Kraj

Zbyszek Pierwszy

Chlebowski Zbigniew

Zbigniew Chlebowski w Sejmie Zbigniew Chlebowski w Sejmie Henryk Jackowski / BEW
Jego ambicje sięgały dalej niż parlament, choć startując z podświdnickich Domanic i tak zaszedł daleko. Jak się okazało, za daleko.

Na pierwsze posiedzenie rady miejskiej dolnośląskiego Żarowa przed 17 laty, jako świeżo upieczony radny, Zbigniew Chlebowski przyszedł w klapkach i krótkich spodenkach. – To był maj, okres sianokosów. Myślałem tylko o tym, że może spaść deszcz i mogę mieć kłopoty – wspominał po latach były przewodniczący klubu największej partii w Sejmie. Wówczas gospodarzył na 20 ha, które w ślubnym wianie kilka lat wcześniej wniosła mu żona.

Młodemu radnemu obsiane pszenicą pola wydawały się wówczas istotniejsze niż polityka. Kiedy wkrótce w wieku 26 lat został najmłodszym w Polsce burmistrzem, na pierwszym spotkaniu z pracownikami ratusza pojawił się w dżinsach, adidasach i koszulce w kratkę, bo akurat w takim stroju miał jechać do Wrocławia na Akademię Rolniczą, gdzie studiował mechanizację rolnictwa i kończył pracę magisterską. – A tam panowie w garniturach, panie w garsonkach. Wtedy zrozumiałem, że to moje pierwsze faux pas w nowej pracy – przyznaje. Kolejnego być już nie mogło.

Wtedy jeszcze zupełnie nie znał się na finansach publicznych i przez kilka tygodni zwodził księgową gminy, bojąc się, że przy pierwszym spotkaniu wyjdzie na jaw jego niekompetencja. – Przez dwa tygodnie po nocach się tego uczyłem – wspomina.

Właśnie wtedy złapał bakcyla finansisty. W ciągu następnych kilku lat skończył podyplomowo zarządzanie strategiczne we wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, z dumą mówi też o dyplomie MBA zdobytym na poznańskiej Akademii Ekonomicznej.

Instynkt szefa

Były przewodniczący klubu PO, intensywnie pachnący wodą toaletową, z sejmową limuzyną, nowymi garniturami w szafie, uchodzący za głównego specjalistę od finansów publicznych, prawie nie przypomina już tamtego młodzieńca w adidasach. W życiowy awans zainwestował dużo pracy. – Jest trochę w amerykańskim stylu: człowiek, który sam się stworzył – mówi jeden z jego znajomych.

Start był dość trudny. W domu w Domanicach nie przelewało się. Kiedy mały Zbyszek miał zaledwie dwa lata, zmarł jego ojciec. Matka, woźna w pobliskiej podstawówce, musiała utrzymać pięcioro dzieci, dlatego jako kilkuletni chłopiec wynajmował się do prac polowych, do zbiorów buraków czy lnu. – Jeśli chciałem mieć to co inni, od wczesnych lat musiałem sam na to zapracować – mówi. Jego ówczesne marzenia były zwyczajne. Ich szczytem było zostać kierowcą wielkiego tira, to byłoby coś.

Kiedy skończył szkołę podstawową, wyrwał się do Wrocławia do technikum rolniczego. Mieszkał w internacie i próbował przebić się w środowisku miastowych. – Działałem w kabarecie, zaczynałem trenować siatkówkę. Musiałem mieć to coś, bo koledzy zaakceptowali wieśniaka.

Już wtedy sam się utrzymywał, podobnie jak na studiach, gdy z kolegami założyli spółdzielnię Robot i myli okna. Policzył, że w swoim życiu umył ponad 8 tys. m kw. okien biurowców. Zawsze jednak chciał znaleźć się po drugiej stronie szyby kierowniczego gabinetu. – Czułem, że powinienem być przewodniczącym. W technikum byłem szefem klasy, potem samorządu szkolnego i szefem roku na studiach – opowiada Chlebowski.

Przyznaje też, że to on rządzi w domu. Żona, z wykształcenia ekonomistka, pracuje w wałbrzyskiej firmie. Chociaż ona jest domatorką, to on samodzielnie zdecydował o budowie domu. 360-metrowy, zdaniem sąsiadów, poza wielkością, nie wyróżnia się niczym szczególnym.

W mamę wrodził się syn Marcin, uczeń gimnazjum, ale zacięcie do sportu odziedziczył po ojcu. – Teraz myśląc o jego sukcesach w tenisie wiem, że warto było podjąć rodzinne wyrzeczenia, bo to drogi sport – opowiada Chlebowski, sam szef Polskiego Związku Tenisowego. O córce Marcie mówi z dumą, że ma jego charakter: – Jest bardzo ambitna, studiuje dwa kierunki, politologię i dziennikarstwo.

Chlebowski przyznaje, że za jego polityczne zaangażowanie największą cenę zapłaciła rodzina. Zanim przeniósł się do Warszawy, i tak w domu bywał raczej gościem, bo 11 lat zainwestował w zarządzanie gminą Żarów z fotela burmistrza. Został nim, bo w Żarowie widzieli, że świetnie radzi sobie z gospodarstwem, był też dobrym kompanem do sąsiedzkiego biesiadowania. – Z żoną nie dawaliśmy odczuć, że mamy wyższe wykształcenie, po prostu nas lubili.

Porządki na podwórku

Dziś na jego dorobek samorządowy cieniem rzuca się sprawa finansów Żarowa. Kilka tygodni temu media rozpisywały się, że gmina stoi na progu bankructwa. 17-milionowa dziura budżetowa, przy 22 mln zł budżetu, w zeszłym roku miała być efektem polityki inwestycyjnej Chlebowskiego oraz jego następczyni Lilli Gruntkowskiej.

Na początku lat 90. nie było tu wodociągów, porządnych dróg, oświetlenia, chodników. I my, grupa młodych zapaleńców, coś chcieliśmy z tym zrobić – mówi Gruntkowska, za czasów burmistrza Chlebowskiego sekretarz gminy. Za rządów Chlebowskiego w gminie zbudowano oczyszczalnię ścieków i gimnazjum (na budowę szkoły gmina zaciągnęła kredyt w wysokości 10 mln zł, spłata zaczęła się po odejściu Chlebowskiego z urzędu), Gruntkowska zaangażowała gminne pieniądze w budowę hali sportowej.

Kiedy Chlebowski odchodził z gminy, deficyt sięgał siedemdziesięciu kilku procent, w 2002 r. już ponad 90 proc. Dziś drogi burmistrzów się rozeszły. Gruntkowska za kłopoty Żarowa wini Chlebowskiego. Z kolei następca Gruntkowskiej, Marek Zywer, to w niej widzi przyczynę katastrofy: – Z długami po Chlebowskim moglibyśmy dać sobie radę, gdyby w pewnym momencie zostało zatrzymane szaleństwo inwestycyjne. Zywer niedawno podał się do dymisji, zastąpił go komisarz. Zarówno Gruntkowska, jak i Chlebowski uważają, że ich następca nie poradził sobie w trudnych czasach.

Sejmowa opozycja jest jednak zdania, że za kłopoty Żarowa odpowiada przede wszystkim Chlebowski: – Ma wielkie ambicje, twierdzi, że jest mistrzem ekonomii, ale jeśli będzie na budżet państwa patrzył tak jak na budżet gminy Żarów, to źle wróży finansom państwa – gromi Anna Zalewska, posłanka PiS z okręgu wałbrzyskiego. On sam nie czuje się winny, przeciwnie, uważa, że dzięki inwestycjom gmina odżyła. Chlebowski dziś, po odejściu Zyty Gilowskiej, jest twarzą PO w sprawach gospodarczych. Odkąd jednak został szefem klubu, wypowiada się w mediach na każdy temat. Jego otoczenie przyznaje, że lubi kamery i mikrofony. Przed telewizyjnymi wystąpieniami sam potrafi przypudrować nos. Tę dbałość o wygląd dostrzegają też posłowie opozycji: – Niezależnie od pory dnia, rano czy wieczorem, jest zawsze świeży, schludny, wyprasowany – mówi Ryszard Zbrzyzny (Lewica).

Witamy w klubie

Jego medialny debiut nie był jednak udany. Wokół nazwiska Chlebowskiego po raz pierwszy zrobiło się głośniej cztery lata temu przy okazji słynnej ustawy o grach losowych. Do dziś nie jest pewne, kto zgłosił poprawkę obniżającą podatek od automatów z 200 do 50 euro: Chlebowski czy zasiadająca z nim w podkomisji Anita Błochowiak. Oboje wypierali się autorstwa.

Na Wiejską trafił w 2001 r. wprost z fotela burmistrza. Do dziś nie pamięta, czy złożył deklarację członkowską Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Ale jest pewny, że w lutym 2001 r. podpisał deklarację PO, a w prawyborach, które organizowała Platforma, by wybrać kandydatów do Sejmu, zdobył 2,4 tys. głosów. Kolejna osoba na liście zebrała ich zaledwie 200.

Z Janem Rokitą znał się jeszcze na długo przed wyborami w 2001 r. Nie ukrywa, że to krakowski polityk był jego politycznym idolem. – Zawsze go ceniłem, niesamowita inteligencja, a to, co mi w nim imponowało najbardziej, to możliwość szybkiej i trafnej riposty. Drugim politycznym guru na początku lat 90., ale jak podkreśla – tylko w sprawach gospodarczych, był Andrzej Olechowski. – Zawsze byłem konserwatystą. Od dziewiątego do dwudziestego szóstego roku życia byłem ministrantem. Tradycja i Kościół są dla mnie najważniejsze, ale jestem ostrym liberałem w sprawach gospodarczych.

Dziś o relacjach z Rokitą i Olechowskim mówi już tylko w czasie przeszłym. Chyba najtrudniejsze było rozstanie z tym pierwszym, bo w grę wchodziła sprawa politycznej lojalności. Poszło o stanowisko szefa klubu w zeszłej kadencji. Miejsce Tuska miał zająć Rokita, choć szef PO nie podchodził do tej zmiany entuzjastycznie. Pojawiły się inne kandydatury – pierwsza właśnie Zbigniewa Chlebowskiego, który dostał poparcie obecnego premiera, i druga – Bogdana Zdrojewskiego. Chlebowski mówił wówczas, że jest za tym, by Rokita nie tracił pozycji czołowego lidera, ale wydaje się, że to właśnie wtedy ich drogi się rozeszły.

Czas na łzy

Wahałem się, czy startować na szefa klubu, ale zgodziłem się tylko dlatego, bo wiedziałem, że nie będzie startował Rokita. Żałuję, że nasze relacje się popsuły – mówi Chlebowski. Oliwy do ognia dolał sam, gdy powiedział publicznie, że Donald Tusk jest świetnym szefem partii i nawet gdy w środku trwa burzliwa dyskusja, to tylko on może wydawać komunikaty na zewnątrz. – Po tym Rokita się na mnie obraził – wspomina Chlebowski.

Poprzednie wybory na szefa klubu nie są dla niego miłym wspomnieniem. – O 14.00 z Donaldem zamknęliśmy się w pokoju w Sejmie ze Schetyną, Nowakiem, Komorowskim i Drzewieckim, a w tym czasie Zdrojewski biegał i zbierał podpisy pod swoją kandydaturą. Spotkanie skończyło się na godzinę przed posiedzeniem klubu, na którym miał być wybrany nowy przewodniczący. Nikt za zamkniętymi drzwiami nie przypuszczał, że Chlebowski będzie miał kontrkandydata. – To było dla nas wielkie zaskoczenie, gdybyśmy wiedzieli, to zamiast siedzieć w zamknięciu w pokoju, rozmawialibyśmy z ludźmi. Bogdan Zdrojewski miał czas obiecać miejsca w prezydium, ja nie – przyznaje Chlebowski.

Wtedy został tylko zastępcą Zdrojewskiego. Przegrał dwunastoma głosami. „To się stało bez namaszczenia władz” – komentował wyniki zaskoczony Donald Tusk. Chlebowskiego klęska bardzo bolała: – Nie będę ukrywał, że po przegranej płakałem. Przychodzili do mnie koledzy i mówili, że głosowali przeciwko otoczeniu Donalda. Oni mieli wtedy dość tak zwanego dworu i ja zapłaciłem za to cenę.

Gdy tylko został wiceprzewodniczącym, wprowadził się do klubowego gabinetu Grzegorza Schetyny. W tym pokoju szybko poczuł się jak u siebie. Podobno obecny szef MSWiA denerwował się czasem na niego, bo robił swoje porządki na ich wspólnym biurku. Patrząc na drogę, którą przebył w PO – od Rokity do Schetyny – widać, że zdawał sobie sprawę, że szansą na funkcje partyjne jest jednak obracanie się wokół wspomnianego dworu. – Każdy szef partii ma najbliższe otoczenie i ludzi, którym ufa w sposób wyjątkowy. Z czasem pojawiłem się w tym kręgu, bo byłem tam jedynym, który zna się dobrze na sprawach gospodarczych i podatkowych.

Jeszcze będę ministrem

Jednak premier Tusk nie widział go w gabinecie ministerialnym, chociaż Chlebowski w gabinecie cieni odpowiadał za finanse. Chlebowski przyznaje, że premier dał mu prawo wyboru – albo Ministerstwo Skarbu, albo klub. – Ale tak naprawdę to mi go nie dał. Tylko nieodpowiedzialny, krótkowzroczny polityk wybrałby w takiej sytuacji Ministerstwo Skarbu. Donald wiedział, że ja dobrze poprowadzę klub i że jestem wobec niego bardzo lojalny. Szef klubu parlamentarnego to po premierze druga osoba w partii, ale Chlebowski nie powiedział jeszcze ostatniego słowa: – Rozpocząłem pewien marsz i widzę siebie kiedyś w rządzie. Zresztą rozmawiałem już o tym z premierem.

Obejmując fotel przewodniczącego klubu po Bogdanie Zdrojewskim, obecnym ministrze kultury, szybko zrobił porządki. Zwolnił starych pracowników klubu i postawił na nowych, młodszych. Stworzył tak zwane kolegia, czyli spotkania ścisłego kierownictwa klubu, w którym znaleźli się młodzi posłowie Sebastian Karpiniuk i Paweł Olszewski, ale zabrakło miejsca dla uważanego za człowieka Rokity Sławomira Nitrasa. – Jest apodyktyczny i despotyczny, nie znosi sprzeciwu – uważa jeden z dolnośląskich samorządowców, dobrze znający Chlebowskiego. – Traktuje ludzi jak pionki, które można dowolnie przestawiać, uprawia styl nakazowo-rozdzielczy – dodaje były polityczny kolega Chlebowskiego, dziś w innym obozie.

Pracownicy klubu byli bardziej wyrozumiali: – To był dobry szef. Choleryk, ale gdy za bardzo się uniósł, potrafił przeprosić. Mówią też, że jest pedantyczny: – Zawsze równo ułożone gazety i dobrze zorganizowany kalendarz.

Czasem pozwala sobie na odrobinę luzu. Już jako poseł przebrany za króla Maciusia Pierwszego śpiewał bajki dla dzieci. To może nie przypadek, bo on zawsze chciał być pierwszy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną