunda Wnuk-Lipińskiego, Jadwigi Staniszkis, Andrzeja Rycharda czy Marcina Króla, którzy w tekstach liczących po sto słów dawali recepty na uzdrowienie Rzeczpospolitej. To mieszanie ze sobą stylu prasy brukowej i tekstów z wyższej półki osiągnęło apogeum, gdy pismo zaczęło dodawać specjalną wkładkę „Europa” z intelektualnymi esejami, która potem powędrowała do „Dziennika”, nowego pisma tego samego koncernu.

Do konkurencji z „Faktem” z opóźnieniem stanął „Super Express”, który postanowił przelicytować dziennik Axela Springera większą brutalnością i sensacyjnością; nie bawił się w przystrajanie swoich treści jakimiś tam esejami i wypowiedziami autorytetów.

Jeśli „Fakt” ideologicznie uzasadnia swoje istnienie na rynku miękkim populizmem i „onizmem”, to „Super Express” służbą wolności i demokracji. Jego redaktor naczelny publikację o Piesiewiczu tłumaczył umiłowaniem prawa do informacji jako wyrazu interesu publicznego. „Ponieważ my, wyborcy, mamy prawo wiedzieć wszystko o swoich politykach – napisał na swoich łamach. – To my ich wybieramy i to my im płacimy”. Wielkie idee i wielkie słowa, a przy nich zdjęcia senatora w sukience. Taka to nieskomplikowana gra.

Hurrapatriotyzm

Zasłanianie biznesu sensacyjnego wielkimi słowami, patosem i szumnymi hasłami jest metodą starą, w Polsce sięgającą okresu międzywojennego. To wówczas rozwinęły się do niebywałych rozmiarów gazety i koncerny, które przyjęły zasadę redakcyjną „krew na pierwszej stronie”. Poważne wydawnictwa ze swoimi co najwyżej kilkunastoma tysiącami sprzedawanych egzemplarzy nie były w stanie konkurować z nakładami dobijającymi dwustu tysięcy, na przykład „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z Krakowa. A działo się to w epoce przedtelewizyjnej i raczkującego radia, które dopiero pod koniec lat 30. zaczęło się szybciej rozwijać.

Dzisiejsze dzienniki sensacyjne, choć oczywiście korzystają ze wzorów importowanych, powtarzają często style i metody swoich poprzedników z II RP, a bywa, że jeszcze pozostają za nimi w tyle. Zwłaszcza w porównaniu ze wspomnianym „IKC”, który był prowadzony technologicznie i biznesowo bardzo nowocześnie. Jego właściciel Marian Dąbrowski do tegoż pisma, jak i innych wydawnictw swojego koncernu, wprowadzał liczne nowinki, dodatki, nieraz wysoce oryginalne, jak np. „Kurier Metapsychiczny”, nie szczędził pieniędzy na kampanie, autopromocję i na honoraria dla renomowanych autorów. Z przodu krew, a z tyłu subtelne artykuły profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dąbrowskiemu także była potrzebna jakaś nadrzędna idea i zgodnie z duchem II RP wziął kurs na patriotyzm, tak jak dzisiejsi wydawcy bulwarówek na miękki populizm czy na demokrację, z różnymi domieszkami, w tym, naturalnie, patriotycznymi. Stanisław Cat-Mackiewicz w 1933 r. oceniając „IKC” pisał, że pismo to „nie życzy sobie na cokolwiek na świecie spojrzeć z innego niż uczuciowo-bezpośrednio-polskiego stanowiska”, że posługuje się megalomanią narodową, że jest wrogie wobec Niemców, Ukraińców, Rosjan. „Zresztą wobec wszystkich”.

Tendencja ta była widoczna w każdej właściwie informacji, w każdym tekście. Redakcja bez przerwy prowadziła jakąś kampanię w obronie „polskich interesów”, walczyła z ich wrogami na zewnątrz państwa jak i wewnątrz społeczeństwa. To był obowiązujący ton dla całej właściwie prasy sensacyjnej.

Nikt od tego szablonu nie odstawał, już więcej niuansów było widać w stosunku do konkretnej polityki, chociaż po 1926 r. wszystkie największe koncerny prasy sensacyjnej wybrały kurs propiłsudczykowski, nie bez nacisków sanatorów, którzy nie wahali się straszyć na przykład Dąbrowskiego „dolegliwościami finansowymi”. „Przejście z jednego obozu politycznego do drugiego – wspominał Wiktor Zechenter, pracownik „IKC” – różne akcje, wszystko, co stanowiło o politycznym obliczu pisma, rozgrywało się za plecami zespołu”.

Patriotyzm wymieszany był z dozowaną w wielkich porcjach – co mogłoby na pozór dziwić w pismach epatujących sensacją – świętoszkowatością obyczajową, zwłaszcza na łamach „IKC”, który bez przerwy występował przeciwko „burzycielom klasycznych ideałów moralno-etycznych”. Do legendy przeszła niezrównana kampania Mariana Dąbrowskiego z 1932 i 1933 r. przeciw Gorgonowej, podejrzewanej o zamordowanie córki swojego kochanka. Gorgonową uznano za winną jeszcze przed zakończeniem śledztwa, liczne artykuły i reportaże, specjalnie wydana popołudniówka „Tempo Dnia”, specjalny numer „Tajnego Detektywa” zdominowały całą prasę polską. Wspomniany Cat-Mackiewicz pisał: „»IKC« wziął monopol na to widowisko, a my wszyscy, pozostała szanująca się prasa polska, biegliśmy dopiero z tyłu za nim, nie marząc nawet o możliwości prześcignięcia. I wtedy widziałem »IKC« właśnie z powodu Gorgonowej w rękach najczcigodniejszych matron, dostojnych profesorów, wytwornych ekscelencji. Gorgonowa wytrącała im inne pisma poza »IKC« z ręki. Ci wszyscy, którzy najgłośniej na niemoralność procesu Gorgonowej oburzali się, najlepiej, najdokładniej, najściślej znali tego procesu wszystkie szczegóły i zakątki”.

Płacimy, nie prostujemy

Minęło ponad 70 lat, a sprawy mają się podobnie. To, rzecz jasna, nie tylko polski ból głowy. Niemniej nie można oprzeć się wrażeniu, że skutkiem tego, iż także dzieje prasy polskiej zostały wykrzywione przez doświadczenie PRL, nie mogła się u nas ewolucyjnie wytworzyć naturalna odporność na inwazję taniej sensacyjności, umiejętność przesuwania jej do działu zoologicznego. W PRL nie było oczywiście klasycznych brukowców, pewnym ich dalekim odpowiednikiem były tzw. popołudniówki jak np. „Express Wieczorny”, czyli lekka wersja reżimowej indoktrynacji.

Zabawne, że właśnie ta gazeta w latach 90. wpadła w ręce ludzi z Porozumienia Centrum Jarosława Kaczyńskiego, po czym upadła, podobnie jak PC. Dopiero druga generacja ugrupowania, czyli PiS, odniosła sukces, tak jak nowa generacja bulwarówki, czyli „Fakt”, który nie tyle wprost wspierał PiS, co współgrał z nastrojami części elektoratu tej partii, bogoojczyźnianymi, antyelitarnymi, z dodatkiem wzmożenia moralnego.

Do opinii publicznej, przede wszystkim dzięki Internetowi (strona: brukowiecstory), przedostały się relacje byłych dziennikarzy prasy sensacyjnej. Na licznych przykładach można dowiedzieć się, jak się redaguje te gazety, jakie obowiązują w nich zasady, jak się robi zdjęcia i jak się walczy tak z konkurencją jak i z przeciwnikami, za których często uważa się tych, którzy oburzają się za to, co o sobie przeczytali i co zobaczyli. Kwestie religijne są stałym elementem repertuaru tabloidów. Przedstawiane są cuda, ze zdjęciami oczywiście; a w przypadku nieszczęść pojawiają się frazy w rodzaju „gdzie byłeś, Boże”.

Motyw religijny jest bardzo w tej prasie obecny, w czym nie przeszkadza fotka nagiej kobiety, towarzysząca a to brytyjskiej królowej, wsiadającej do zwykłego pociągu, a to informacji o nieślubnym synu Putina. I tu jednak nie udaje się uniknąć odrażającej pornografii, kiedy „Fakt” publikuje damski biust tuż pod tytułem: „Zatłukli człowieka kamieniami”, z drastycznym zdjęciem zakrwawionych zwłok. To jest ta granica, którą brukowce przekraczają i nadal żądają szacunku.

Zasad ich działania jest wiele. Należą do nich choćby: „Zastraszamy lub płacimy, nigdy nie prostujemy na łamach”; „Liczy się to, co napiszemy, a nie to, co jest prawdą”; „Na atak odpowiadamy natychmiast i dwa razy mocniej”; „Gdy pojawia się przeciwnik, szukamy na niego haka”; „Zawsze musimy mieć wroga, wrogiem nigdy nie jest ktoś silny”. Pewne motywy pojawiają się do znudzenia: korzystanie ze służbowych samochodów, zagrożenie niemieckie (odzyskiwane majątki, Erika Steinbach), populistyczne akcje w rodzaju zbierania podpisów pod projektem obniżenia wieku emerytalnego. Tabloidy czują się zwolnione z prawdziwej analizy, np. ekonomicznej, płynnie podążają za populistycznym nurtem, gdzie się należy tym, którzy są krzywdzeni, czyli czytelnikom.

Kod językowy tabloidów jest czytelny. Dominuje słowo „szok” (pomocniczo też „skandal”, „hańba”, „horror” i „żenada”), które od razu narzuca temperaturę, nie dopuszcza refleksji, że być może nie szok, że sprawa jest bardziej złożona.

Takie myślenie dla tabloidu jest zabójcze. Inne ważne słowo to „okraść”. Okradają nas politycy, biznesmeni, pracodawcy, szefowie, inne nacje. Wszystko jest „wstrząsające” i „oburzające”. Ważne jest podawanie, kto, co i za ile kupił, a zaraz obok, że inni nie mają na chleb. „Fundujesz mieszkania senatorom”, „Politycy wydają majątek na święta”, „Isabel i Kazimierz mają już mieszkanie w stolicy”, „Choinki są za drogie”, „Pazerna Niemka dostanie od Polski milion”, „Oto los emeryta, święta za 200 złotych”, „Posłowie lenie, mają 19 dni wolnego”, „Wydadzą 50 tys. na sukienki” – to przykład obsesji na tle cudzych pieniędzy. Wydaje się, że tabloidy próbują sprostać potocznemu pytaniu: skąd ludzie mają pieniądze i kto u licha sypia z tymi pięknymi kobietami?

Tabloidy pilnują też, aby wyroki ferowane przez sądy były jak najwyższe, za dożywocie składają sędziom gratulacje, choć w tle pobrzmiewa tęsknota za karą ostateczną. A jeśli sędziowie nie spełniają oczekiwań, pojawia się tytuł: „Zgwałcił dziecko, a sąd go wypuścił”.

Oskarżeni to zazwyczaj zwyrodnialcy. Ale nigdy nie wiadomo, jak jakąś sprawę oceni tabloid, czy krzyknie „hańba” w tę czy drugą stronę.

Można przypuszczać, że rozważania, jaką opcję z dwóch całkowicie przeciwnych przyjąć, trwają w redakcjach tabloidów do ostatniego momentu, ale po wybraniu jednej z nich uruchamia się wszystkie armaty, wątpliwości przestają istnieć. Tak „Fakt” pochwalił ostatnio prezydenta Kaczyńskiego za ułaskawienie uczestników linczu we Włodowie, ale równie dobrze można sobie wyobrazić inny, hipotetyczny tytuł, np. „Prezydent ułaskawił zwyrodnialców, którzy drągami zatłukli człowieka”. Adresatem jest zawsze „zwykły człowiek”, który „może pomarzyć o takich przywilejach”, jakie mają posłowie czy ministrowie.

Nie ma wyważenia racji, uwzględnienia wszystkich komplikacji, jakie zwykle niesie życie, także w tej sprawie. Komplikacje nie należą do tego świata zwykłych ludzi, są ciałem obcym i niepożądanym. Ale też usunięcie wszelkich wątpliwości powoduje, że rzeczywistość przedstawiana w tabloidach, niezdrowo pobudzona, naładowana negatywnymi emocjami, jest, w najgłębszym sensie, całkowicie fałszywa.

Śmiertelna powaga

Ten brak jakiejkolwiek kontrrefleksji jest być może najistotniejszą cechą tabloidów, a drugą – śmiertelna, napuszona powaga, która zapewne ma łagodzić ładunek niedorzeczności i nieistotności. Każde najbanalniejsze zachowanie jakiegoś celebryty jest zatem traktowane w kategoriach dekalogu.

Wiele znanych postaci, które skrzywdzone publikacjami gazet sensacyjnych poszło do sądu, opowiada, w jaki sposób zostały zmanipulowane teksty na ich temat, jak przerobione zostały zdjęcia, także za pomocą podpisów sugerujących nieprawdziwe i często uwłaczające fakty i zdarzenia. Jak redakcje przekłamują wypowiedzi, jak je fałszują.

Jak wreszcie handlują swoją ewentualną życzliwością, oczekując tekstu czy komentarza w zamian za milczenie. Jak też ściągają do siebie, na swoje łamy prominentnych polityków, którzy szukając masowego audytorium gotowi są wystąpić obok tekstów sensacyjnych, zdjęcia „żony, która zjadła swojego męża”, wieloryba, który płynie w górę Wisły i bajora, w którym woda zamieniła się wódkę. Ewentualnie przegrane procesy są przez wydawców prasy sensacyjnej wkalkulowane w koszta prowadzenia biznesu, zwłaszcza że kary finansowe nie są dolegliwe, a też często sądy uginają się pod terrorem wolności do informacji.

I to charakterystyczne traktowanie ludzi jak towar: to tylko „ryje”, które trzeba sfotografować w kompromitujących albo przynajmniej dziwacznych sytuacjach. Zdarzają się całe cykle, znany upity aktor, drugi oddający publicznie mocz podczas trwania festiwalu, wojna Muchy z Rusin, aktorka płacząca na peronie (dlaczego?!, kto jej to zrobił?). Najbardziej przygnębiające jest to, że redaktorzy publikując te bzdety są przekonani, że kogoś to obchodzi. Nawet jeśli oni sami tym gardzą, bo to dla nich tylko robota, a osobiście są subtelnymi intelektualistami i tworzą dla ludu takiego, jak go widać w fokusach. Gdyby nie redagowali tych gazet, pewnie jako czytelnicy nie wzięliby ich do ręki.

A siła rażenia jest duża: łączna sprzedaż „Faktu” i „Super Expressu” to ponad 600 tys. dzień w dzień. Ta „atrakcyjna”, tabloidowa antyestetyka przenika do innych mediów, także elektronicznych; powoduje obniżenie kryteriów i dopuszczenie tematów głupich, błahych i niedorzecznych. Łączenie się na żywo z reporterem tkwiącym pod szwajcarskim domem Romana Polańskiego ma symboliczny wymiar.

Co on miał tam odkryć, co pokazać? Jak wygląda Polański, mniej więcej wiadomo. Chodziło zatem o twarz Polańskiego po upadku. To była tabloidalna wartość. Hitem w ogóle stało się cierpienie, ciężkie, rzadkie choroby najlepiej dzieci, kiedy można pokazać twarze ich rodziców, do końca, do ostatniej łzy.

Wpływ brukowców sięga też medialnych zachowań, gdzie meritum rozmowy przestaje mieć znaczenie, gdzie dominuje konflikt, personalne starcie, mina zaatakowanego przeciwnika, jego emocje. To wciąż ta sama zasada: liczy się zdjęcie, tekst jest poboczny.

Nie sposób uwolnić się od silnego poczucia, że zostaliśmy, trochę na własne życzenie, złapani w jakąś sieć kłamstwa. Kłamstwo polega przede wszystkim na tym, że gazety sensacyjne nie przynależą do zbioru prasy, są tylko wyrobami prasopodobnymi. Nie są wydawane po to, by przybliżyć nas do jakiejkolwiek prawdy, wydawane są po to, by zarobić. Uprawiają zatem agresywną hipokryzję i cynizm, nadużywając demokratycznego prawa do wolności i zasłaniając się demokratycznymi wartościami i sensami. Media tabloidowe chcą korzystać ze wszystkich przywilejów prasy poważnej, a przy tym mieć wszelkie profity płynące z brukowego charakteru.

Nie to jest złe, że tabloidy zauważają istnienie ludzi gorzej wykształconych i do nich kierują swój produkt. Rzecz w tym, że ten brak wykształcenia jest głównym punktem ich biznesplanu, że z tego czerpią zysk, nie mając żadnych ambicji edukacyjnych, w jakimkolwiek pojęciu tego słowa. Przeciwnie, zaszczepienie w czytelnikach jakiejś wyższej refleksji spowodowałoby ekonomiczną zapaść takich mediów. Dzisiejsza postać prasy brukowej zakłada, wręcz jako warunek być albo nie być, niezmienioną mentalność odbiorców i ich niewygórowane potrzeby; ta „prostota” jest hołubiona, pielęgnowana i dowartościowana.

Dlaczego stało się to na własne życzenie? A dlatego mianowicie, że pozwalamy na bezkarność tej prasy. Pozwalają politycy, także czytelnicy, którzy zdają się często nie odróżniać od siebie gazet, ich charakteru, również niektórzy dziennikarze i tak zwane autorytety, które bez większych oporów godzą się na swoją obecność na łamach brukowców obok treści im (lub innym) uwłaczających.

Apelujemy o poczucie wstydu, ale też o poważny namysł nad stanem polskiej prasy, do której wdarły się dzienniki sensacyjne i nikogo, i niczego się nie boją. Najwyższy czas, by wreszcie zaczęły. I to nie tyle kodeksów, co zbiorowego poczucia przyzwoitości i wstydu.

Polityka 2.2010 (2738) z dnia 09.01.2010; Raport; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Prasa na bruku"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną